CZĘSTO LOVE CHOWA

aktywizujemy się

  • sobota, 06 września 2014
    • UWAGA JEDZIE TRAMWAJ!

       

      No i znów zapadłem w długi, blogowy sen.

       

      I nawet przeszło mi przez myśl, że tym razem to już tak na zawsze. Ile razy można tu wracać po miesiącach milczenia. Choć w tyle głowy cały czas miałem, że zobaczymy jak będzie się zbliżać Festiwal Dekonstrukcji Słowa „Czytaj!”.

       

      Faktycznie, do festiwalu został równy miesiąc, a ja znów siedzę przed białą kartką na monitorze z solennym postanowieniem napisania notki. No bo „Czytaj!” jak zawsze o tej porze, nie daje spać organizatorom - to i niech czestolovechowa wybudzi. Niech spróbuje chociaż...

       

      Zatem wybaczycie, że przez pewien czas ten blog zmieni się w blog festiwalowy. „Czytaj!” od kuchni, bonus, dodatek. Taki jest przynajmniej plan, a co z tego wyjdzie zobaczymy...

       

      logo2014{Ściąga dla niewtajemniczonych [czy zaglądają tu jacyś niewtajemniczeni? wątpię, ale żeby zachować pozory będę tłumaczył]: Festiwal Dekonstrukcji Słowa „Czytaj!” to impreza literacka, którą w tym roku po raz czwarty organizujemy w mieście. My czyli chaotyczna grupa niezależnych animatorów, pasjonatów i osób towarzyszących ;) Przez tydzień w różnych miejscach w Częstochowie bawimy się słowami na wszelkie możliwe sposoby: przez muzykę, sztuki wizualne, warsztaty, gry, spotkania autorskie itd. Taki fetysz. Zresztą co ja będę opowiadał, jak jest XXI w. i można linkować]

       

      Zatem jak już pisałem do festiwalu został miesiąc. Taki dziwny moment, na styku „mamy jeszcze sporo czasu” i „omójboże to już za chwilę”. Program właściwie dopięty, zaczyna się gorączka dopieszczania materiałów promocyjnych, a i tak wszyscy siedzimy jak na szpilkach i czekamy na jakieś trzęsienie ziemi. Zawsze przed „Czytaj!” jest jakieś trzęsienie ziemi które wywraca nasze misternie ułożone plany do góry nogami. Właściwie to zdarza się ono przy organizacji wszelakich imprez. Można się przyzwyczaić.

       

      Cały czas przy tym próbujemy się dopiąć budżet imprezy, w czym możecie nam pomóc na wspieramkulture. Oczywiście liczymy również na pomoc niematerialną. Nieprzerwanie, nieustannie i zawsze szukamy ludzi którzy chcieliby razem z nami bawić się w dekonstrukcję słowa, na przykład jako wolontariusze.

       


      Ale dziś właściwie usiadłem do notki, nie po to, by prosić o pomoc ,czy rekrutować, lecz, by się chwalić. Dwa tygodnie temu udało nam się odświeżyć Czytaj!Tramwaj. Dzięki przychylności częstochowskiego MPK, dofinansowaniu z budżetu CARA i przede wszystkim dzięki talentom Cezarego Łopacińskiego oraz grupy niesamowitych wolontariuszy, udało się! Pogoda popsuła plany pikniku z książką w Zajezdni MPK (choć w zakładowej świetlicy też było fajnie), ale najważniejsze, że tramwaj przemalowany i jeździ już po mieście.

       

      tramwaj_typograficzny

                                                                                                                                                                  fot Aga B.

       

      To są fajne momenty, gdy spotyka się go przypadkiem i można uśmiechnąć się pod nosem, podczas gdy ludzie dookoła zastanawiają się co to za reklama i o co chodzi z tymi literami. Dobra a jakby komuś chciało się złapać Tramwaj Typograficzny w trasie, cyknąć mu zdjęcie i wkleić na FB profil Czytaj! to ma u mnie książkę (przynajmniej kilka pierwszych osób). Oczywiście propozycja nie dotyczy współorganizatorów festiwalu. Nie ma tak łatwo :)

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      sobota, 06 września 2014 15:30
  • poniedziałek, 21 kwietnia 2014
    • POPKULTUROWE PRZYJEMNOŚCI

      Oczywiście można udawać, że kultury popularnej nie ma, albo, że to zjawisko nieistotne. Można również ją demonizować i oskarżać o wszelkie zło tego świata: upadek obyczajowości, lenistwo młodych, agresje na ulicach i wojny. Nie zmieni to jednak faktu, że żyjemy w świecie kulturowo zdominowanym przez seriale, gry komputerowe, internet i proste interfejsy. Dlatego warto czasem przyłożyć do tego wszystkiego akademickie „szkiełko i oko” i poszukać mechanizmów, według których to współcześnie działa.

