CZĘSTO LOVE CHOWA

się dzieje

  • niedziela, 08 czerwca 2014
    • BUKARESZT NOCĄ SUBIEKTYWNIE

      Tej notki właściwie miało nie być. Kiedyś postanowiłem, że nie będę recenzował wydarzeń kulturalnych w które zaangażowani są mi najbliżsi. Wiadomo, w takich sytuacjach trudno zachować obiektywizm – raz się jest zbyt entuzjastycznym, innym zbyt surowym. Jednak przed chwilą, po obejrzeniu premierowego „Bukareszt Calling” Teatru Tlen, pomyślałem sobie czemu tym razem nie miałbym właściwie zrobić wyjątku. W końcu nie zamierzam pisać profesjonalnej recenzji (bo nigdy nie byłem profesjonalnym recenzentem), tylko chcę podzielić się garścią subiektywnych opinii na moim prywatnym blogu. Zresztą regularnie zagląda tu pewnie z pięć osób, z czego większość to rodzina. Zatem raz kozie śmierć.

      Bukareszt. Noc. Upał. Radiowy DJ towarzyszy tym, którzy nie mogą spać. Tak zaczyna się ta historia. I to właśnie słowo „historia” jest tu kluczowe – bo nowe spektakl Teatru Tlen to bardzo sympatyczna i sprawnie opowiedziana historia. Brzmi to może jak mało entuzjastyczny komplement, ale to komplement wielkiej miary. Prawda jest taka, że opowiedzieć historię tak po prostu jest najtrudniej. Dużo łatwiej chować się za różnymi scenicznymi sztuczkami, rwaną narracją, metafizycznymi wtrętami, natrętnym symbolizmem itd. Znam to z autopsji, z czasów gdy chciałem być pisarzem i wydawało mi się, że czym dziwaczniej, czym więcej artystycznych wywijasów, tym lepiej. A gdy trzeba było po prostu opowiedzieć jakąś fabułę to leżałem, kwiczałem i miałem pretensje do świata.

      W „Bukareszt Calling” historia jest prosta - nie ma co tu szukać wielkich pytań, czy scenicznej terapii. Momentami jest nawet schematyczna i szablonowa, ale zawsze obraca to w atut, bo dzięki temu łatwiej bawi się w przeplatankę. Tzn. przeplata losy bohaterów we wszelkie możliwe kombinacje, pokazuje że każde miasto to jedna wioska gdzie każdy, każdego zna z każdym się spotka. Bardzo lubię w filmach i teatrze takie przeplatanki. To stary i ograny chwyt, ale nadal działa.

      W tlenowym „Bukareszt Calling” świetna scenografia z karuzelą ogrywa to jeszcze mocniej scenicznie. Dodatkowo minimalizm ruchu aktorów bardzo fajnie kontrastuje z chaotyczną i rozedrganą przeplatanką ich postaci. Trudno mi teraz wyobrazić sobie ten dramat, zagrany w „bardziej chodzony” sposób. Przeplatanka też pozwala temu spektaklowi, zachować właściwie tempo. Uniknąć dłużyzn i monotonii. No bo to jest po prostu bardzo fajnie opowiedziana historia. Historia która, dzięki Bogu, nie ma ambicji zmieniać świata, czy innych ludzi. Pokazuje tylko piątkę młodych zagubionych ludzi i miasto które równocześnie jest bardzo wielkie i bardzo małe. Tylko tyle, albo aż tyle!

      Bardzo fajnie też to wypada aktorsko. Oczywiście TLEN jest teatrem nieprofesjonalnym, więc taką miarę wypadałoby też do niego przykładać - ale właściwie nie ma się do czego bardzo przyczepiać. Ci aktorzy których widziałem we wcześniejszym „Recyklingu” zrobili ooooogromny krok do przodu, tlenowe debiuty też wypadły bardzo dobrze. Choć trzeba brać moje opinie w nawias, bo mogło, być tak, że byłem wpatrzony w jedną osobę na scenie i nic innego do mnie nie docierało ;) A na poważnie szacun dla całego zespołu.