      Popkulturowe przyjemności to cykl spotkań w Willi Generała, podczas których przyglądamy się i rozmawiamy o tym, co w kulturze „niskie”, „masowe” i „popularne”. Zastanawiamy się, czy faktycznie żyjemy w czasach, gdy takie aksjologiczne podziały kultury straciły na aktualności i czy kulturze wypada być rozrywkową, komercyjną i przyjemną.

      W najbliższy czwartek czekają nas wyjątkowe Popkulturowe przyjemności, bo przyjedzie wyjątkowy gość. Mirosław Filiciak to medioznawca i dyrektor Instytutu Kulturoznawstwa SWPS. Jest zastępcą redaktora naczelnego mojego ulubionego akademickiego periodyku „Kultury Popularnej” (dziś niestety ostatecznie przeniosła się ona do sieci, ale jej archiwalne papierowe numery, zajmują wyjątkowe miejsce na moim regale), współtwórcą projektu „Kultura 2.0” i polskim specjalistą od wszystkiego co w popkulturze „fajne”. Bada fenomen gier komputerowych (był twórcą i redaktorem tomu „Światy z pikseli. Antologia studiów nad grami komputerowymi” i autorem monografii „Wirtualny plac zabaw. Gry sieciowe i przemiany kultury współczesnej”), telewizyjne seriale (współredaktor antologii „Post-soap. Nowa generacja seriali telewizyjnych a polska widownia”) i przemiany jakim ulega cała telewizja dziś („Media, wersja beta : film i telewizja w czasach gier komputerowych i internetu”, „Zmierzch telewizji? Przemiany medium”). Tak, zgadza się, to takie kulturoznawstwo dla nerdów. A tak zupełnie na poważnie trzeba przyznać, że dziś gdy studenci piszą pracę o kulturze popularnej, nowych mediach, to w bibliografii obowiązkowo muszą mieć kilka publikacji Mirosława Filiciaka. To ścisły kanon w tym obszarze badań.

      Internet i cyfrowe technologie zazwyczaj postrzegane są jak totalna rewolucja, która zupełnie zmieniła zasady funkcjonowania kultury. Jednak podczas najbliższych popkulturowych przyjemności Mirosław Filiciak będzie pokazywał, że to nie do końca tak. Że pewne modele funkcjonowały w kulturze już wcześniej, a nowe media tylko wzmocniły je i wysunęły na pierwszy plan. Na przykład w sposobie funkcjonowania magnetowidów w czasach PRL, łatwo można dojrzeć pewien model, który dziś obowiązuje w erze cyfrowej wymiany plików.

      Zatem wszystkich, którzy chcą się pobawić w taką niezwykłą archeologię mediów zapraszam w czwartek o g. 19:00 do Centrum Promocji Młodych (al. Wolności 30).

      Ja na samą myśl cieszę się jak dziecko i podekscytowany czekam na to spotkanie od kilku miesięcy!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 21 kwietnia 2014 10:06
  • wtorek, 18 lutego 2014
    • GENERATOR

      Ufff... No to startujemy z GENERATOREM. Po burzliwym etapie organizacyjno-logistycznym, wreszcie czas na realizację. Cieszę się bardzo i trochę mam stracha. Czyli wszystko w jak najlepszym porządku.

      Byłem wielkim fanem Poligonu Kulturalnego (czemu gorący wyraz dawałem również na blogu) i kilka lat chodziłem z myślą w głowie, że to pomysł zdecydowanie warty kontynuowania. Tak się fajnie ułożyło, że summa summarum, będę miał swój wkład w nową odsłonę warsztatów dla młodych animatorów kultury. Oto bowiem zaczyna się nabór do GENERATORA, projektu organizowanego wspólnie przez ROK, CZARTY, Naucz się! i CPM.

      Pomysł jest prosty. Zapraszamy młodych mieszkańców miasta (15-21 lat) na intensywny kurs, podczas którego będą mieli okazję przekonać się na własnej skórze z czym się wiąże robienie kultury. Przez trzy i pół weekendu (29-30.03, 5-6.04, 12-13.04 oraz 27.04) będziemy się dzielić własnymi doświadczeniami, opowiadać na czym polega proces przekuwania pomysłów na konkretny projekt, jak konstruować budżet, szukać finansowania i pisać wnioski. Podpowiemy jak radzić sobie działając w ramach stowarzyszenia lub fundacji, a także jak animować kulturę poza wszelkimi oficjalnymi strukturami. Piotrek Nita przeprowadzi intensywne szkolenie z zakresu samodoskonalenia, pracy w grupie i warsztaty animatora kultury. Janek Brożyński będzie między innymi opowiadał o strategiach komunikacyjnych, Ewelina Ignaszak – Stolarska o metodach szukania sponsorów, a Łukasz Piskorek z „Fajnych Chłopaków” o identyfikacji wizualnej projektów. Właściwi ludzie na właściwym miejscu. Mam nadzieję, że wyjdzie z tego kreatywny tygiel, połączony z dyskusją o potrzebach częstochowskiej kultury.