      Oczywiście nie jest to przedstawienie bez wad. Parę rzeczy wypadałoby jeszcze dopieścić. Ale ponieważ „Bukareszt Calling” mi się podobał, więc nie mam nastroju tak na świeżo się czepiać. No może tylko wbiję szpileczkę, że jak na spektakl o nocnej audycji muzycznej, to ścieżka muzyczna powinna być chyba lepiej dobrana i wkomponowana w całość.

      Ponieważ podglądałem przygotowania do tego spektaklu trochę od kuchni to nałykałem się po próbach trochę nerwowej atmosfery i ciśnienia. Ale tym bardziej mogę teraz po premierze napisać: udało się, było warto. „Bukareszt Calling” zdecydowanie najbardziej podobał mi się, ze wszystkich dotychczasowych tlenowych spektakli i to kierunek w którym warto iść.

       

      Zatem jeśli przy następnej okazji, ktoś będzie się wahał czy warto iść na nowy spektakl Teatru Tlen, ja podpowiadam, ze warto.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      niedziela, 08 czerwca 2014 23:05
  • środa, 26 marca 2014
    • PRZELITEROWANY WEEKEND

      W tym tygodniu krótko i polecankowo. Weekend zapowiada się intensywnie, bo startuje GENERATOR, a na dodatek dwie po_czytajowe inicjatywy.

      Zacznijmy od końca. W niedziele w Rue de Foch (ul. Focha 10) o 17:00 po_czytajowe spotkanie z Katarzyną Grygą autorką powieści „Suka”. Debiut chwalą, autorka z korzeniami częstochowskimi. Warto przyjść i przekonać się, co się za ową „Suką” kryje. Z kolei w piątek po_czytajowo razem z „Li-TWĄ” świętujemy setne urodziny Pana Hrabla. Tak kameralnie, bez zadęcia. Po prostu spotykamy się, by pogadać i posłuchać o czeskim Mistrzu. No i oczywiście by napić się piwa, bo literatura Hrabala to doskonały podkład do piwa. Jeśli ktoś lubi takie nieformalne spotkania literackie, lubi prozę Bohumila Hrabala to zapraszamy w piątek do Słodko-Gorzkiego (ul. Kilińskiego 5) o g. 18.00. Za urodzinowych wodzirejów będą robić Sławek Domański i Janusz Mielczarek.

      W sobotę zaś, zupełnie bez czytajowych kontekstów, wybieram się do Latarnika (ul Łódzka 8/12) na spotkanie autorskie promujące komiks „Romowe”. O komiksie pierwszy raz słyszę, jaki on przekonam się na spotkaniu, ale najważniejsze, że narysował go Hubert Czajkowski – postać dla mnie kultowa. Do dziś mam dreszcze, gdy przypomnę sobie jego ilustracje do tekstów o „Zew Cthulhu” w „Magi i Miecz”. Ojjjj działały one na wyobraźnie i to jego styl już zawsze będzie kojarzyć mi się z prozą H.P.Lovercrafta. Podczas lektury książek Samotnika z Providence, świat przedstawiony w głowie maluje mi się właśnie kreską Czajkowskiego. Oczywiście dla większość zapewne Czajkowski jest rysownikiem kojarzonym z „Dzikimi Polami” i prozą Komudy, ale dla mnie jego ilustracje szalonych kulltystów mają pierwszeństwo. Zatem w sobotę o 17:00 idę się konfrontować z jednym z graficznych idoli mojej nerdowskiej młodości.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      środa, 26 marca 2014 09:56
  • niedziela, 02 lutego 2014
    • UWODZICIELSKI UROK DYGRESJI

      Dziwny film wczoraj widziałem. To znaczy skończyłem oglądać go wczoraj, a zacząłem kilka dni temu. W sumie spędziłem ponad cztery godziny w OKF'ie na najnowszym filmie Larsa Von Triera i jego opowieści o nimfomance. Dziwny to był film, zupełnie jakby Duńczyk równocześnie chciał nakręcić anty-porno, moralitet i poemat. Kurczę, nawet nie wiem jak zacząć o nim opowiadać, ale i tak jestem zachwycony.

      Uwielbiam jak Von Trier snuje swoje filmowe fabuły (choć do niektórych jego filmów nie zbliżam się z premedytacją). Nikt nie opowiada historii tak jak on, niby lubi sięgać po stare chwyty, łapać widzów w zgrane, emocjonalne pułapki, ale to zawsze działa. Może to kwestia, że robi to ze sporą dawką szaleństwa. Czasem mam wrażenie, że nie ważne co Von Trier opowiada, istotne jest jak to robi. I tak trochę jest w przypadku „Nimfomanki”.