      Dodatkowo wymyśliliśmy sobie, żeby przy okazji przeprowadzić uczestników warsztatów, po kilku miejscach ważnych dla częstochowskiej kultury. Po pierwsze dlatego, że dobrze znać te miejsca, a szansa zwiedzenia ich od kuchni nie zdarza się co dzień. Po drugie zaś, warto poznać ludzi, którzy tam pracują, bo to oni mają praktyczne 'know how”, do nich warto zwracać się po pomoc i z pomysłami.

      Przede wszystkim jednak ważny jest dla nas wymiar praktyczny GENERATORA. Podczas trwania warsztatów wszyscy uczestnicy będą pracować nad swoimi projektami. Ostatniego dnia kursu zbierze się szacowne jury, które wybierze jeden najlepszy. Zwycięski projekt zostanie zrealizowany podczas „Nocy Kulturalnej” w ramach dofinansowania przyznanego przez Stowarzyszenie CZART. Zatem GENERATOR to będzie dopiero początek, prawdziwa robota rozpocznie się dla warsztatowiczów, gdy swoje pomysły faktycznie trzeba będzie wcielić w życie. No ale to też największa frajda!

      Plan jest zacny. Teraz trzeba tylko się postarać, żeby dobrze wyszło...

      Zatem jeśli ktoś mieści się w ramach wiekowych i ma ochotę zamieszać trochę w kulturze w mieście, to niech szybko drukuje formularz i się zgłasza. Wszystkich pozostałych nieśmiało proszę o pomoc w nagłośnieniu naszej prądotwórczej inicjatywy. Polecajcie, rozgłaszajcie, udostępniajcie... Ufff...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      wtorek, 18 lutego 2014 20:04
  • niedziela, 26 stycznia 2014
    • DADA

      Jutro spotykamy się w Willi Generała by pogadać o dadaistach. Restartujemy cykl „Śmierć Sztuki. Ćwiczenia z Estetyki”, tym razem w bardziej regularnej odsłonie. Plan jest taki, żeby to zawsze był ostatni poniedziałek miesiąca, przeznaczony na budowanie przestrzeni do rozmów o twórczości współczesnej, najnowszej i awangardowej. W końcu nieźle funkcjonują w mieście Dyskusyjne Kluby Książki, to i może dyskusyjne spotkania o sztuce się przyjmą. Zobaczymy.

      Zaczynamy od dadaistów. Wybór nieprzypadkowy. Dla mnie dada to klucz do zrozumienia awangardy i całej późniejszej sztuki. Nie było ono może pierwsze, nie miało najbogatszego dorobku, ale za to w tym właśnie ruchu najmocniej dała o sobie znać energia, która oderwała twórczość z kolein sztuki klasycznej. Pchnęła ją w kierunku antysztuki i antyestetyki. Innymi słowami, chłopaki i dziewczyny wysadzili ten pociąg i zgarnęli całą stawkę!

      Jutrzejsze spotkanie to doskonały pretekst, bym mógł sobie napisać o dwóch książkach, które mocno mnie ukształtowały.

      Najpierw był „Dadaizm” Hansa Richtera. Niepozorna książeczka, wydana w serii: „Style – Kierunki – Tendencje” (ze znaczkiem Nefretete), na pierwszy rzut oka nie robi wrażenia. Ma za to ogromną siłę rażenia. Kilkanaście lat temu, gdy czytałem ją pierwszy raz wywołała rewolucję w mojej głowie. Po lekturze w kąt poszło przeświadczenie, które wyniosłem, ze szkoły, że sztuka to takie działanie, dzięki któremu ma być pięknie, a sam dadaizm to poezja, w której słowa losuje się z kapelusza. Hans Richter opisując jak rodziła się pierwsza awangarda, pokazał mi, gdzie tkwi siła prawdziwej sztuki. Uchwycił to coś, czego nie sposób algorytmizować, a można jedynie przepracować indywidualnie.

      Richter sam należał do ruchu dadaistycznego, więc opisuje jego historię z pierwszej ręki. Robi to jednak z pewnego dystansu czasowego, książka powstawała bowiem w latach 60, dzięki czemu łatwiej było ocenić faktyczny wpływ dada na twórczość późniejszą. Dużym atutem tego wydawnictwa jest fakt, że Richter nie trzymał się kanonów podręcznika akademickiego. Co prawda, jak na Niemca przystało, układa wszystko w solidnym metodologicznym porządku dzieląc historię nurtu na etapy czasowe, geograficzne i kierunkowe. Jednak sam styl narracji jest raczej anegdotyczny i wyjątkowo łatwo przyswajalny. Po prostu opowiada o swojej grupie przyjaciół i ich poszukiwaniu artystycznej wolności.