      Chyba tylko Lars mógł wymyślić taką strukturę narracyjną. Samotny, starszy mężczyzna znajduje w zaułku pobitą kobietę. Ona wprasza się do jego mieszkania, gdzie zaczyna opowiadać mu historię swojego życia seksualnego. On co chwilę jej jednak przerywa, zaczynając przeróżne dygresje: porównuje techniki seksualnych zalotów do sposobów wędkowania na muchę, opowiada historię powstania węzłów, wyszukuje w jej historii odniesień do muzyki klasycznej, literatury, religii, okultyzmu, teorii feministycznych itd. Tak jakby chciał nas odciągnąć od seksualnych podbojów kobiety, chciał nam na siłę pokazać, że nie one są tu najważniejsze. Sytuacja mocno odrealniona i tajemnicza. Trochę teatralna. Zresztą mieszkanie mężczyzny przypomina bardziej teatralną przestrzeń, niż filmową scenografię. Historia nimfomanki zaś podzielona jest na rozdziały/akty. Na dodatek Von Trier gdzieniegdzie powstawiał sugestie, że jej opowieść jest pełna przekłamań, niedopowiedzeń i wyolbrzymień. Niezły bałagan.

      A co z tym seksem? W końcu Lars narobił wielkiego medialnego hałasu, że oto kręci pornola, że przed niczym się nie cofnie, a na pewno nie przed prawdziwym seksem na planie filmowym. Kto jednak trochę zna duńskiego reżysera, spodziewał się tu podstępu i oczywiście się doczekał. Bo oto Von Trier zaserwował nam anty-porno. Na ekranie jest sporo seksu, ale zupełnie oddartego z estetyki porno. Nie podglądamy ludzi uprawiających seks oczami napalonego nastolatka, lecz mamy go w wersji mocno naturalistycznej (np. genialny chwyt z szybkim montażem ujęć męskich genitaliów, który bardziej przypomina katalog medyczny, niż film erotyczny). „Magia kamery” zamiast podkręcać podniecenie, stymulować wyobraźnię, kieruje uwagę na jego fizjologiczny aspekt. Co jest męczące, odpychające a momentami nawet obrzydliwe i przerażające. Nagość i seks zdarzają się w „Nimfomance” również w wersji hard-core, ale po pierwsze są nakręcone w stylistyce przewrotnego anty-porno, a po drugie są zagadywane ciągłymi dygresjami.

      Ach... no i oczywiście Lars gra jeszcze humorem. Pokazuje jak zabawny jest seks, gdy patrzy się na niego z boku. Co więcej, pokazuje też jak zabawny jest szerszy kontekst naszego życia seksualnego. Tak jak w genialnej scenie zazdrości z Umą Thurman. Po chwili namysłu, widzowie orientują się, że właściwie nie ma nic śmiesznego w zrozpaczonej matce trójki dzieci, od której mąż postanawia odejść, ale póki scena trwa cała sala kinowa śmieje się do rozpuku. Lars wie jak grać na emocjach publiczności i ja to bardzo lubię.

      No dobra, mamy zatem nimfomankę opowiadającą swoje życie aseksualnemu facetowi. Ona się oskarża, on ją usprawiedliwia. Przynajmniej na początku, bo w trakcie filmu role się trochę odwracają, ciążąc ku finałowej przemianie... Historia jest pourywana, szczątkowa i mamy wątpliwości co do jej obiektywności. Bardzo ważne wydają się te wszystkie, absurdalne dygresje.