      Kluczem do zrozumienia dadaistycznej rewolucji, według niemieckiego filmowca, jest właśnie poznanie osobowości poszczególnych twórców i niezwykłej wspólnoty, która się między nimi w tamtym czasie wytworzyła. A dadaizm łączył tak odmienne postacie jak Hugo Ball, pełen sceptycyzmu idealista, jeden z „ojców założycieli”, który szybko porzucił artystyczne próby i zamieszkał na wsi pomagając ubogim chłopom. Tristan Tzara nadaktywny i kierujący się artystyczną agresją rumuński poeta. Arthur Cravan, pisarz i bokser-amator, wyzywający na pojedynek mistrza wagi ciężkiej. Marcel Duchamp, ikona sztuki współczesnej, twórca ready-made, który w końcu swoją sztukę ograniczył do gry w szachy. Kurt Schwitters tworzący dzieła sztuki z pospolitych odpadków itd. Pełna lista jest tu naprawdę długa.

      Z tych wszystkich historii wyłania się niesamowity obraz dada. Pewnej pierwotnej siły, która napędzała ten ruch. Połączenie potrzeby buntu, niezgody na zastany porządek z jakąś ogromną estetyczną wrażliwością. Świat na początku XX w. zaczął się drastycznie zmieniać i dadaiści czuli, że trzeba wywrócić sztukę na drugą stronę, by zdążała za tymi zmianami. By nie została z tyłu i nie zdewaluowała się jako jako język do opisu rzeczywistości. W tym celu wyciągnęli na wierzch wszystkie te ekstremalne zjawiska, które buzowały gdzieś w królestwie sztuki od pewnego czasu. Zamiast boskiego natchnienia, stawiali na przypadek, wnosili życie codzienne do galerii i przeprogramowali na nowo relacje artysta-dzieło-widz. Stwierdzili, że trzeba ogłosić śmierć sztuki, by mogła narodzić się na nowo.

      „Dadaizm” Hansa Richtera, miał tego pecha, że ukazał się w Polsce w latach, gdy wydawnictwa o sztuce miały koszmarną formę. Mały format, obrzydliwe czarno-białe reprodukcje, klejenie które rozsypuje się po drugiej lekturze. W tym przypadku warto jednak znieść te wszystkie niedogodności. Ta książka potrafi odmienić spojrzenie na świat.

      Drugi krok to „Duchamp. Biografia”. Sam nie wiem dlaczego zabrałem się do tej pozycji z takim opóźnieniem. Trochę postała ona u mnie na półce i pozbierała kurzu, zanim wreszcie wziąłem się za lekturę. Okazało się wtedy, że to pozycja wcale nie gorsza od książeczki Richtera, a pod wieloma względami bogatsza. Bo niby śledzimy tu życie tylko jednego artysty Marcela Duchampa, ale w tle przewija się większość twórców kluczowych dla ruchu dada (i nie tylko). Calvin Tomkins świetnie kreśli tło całego ruchu, realia historyczne, polityczne, obyczajowe i relacje pomiędzy poszczególnymi artystami.

      Oczywiście najważniejszy jest tu sam Duchamp i jego droga przez impresjonizm, kubizm do ready-made i Wielkiej Szyby. Czytając byłem coraz bardziej zachwycony jego niezwykłą artystyczną osobowością. Postawą wiecznego dystansu, niezwykłego poczucia humoru, wyjątkową umiejętnością nie popadania w konflikty (co nie jest łatwe w środowisku wypełnionym różnymi artystycznymi ego) i oszczędności w tworzeniu. Awangarda miała zawsze skłonność do „nadprodukcji” - przy jej niesamowitym tempie, wielkiej energii dzieła sztuki powstawały błyskawicznie, tworząc duże stada. Duchamp potrafił się powstrzymać. Nie zalał świata ready-made, co więcej na długie lata porzucił pracę twórczą na rzecz gry w szachy.

      Uwielbiam Duchampa, za to, że tak mocno podkreślał intelektualny pierwiastek sztuki. Sprzeciwiał się twórczości jedynie „siatkówkowej”, którą jedynie się ogląda, chłonie. Sztuka w jego mniemaniu przede wszystkim musi być wyzwaniem dla rozumu. Narobił sobie tym wielu wrogów, ale do swojego stanowiska też wielu przekonał. Wystarczy spojrzeć na to co później zaczęło się dziać w sztuce. Był Mistrzem m.in. dla Andre Bretona, Man Raya, Johna Cage'a, Andy Warhola itd. Miał dar zjednywania sobie ludzi, ale przede wszystkim miał odwagę, by konsekwentnie testować granice sztuki. Robił to po cichu, bez zbędnego gwiazdorstwa i wyjątkowo skutecznie. To budziło szacunek.