      Co jednak z tego tak naprawdę wynika? O czym „Nimfomanka” tak naprawdę jest? O ludzkiej seksualności – to oczywiste, ale to naskórkowe podejście. O uzależnieniu od seksu? W pewnym stopniu tak, ale chyba nie za wielkim. Zatem o co chodzi? Ja spróbowałem do tego dojść znajdując najważniejszą scenę dla całego obrazu. Po dłuższym namyśle wyszło mi, że to muszą być właściwie dwie sceny rozdzielone prawie całym filmem. Początkowe ujęcie, gdy kamera powoli, niezwykle intymnie ślizga się po ceglanych ścianach zaułkach, gdzie leży pobita kobieta, a potem ten „prawie finał”, gdy wracamy do tego miejsca. Jeśli przyjmiemy, że faktycznie ten fragment jest kluczowy, to wyjdzie nam brawurowa koncepcja, że „Nimfomanka” to film o miłości! I to prawie w melodramatycznym ujęciu. Wiem, odważna teza, ale coś w niej zdecydowanie jest. Bo wystarczy zrobić krok w tył, by zauważyć, że w opowieści bohaterki, kluczowe jest to czego nie widzimy, co chce ona przed nami zasłonić opowieściami o seksie. Tak mi się wydaje.

      No i na koniec zostaje nam finał. Hmmm... Z jednej strony wszyscy widzowie spodziewali się, że właśnie tak może to filmowe spotkanie się skończyć, ale z drugiej mieli do Von Triera trochę żalu, że tak przewidywanie puentuje. No ale uczciwie trzeba przyznać, że „Nimfomanka”, tak właśnie powinna się skończyć. Ja byłem zachwycony symetrycznością przemiany dwójki bohaterów – tak jakby finał filmu wynikał przede wszystkim z praw geometrii, a później dopiero praw narracji. Świetny pomysł.

      „Nimfomanka” to z pewnością nie najlepszy film Von Triera. „Melancholia” spokojnie może sobie siedzieć na pozycji lidera, jednak najnowszy obraz Duńczyka zdecydowanie ma w sobie moc. Intryguje, meczy i nie daje spokoju. Już czuję jak ten film mości sobie gniazdko gdzieś z tyłu mojej głowy i będzie mnie teraz niepokoił od czasu do czasu. Wychodzi na to, ze łatwo daję się Larsowi wkręcić, ale z drugiej strony bardzo to lubię.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      niedziela, 02 lutego 2014 15:03
  • czwartek, 23 stycznia 2014
    • A taki dziś piękny dzień

      Najważniejszy film w tym tygodniu w repertuarze OKF? Zapomnijcie o „Nimfomance”, zapomnijcie o nowym Smarzowskim, od jutra na ekranie prawdziwe arcydzieło: „Grobowiec świetlików”! Cyfrowo zremasterowany pojawia się w kinach studyjnych w Polsce dwadzieścia sześć lat po premierze. I nic się nie zestarzał w tym czasie. A jeśli ktoś ma alergię na anime, to „Grobowiec świetlików” jest najlepszą okazją, by jej się pozbyć.

      Film Isao Takahaty to jeden z najbardziej przejmujących, kinowych obrazów antywojennych jakie znam. Jego siła to fakt, że nie próbuje ani przez moment być dydaktyczny, tylko konsekwentnie i bezlitośnie opowiada konkretną historię. Pokazuje koszty wojny, na najbardziej podstawowym, ludzkim poziomie. I zupełnie nieważne kto jest tutaj ten „dobry”, a kto „zły”, kto agresorem, kto obrońcą. Wojna mechanicznie niszczy ludzi, nie patrząc, kto po której jest stronie.

      Można powiedzieć, że w tej historii nie wiele jest. Ot opowieść o dwójce wojennych sierot - nic specjalnie oryginalnego. Różnicę jednak robi sposób w jaki jest ona opowiedziana. To taki film japoński do szpiku kości. Mówi o koszmarze wojny bardzo spokojnie, bez efekciarstwa, fabularnych fajerwerków. Mamy tu zupełnie inny sposób opowiadania, opierający się na obrazach, niedopowiedzeniach. Odmienne niż w historiach hollywoodzkich czy europejskich jest rozłożenie napięcia fabularnego i tempo filmu. Koszmar jest gdzieś w tle, nie wchodzi w strukturę obrazu, która jest zachwycająco prosta. Tak jak proste są motywacje bohaterów „Grobowca Świetlików”: przetrwać, żyć na przekór wojnie. (Tak sobie myślę, jak to różna perspektywa od mitu Małego Powstańca, który chwyta za karabin i ginie za Ojczyznę, bo ma taki obowiązek. Co jest o tyle interesujące, że „Grobowiec Świetlików” powstał w kraju, który żądał od swoich obywateli, by Ci ginęli w samobójczych misjach w imię Honoru. Wojna jest zachłanna i chętnie wykorzysta wszelkie sposoby, by zeżreć wszystkich bez względu na kolor munduru) 