      Co zaś do śmierci sztuki: na nagrobku Duchampa widnieje epitafium przez niego samego napisane: „Poza tym, zawsze to inni umierają”.

      Dobra, dość tego spoilerowania. Zapraszam jutro do Centrum Promocji Młodych na 19:00.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      niedziela, 26 stycznia 2014 10:05
  • środa, 22 maja 2013
    • WSPIERAJMY CZYTAJ!

      Dwa tygodnie temu, miała miejsce mała rocznica. Minęły cztery lata, od pierwszego wpisu na czestolovechowa. Nie bardzo jest co świętować - bo dwóch latach intensywnego blogowania, nastąpiły dwa lata uśpienia, przeplatane rzadkimi przypadkami lunatykowania. Jubileusz to jednak jubileusz i miałem coś specjalnego z tej okazji napisać coś specjalnego. Rozgrzebałem nawet tekst w którym próbuje opisać doświadzcenie przejścia od opisywania kultury do jej animowania. Rozgrzebałem i ostatecznie zostawiłem... Chyba nie jestem jeszcze gotów żeby się tak uzewnętrzniać.

      Może i dobrze się stało, bo mogę pretekst jubileuszu wykorzystać, by zwrócić się do Was z prośbą. Oto już po raz trzeci organizujemy w Częstochowie imprezę paraliteracką Festiwal Dekonstrukcji Słowa „Czytaj!”. I jak to zawsze w kulturze, w imprezach krążących wokół tematu książki, najtrudniej poradzić sobie z budżetem imprezy. By go jakoś skonstruować chwytamy się różnych metod, a tym razem postanowiliśmy spróbować crowdfundingu. Zatem jeśli ktoś chciałby nam pomóc w zrobieniu fajnej imprezy może to zrobić poprzez platformę WSPIERAMY KULTURĘ. I prawda jest taka, ze każda złotówka się liczy. Więc jeśli ktoś chciałby czestolovechowa obdarować z okazji rocznicy, to tak byłoby najfajniej!

      Festiwal „Czytaj!” urodził się spontanicznie i niespodziewanie zaczął się nam rozrastać. Mam wrażenie, że coraz mocniej zaczynamy funkcjonować w świadomości częstochowian. Frekwencyjnie też jest całkiem nieźle, choć to zapewne kwestia skali. Z imprezami pod marketami , czy w Galerii Jurajskiej nie mamy zamiaru się ścigać. Wydaje mi się, że ludzie doceniają fakt, że próbujemy to robić inaczej, wykroczyć poza formułę szablonowego spotkania autorskiego, sięgnąć do promowania literatury po sztukę wszelaką.

      Osobiście jednak najbardziej sobie cenię, ze FDS „Czytaj!” stało się tak trochę platformą do spotkania różnych środowisk w mieście. Bo w jego organizację zaangażowane są prawie wszystkie instytucje kultury oraz mała armia niezależnych animatorów, artystów i miłośników kultury. To unikatowe doświadczenie. „Czytaj!” okazało się pretekstem do spotkania ludzi, z którymi inaczej pewnie bym się rozminął. Dzięki temu mocno poczułem, że ten potencjał ludzki w Częstochowie wcale nie jest taki mały. I chyba nie jestem w tym poczuciu odosobniony. Zatem jeśli ktoś ma ochotę robić jesienią „Czytaj!” to my jesteśmy otwarci i czekamy.

      Dlatego ponawiam apel. Trzecia edycja Festiwalu „Czytaj!” jest w Waszych rękach. Bardzo, bardzo liczymy, że wesprzecie nas przez portal WSPIERAMY KULTURĘ i dzięki temu uda nam się utrzymać wysoki poziom merytoryczny festiwalu (nasz dorobek świetnie ujęła Aga na stronie portalu). A jak ktoś nie może pomóc nam finansową wpłatą, to zapraszamy do współorganizowania festiwalu. Przyda się każda głowa pełna pomysłów, każda para nóg i rąk. Liczymy na Was!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      środa, 22 maja 2013 13:10
  • sobota, 08 października 2011
    • CZYTAJ!

      Czestolovechowa dorzuciło swoje trzy grosze do tego festiwalu, więc wszystkich serdecznie zapraszam. Powiem nawet więcej: obecność obowiązkowa!    

      Festiwal Dekonstrukcji Słowa 17-23.10.2011

      Słowa żyją. W swoim ogromie układają się w rzędy, układają się w sensy. Ludzie rozbijają te konfiguracje, a one powstają wciąż i wciąż na nowo. I gdzieś tam na styku tych zapasów powstaje sztuka, literatura, kino, teatr… Czytaj! Bo inaczej to co najistotniejsze przemknie ci obok nosa.

      „Czytaj!” to impreza promującą słowo pisane. Fundament pod budowę pozytywnego snobizmu wokół kultury czytania. Argument, który przekona, że czytanie jest atrakcyjną formą aktywności. My czytający może jesteśmy w mniejszości, ale stanowimy elitę. To z dobrych lektur w ogromnym stopniu rodzi się umiejętność samodzielnego myślenia, wrażliwość i samoświadomość. W naszym przekonaniu właśnie czytanie jest też punktem wyjścia do najlepszej zabawy.

      Bawimy się w dekonstrukcje słów, by zdekonstruować typowe spojrzenie na literaturę. Przekroczyć sztampową formę promocji czytelnictwa. Chcemy uchwycić słowo w ruchu, a nie uwięzione na papierze. Punktem wyjścia jest oczywiście literatura, ale interesują nas jej liczne interakcje z wszelkimi odcieniami sztuk.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      sobota, 08 października 2011 10:33
  • środa, 03 sierpnia 2011
    • NAPISY KOŃCOWE

      Miłość to trudna sprawa. Dwa lata prowadzenia bloga, kilka setek wpisów, litry wylanego emo - a nie da się jednoznacznie ocenić jak to teraz jest ze mną i z Częstochową. Z pewnością znam ją lepiej i lepiej czuję to miasto. Udało mi się pozbyć syndromu: "nie interesuję się, bo tutaj i tak nic się nie dzieje", I choćby ze względu na to ostatnie było warto. Czy jednak udało mi się ją pokochać? Nie wiem. Nie stałem się nagle potwornie dumny, z tego, ze jestem Częstochowianinem, ale z drugiej strony przestałem też traktować pobyt tu jako karną zsyłkę. Zapuszczam emocjonalne korzenie. Więc może jednak wykonałem kilka kroków w stronę miłości.

      Nadszedł jednak ten czas kiedy formuła czestolovechowa się całkowicie wyczerpała. Zaczyna być wyjątkowo nieregularnie i nudnawo. Trzeba więc powiedzieć sobie dość, zanim ostatecznie rozmieni się na drobne jakąś tam markę,którą udało się wypracować. Taki to już los internetowych bytów. Najwyższy czas znaleźć nowy sposób dialogu z miastem.

      Do tego wirtualnego miejsca się przywiązałem, więc od czasu do czasu, będzie można tu znaleźć jakieś tam formy pośmiertnej aktywności. No ale będzie to coś zupełnie innego. Czestolovechowa w znanej formule ostatecznie kończy swój żywot.

      Na koniec więc wielkie dzięki dla wszystkich, którzy tu regularnie i nieregularnie zaglądali. Fajnie się pisało, wiedząc, że ktokolwiek to czyta. Przepraszam za tony literówek i ordynarnych błędów. Dzięki, że tu mimo wszystko wracaliście.

      Oki, starczy - idę płakać w kącik internetów. Do zobaczenia w jakimś innym wcieleniu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „NAPISY KOŃCOWE ”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      środa, 03 sierpnia 2011 08:28
  • piątek, 22 lipca 2011
    • SEN, KTÓRY LUDZIE NAZYWAJĄ ŻYCIEM

      Najuczciwiej byłoby nic nie pisać po „Instytucie Benjamenta”. Każdy indywidualnie powinien spacerować po tak onirycznym dziele. Wszelkie próby racjonalizacji takiego obrazu, mogą tylko zaszkodzić. Z drugiej strony jednak to niezła wymówka. Wizytówką „poetyckiego dzieła autorskiego”, można zamknąć krytyczną dyskusję nad każdym, najgorszym nawet gniotem.

      Czy aktorski debiut braci Quey jest gniotem? Surrealistyczny obraz, odmalowany w czerni i bieli, pełen ukłonów dla konwencji kina niemego i niemieckiego ekspresjonizmu. Banał, same zgrane motywy - można by powiedzieć. Niby tak właśnie jest, ale ja i tak oglądałem go z zapartym tchem. Może mam słabość do tego typu wizji. A może znów dałem się wciągnąć do labiryntu, który niby już znam (Schulz, Kafka, Kantor), ale odkrywamy jego zupełnie nowe płaszczyzny.

      Dla mnie, „Instytut Benjamenta” broni się kompozycją. Bracia Quey naładowali go tak niesamowicie estetycznymi ujęciami, ze, aż maiłem gęsią skórkę. Spora w tym również zasługa Lecha Jankowskiego, który wplótł w obrazy niezwykle poruszające dźwięki. Smutne, melancholijne – a przy tym budzące jakiś metafizyczny niepokój.

      Co do samej fabuły, wiadomo, że to jeden z tych filmów w którym nie chodzi o to, żeby złapać króliczka, tylko o to żeby go gonić. Postmodernistyczna przyjemność płynie z niekończącej się interpretacji, a nie z odnalezienia jakiegoś jednego, obowiązującego sensu.