      Dodatkowo w „Grobowcu Świetlików” genialnie wykorzystywane jest skojarzenie, że animacje zazwyczaj służą do opowiadania bajek, historii dla dzieci. Tutaj bombowce pojawiają się w animowanym świecie i zsyłają śmierć... Dzieciaki jak to dzieciaki, mimo czasu wojny, szukają po prostu zabawy, prostych radości i szczęśliwego zakończenia. A tu nadlatują bombowce... Japończycy potrafią na poważnie opowiadać historie animacją. Nie są tak ograniczeni jak my, dla których filmy rysunkowe są wyłącznie dla dzieci lub artystów eksperymentalnych. W Kraju Kwitnącej Wiśni animacje na równych prawach funkcjonując obok klasycznych fabuł, dzięki czemu powstają tam takie arcydzieła jak „Grobowiec świetlików”.

      Zatem od jutra odliczamy się w kinie. Kto nie widział wcześniej, niech się nie przyznaje i korzysta z okazji do nadrobienia fundamentalnych zaległości. Kto widział, zjawia się w OKF'ie, by zobaczyć tę historię na wielkim ekranie w wyjątkowej kinowej atmosferze.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      czwartek, 23 stycznia 2014 09:37
  • środa, 15 stycznia 2014
    • Dajcie się ponieść iluzji

      Staram się co roku załapać przynajmniej na jeden film z cyklu NOWE HORYZONTY tournée. Kiedyś celem było załapać się na jak najwięcej nowohoryzontowych filmów, dziś cieszę się jak uda się wybrać choćby na ten jeden. Jak to człowiek zmuszony jest stawiać sobie coraz niżej poprzeczkę... To chyba starość.

      W tym roku, po konsultacjach z mądrzejszymi i trzymającymi rękę na filmowym pulsie padło na „Shirley – wizje rzeczywistości” Gustava Deutscha. Niezwykły film ożywiający na ekranie trzynaście klasycznych obrazów Edwarda Hoppera. Szczerze przyznam, że szedłem do kina z bagażem obaw. Gdy filmowcy biorą się za przenoszenie na ekran malarstwa bywa różnie... Czasem jest to gwałt na oryginalnych pracach wielkich mistrzów, innych razem w sferze plastycznej wszystko jest cacy, za to pozostałe elementy filmowego warsztatu leżą całkowicie. Na szczęście „Shirley … „ udało się ominąć obie pułapki.

      Wizualnie to prawdziwy majstersztyk. Każdy kadr jest tu niezwykle wysmakowany, każda sekunda filmu jest niesamowicie dopracowana pod względem kompozycji, światła, cieni. Rzeczywistość namalowana przez Hoopera jest przeniesiona na ekran prawie w skali 1:1. Zachwycają kolory i te ujmujące linie proste. Deutsch pozwala sobie jedynie na bardzo oszczędny ruch kamery, prawie nie używa dialogów. Wszystko by jak najmniej zaburzyć malarskość kadrów. Dzięki temu oko zupełnie inaczej pracuje, bardziej jak w galerii, mniej jak w sali kinowej.

      Wybór takiej reżyserskiej strategii niósł oczywiście zagrożenie, że oto powstaną takie filmowe widokówki, piękne ale jałowe. Na szczęście Deutsch również z zadania narracyjnego wychodzi obronną ręką. Historia którą opowiada, snuje się niby niemrawo, jest strasznie poszatkowana, ale mimo to staje się przekonującym spoiwem zlepiającym wszystkie te obrazy. Po pierwsze to ładna historyczna panorama życia amerykanów od lat 30. do 60. XX w. Nienachalna, intymna, osobista. Niby kawałki autentycznych kronik radiowych rysują wyraźne tło polityczno-historyczne to jednak najważniejszy w „Shirley...” jest pojedynczy, konkretny człowiek, uchwycony przez Hoppera na płótnie.

      Po drugie zaś Deutsch przemyca w swoim filmie ważną prawdę, że kino, malarstwo, teatr to nasze cienie na ścianie jaskini, nasz sposób by oswoić sobie i wytłumaczyć rzeczywistość. Że są one zdecydowanie czymś więcej niż rozrywką czy sposobem na czas wolny. Twórca „Shirley...” wychwala siłę artystycznej iluzji i tym mnie zdecydowanie kupuje.

      To dla takich filmów ( a nie dla amerykańskich blokbasterów) warto wybrać się do kina. Bez sensu byłoby oglądać „Shirley...” w telewizji czy przed komputerem. Tylko sala kinowa jest w stanie wytworzyć odpowiedni klimat, stan skupienia! I choć może wczorajsza wizyta w OKFie nie odmieni mojego życia, to zdecydowanie było warto. Odświeżające doświadczenie, zupełnie inne od tego co zazwyczaj serwuje nam współczesna kultura wizualna. Przyjemna i zdrowa odmiana dla oka oraz głowy!

      NOWE HORYZONTY tournée w OKF jeszcze przez dwa dni.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      środa, 15 stycznia 2014 11:07
  • niedziela, 12 stycznia 2014
    • DWUNASTOŚCIAN FOREMNY

      Nowy rok, nowe małe radości.

      Ten co lubi brukselkę na 2014 przygotował kalendarz ze swoimi fotografiami.

      Niezwykły.

      Po pierwsze można go zabrać do domu za darmoszkę, tylko trzeba go poszukać (np. w Willi Generała). Po drugie nie jest to taki szablonowy kalendarz, który wieszamy na ścianie i tyle... Przy tym musimy odświeżyć sobie troszkę umiejętności zdobyte w podstawówce na ZPT. Gdy już powycinamy, pokleimy to powstaje malutki, przesympatyczny, biurkowy gadżet - wręcz stworzony dla wszystkich z nerwicą dłoni.

      Uwielbiam takie zaskakujące inicjatywy: niekomercyjne, niepraktyczne, po prostu dla radochy. Ten co lubi brukselkę, wielkie dzięki.

      ps. Dawno mnie tu nie było. No ale mam noworoczne postanowienie, by wykrzesać z siebie pewną regularność w pisaniu. W ramach higieny, narzucić sobie samodyscyplinę. Trzymam za siebie kciuki.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      niedziela, 12 stycznia 2014 09:30
  • środa, 15 maja 2013
    • INACZEJ

      Wczoraj jednak Pink Freud mnie zaskoczył. Jestem przyzwyczajony, że na koncertach w 2 sekundy rozpędzają się do setki, a potem systematycznie tylko zwiększają prędkość, wyrzucając inne pojazdy na pobocze. Tym razem było trochę inaczej, co oczywiście nie znaczy, że gorzej.

      Na początku jednak zaskoczyła mnie Muzyczna Meta. Przyjemnie urządzone wnętrze, sensownie zagospodarowana post-utopijna przestrzeń... Wchodzę jednak na salę koncertową, a tam stoły i krzesełka, po samą scenę. Stoły i krzesełka na koncercie Pink Freud? Naprawdę? Z miejsca poczułem się obco. Reszcie publiczności zdawało się to jednak nie przeszkadzać. Trwali przez cały koncert w bezruchu i pełnym skupieniu. Jakby byli rzeźbami lub androidami odliczającymi wszystkie takty i półnuty. Przedziwne doświadczenie.

      Stanąłem sobie więc wciśnięty w ścianę i obiecałem nie narobić wstydu. Oczywiście nie dałem rady... Od pierwszych dźwięków koncertu zaczęło mną szarpać, telepać, rytmicznie podrzucać i nie przestało do ostatniego bisu. Wniosek, nie nadaje się do przyzwoitych lokali.

      Wracając jednak do Freudów, to pierwszy raz słyszałem ich w klubie – więc może stąd różnica w energii koncertu. W festiwalowej odsłonie serwują dziką jazdę na pełnej prędkości non-stop. Wczoraj natomiast rzucali bomby energetyczne, a potem cieli, przerywali i składali przestrzeń muzyczną w małe kostki. Tempo cały czas się zmieniało: nagłe przyspieszenia, bolesne hamowania. Chłopaki wyczyniali improwizacyjne cuda, tworząc z własnych melodii wielopoziomowe konstrukcje. Misterna robota. Do końca nie potrafiłem się wczuć, bo jednak rozpraszała mnie ta publiczność zmieniona w kamień przez złego bazyliszka. Ale gdy zamykałem oczy byłem tylko ja i magia. Czułem się jakbym stał naprzeciw tsunami. Czułem na twarzy wiatr i deszcz. Byłem szczęśliwy. Bałem się co będzie za chwilę? gdzie mnie rzuci ten żywioł? a może po prostu mnie zgniecie? Piękne chwile.