      Do mnie wczoraj, przyplątało się odczytanie religijne i towarzyszyło mi przez cały seans. Chociażby na poziomie scenografii, wciąż widziałem krzyże i inne religijne symbole. W takim kontekście bylejakość życia Jakoba von Guntena (znacząca jego deklaracja na początku: „Niewiele oczekuję od życia”) nabiera jakiegoś metafizycznego wymiaru. Ludzie życie naznaczone jest marnością, z której nie ma ucieczki. Można przybierać pewne pozy (robić kariery, zakładać rodziny, tworzyć sztukę) – ale i tak w odniesieniu do nieskończoności wszystko to pseudowartości, zapychacze czasu. Tak jak zapychaczem czasu jest cała edukacja w szkole dla służby („Reguł uczymy się na pamięć, jest tu tylko jedna lekcja, powtarzamy ją w nieskończoność. Nauczymy się tu niewiele nigdy do niczego nie dojdziemy, w przyszłości będziemy nic nie znaczącymi podwładnymi.) Powtarzalne, nudne gesty. Sztuczne, zbędne. Teoretycznie maja przygotować do tego, by służyć Panu, ale w filmie trudno szukać tropów, które wskazywałyby na to, że absolwencki Instytutu są dobrymi służącymi. Ludzkie życie jest zatem jak sen - może i piękny, mało warty, mało znaczący.

      Przede wszystkim jednak to relacja Służący – Pan, nakreślona przez braci Quey wydała mi się wyjątkowo metafizyczna. Herr Benjamenta i Jakoba dzieli jakiś potworny dystans, nie do pokonania - a mimo to oboje wiedzą, ze są sobie potrzebni. To taka wyjątkowo starotestamentowa wizja relacji Bóg-człowiek. Bóg jest odległy, surowy, bezwzględny, a przy tym w pewnym sensie zależny od śmiertelnych. („Nie bój się. Nie mógł bym cię skrzywdzić. Tak miło się z tobą rozmawia. Jak byśmy byli spokrewnieni. Twoje słowa, gesty. Twoje usta. Wszystko. To miło, że przy tobie mogę okazać słabość. Tylko pomyśl. Ja, Twój pan, zwierzam Ci się, żałosnemu robaczkowi, którego mógłbym rozdeptać gdybym chciał). A Jakub to starotestamentowe imię, nosił je Syn Izaaka który spierał i walczył z samym Bogiem.

      No dobrze, ale co z tego wynika. Dla mnie, dzięki religijnej soczewce, znaczenia nabiera finał w którym Herr Benjament i Jakob wspólnie odchodzą, a „śnieg spadnie na nas delikatnie. Obficie, w przeogromnej ciszy, bez końca i początku, wszystko pokryje szaro-biały śnieg, nie będzie nieba i powietrza”.

      Znacząca jest również scena, w której Jakob dostaje się do komnat do których nie miał wcześniej pełnego wstępu, a tu okazuje się, ze zamiast tajemnicy jest tylko złota rybka. Której trzeba czyścić akwarium, zmieniać wodę i dawać jeść.

      No ale może to tylko moja nadinterpretacja i tak naprawdę niczego takiego nie ma w tym filmie. A może to nie ma zupełnie znaczenia co tam jest, a czego nie ma. Może to wszystko sen. Ech ten postmodernizm.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „SEN, KTÓRY LUDZIE NAZYWAJĄ ŻYCIEM ”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      piątek, 22 lipca 2011 14:20
  • czwartek, 30 czerwca 2011
    • FIGHT THE POWER

      Miło było obejrzeć sobie film w sympatycznym towarzystwie, po dłuższej przerwie. Nawet gdy zdradziliśmy surrealizm, na rzecz kina zaangażowanego społecznie. No ale tak czułem, że w końcu przyjdzie czas na Spike Lee i jego „Do The Right Thing”. W końcu jak to już gdzieś pisałem, to ścisły top mich filmowych rankingów.

      Dlaczego? Nie potrafię tego jednoznacznie uzasadnić. Pewnie decydujący jest tu jakiś czynnik czysto subiektywny, emocjonalny. Ale bezsprzecznie nikt tak jak Spike Lee nie potrafi opowiadać o problemach rasowych w Ameryce. Jestem dzieckiem ery telewizji ,więc to jego filmy jako pierwsze tłumaczyły mi czym naprawdę jest rasizm i jak wielowarstwowe są relację społeczne w Stanach. Oczywiście jest to wiedza popkulturowa, ale stanowi świetną trampolinę do poważniejszych źródeł.

      Poza tym „Do The Right Thing” to popis znakomitego filmowego warsztatu. Uwielbiam ten obraz estetycznie: te barwy, ujęcia, muzykę, niezwykłe tempo. Zupełnie jak pamiątkowa widokówka z dzieciństwa w Brooklynie, którego nigdy nie przeżyłem.

      Jest też tam kilka scen które głęboko siedzą w mojej głowie:

      Mooki tłumaczący Pino, że wszyscy jego idole są czarni i on z pewnością też podświadomie chciałby być czarny.

      Radio Raheem opowiadający historie o Miłości i Nienawiści.

      Chłopak w koszulce Larrego Birda depczący po białych jordanach Buggin’ out’a

      Niepohamowany strumień rasistowskich wyzwisk w wykonaniu różnych postaci.

      Czarna młodzież bawiąca się hydrantem i atakująca wodą bogatego białasa w wypasionym kabriolecie. Scena ta ma swoje krzywe odbicie pod koniec filmy, gdy biali strażacy podczas zamieszek, próbują zaprowadzić porządek strumieniami wody.

      I przede wszystkim wisienka na torcie. Finał, gdy Mooki przychodzący pod zniszczoną pizzerie i żądający od Sala wypłaty. Mistrzostwo Świata.

      Czasem wystarczy tak niewiele środków, by powiedzieć tak wiele. Spike Lee mówi o rzeczach trudnych, unikając banału. U niego nienawiść i przemoc zjawiają się nagle, gwałtownie. Choć właściwie buzują, gdzieś pod cienką warstwą lukru, przez cały film. A samej erupcji nikt nie jest winien. Winni są wszyscy. Winny jest niesamowity upał.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      czwartek, 30 czerwca 2011 12:44
  • środa, 29 czerwca 2011
    • JAK TU TERAZ ŻYĆ?

      Z dziećmi trzeba ostro: trzymać krótko, mówić szorstko i nie pozwalać na zbyt wiele. Niech od początku dziatwa wie, że życie to nie bajka i raczej jest źle niż dobrze.

      Zawsze wydawało mi się, że takie metody wychowawcze to totalna bzdura. A teraz sam czuje się jak rozpuszczony bachor, który dostał palec, i ryczy o całą rękę. Kończący się właśnie kulturowy czerwiec w mieście, był jak to beztroskie dzieciństwo, gdy rodzice kupowali na każde zawołanie słodycze i zabawki. I to było piękne, tylko co dalej? Wakacyjny sezon ogórkowy zapowiada się jak zimny prysznic, albo gwałtowne lądowanie na betonie dorosłości. I wcale mi się to nie podoba. Ja nada chcę być trzymany pod kloszem! Uprzejmie proszę mnie wciąż rozpieszczać.

      Starałem się dużo pisać o częstochowskich, czerwcowych festiwalach i reklamować je, gdzie tylko mogłem. I byłem chyba w tym totalnie monotematyczny, bo wszędzie powtarzałem, że to najlepszy czas, żeby kulturowa tkanka miasta zaczęła się zmieniać. Bo jeśli nie teraz to kiedy?

      I dziś nie za bardzo wiem, co zrobić po takim podbijaniu bębenka. Jeśli udało się nawet zrobić wyłom w częstochowskim marazmie, to i tak na jego owoce przyjdzie nam poczekać. Takie zmiany to trudny i długodystansowy proces. A tu rozbudzony apetyt nie chce kończyć uczty. Rzeczywistość jest bezlitosna. Takiego święta kultury – duża impreza co weekend – najwcześniej można wyglądać za rok. I trzeba znaleźć strategię przetrwania tego szoku termicznego.

      Ja na razie mam syndrom odstawienia i znów mi się chce marudzić. Że w tym roku jakiś dziwny smród powstał koło Reggae Day, z powodu braku głównej gwiazdy, a Rock Fest podobno przesadził z urozmaicaniem lain-up’u. Noc Kulturalna była wyjątkowo jasnym punktem, ale czy wystarczająco jasnym? Czy udało się odgonić ciemne chmury które zbierały się nad tą imprezą od kilku lat. No i Frytka OFF która udała się znakomicie, ale przy tym wysoko zawiesiła poprzeczkę. Czy uda się powtórzyć ten sukces i rozmach w przyszłym roku bez funduszy z UE? A przydałoby się, żeby przy okazji festiwal zrobił krok na przód.

      Widzicie sami.Znów się zaczyna. A tu zamiast mirmiłować trzeba by coś zacząć cos robić.

      Uprzejmie zatem apeluje, żebyście mnie pilnowali w działaniach, co bym się łatwo nie zniechęcił. Jakiś czas temu szukałem nowej formuły dla bloga. Aktywność wychodząca poza formułę „smutnego emo”, wydaje się ciekawą alternatywą. A nuż się uda.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „JAK TU TERAZ ŻYĆ? ”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      środa, 29 czerwca 2011 10:50

Kanał informacyjny

szablonowe serca: MONSTFUR