      Czym dalej w koncert, tym energia była bardziej spójna. Zaczynało być widać, że taki był plan. Że każdy element układanki miał zaprowadzić do niesamowitego finału. Niezapomnianych bisów: premierowa Godzilla wyrzuciła mnie z butów, potem był równie energetyczny Flying Dolphy, a na dobranoc subtelne Diamond Way (tak przepięknej wersji jeszcze nie słyszałem). W tym momencie klub oderwał się od ziemi, zaczął wirować wokół swojej osi i odleciał w przestrzeń kosmiczną.

      Wielkie dzięki Pink Freud!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      środa, 15 maja 2013 10:15
  • wtorek, 05 marca 2013
    • PŁYNNA TOŻASMOŚĆ

      Fajny film wczoraj widziałem... Znaczy się teatr... Dokładnie to teatr w filmie, w teatrze. A najdokładniej to w Teatrze im. Adam Mickiewicza oglądałem filmową rejestrację spektaklu „ID” w reżyserii Marcina Libery. W ramach pierwszej odsłony „TV.TEATR.INTERPRATACJE”, czyli podglądania Ogólnopolskiego Festiwalu Sztuki Reżyserskiej "Interpretacje".

      Przedstawienie może jakoś mną szczególnie nie wstrząsnęło, nie odmieniło mojego życia - ale podobało mi się. Przede wszystkim dlatego, że bardzo miło skojarzyło mi się z książką „Kieszonkowy atlas kobiet” Sylwii Chutnik. Tam też było o płynnej tożsamości, o genderowych komplikacjach i też było sporo reportażowego ducha. Z tym, ze Libera patrzy na tożsamość trochę szerzej. Bo oto mamy dwie podstawowe historie: Sylwina, żydowskiego tancerza, który po utracie na wojnie ukochanej siostry bliźniaczki staje się transwestytą i próbuje zachować w swoim ciele część duszy siostry oraz Heidi, enerdowskiej pływaczki, która od najmłodszych lat faszerowana sterydami zatraca swoją płeć. I tu klucz jest prosty: płeć, gender, trauma. Libera dodaje jednak element trzeci. Historię Marii od cegieł, przodowniczki pracy, prawdziwej socjalistycznej super baby, która po upadku komunizmu staje się nie wiadomo kim, jej tożsamość się rozpuszcza. I tym zestawieniem przedstawienie wygrywa. Bo nagle widać, że w opowieściach Sylwina i Heidi nie chodzi tylko o gender czy sex. Widać jak w to wszystko wpleciony jest większy kulturowy system. W drugą stronę tez to zadziałało, bo u Marii w takim układzie nagle płeć okazuje się znacząca.

      Swoją wagę ma również fakt, że to nie są wymyślone postacie, historie. W końcu sztuka została stworzona na podstawie reportaży. Dlatego też scenicznie jest ona taka surowa, historie muszą wybrzmieć swoją własną siłą. Żeby nie wyszło jednak zbyt reportażowo, Libera miesza dodatkowo na scenie tożsamości postaci i aktorów. Pozwala im swobodnie przepływać. Całkiem przekonująco to wszystko zostało poskładane.

      Wczoraj dyrektor Dorosławski pytał czy pomysł „teatru telewizji w teatrze” się podoba? Zatem odpowiadam: mnie podoba się bardzo.

      Myślę sobie, że w przypadku kultury zawsze lepiej jak jest jej więcej niż mniej. Wiadomo, marzyłoby się, żeby do Częstochowy przyjeżdżały najlepsze i najważniejsze spektakle, żeby można sobie na żywo śledzić to co dzieje się w polskim teatrze aktualnie. No ale tak dobrze to nikt nie ma. Budżety, priorytety, ludzie... czyli tzw. proza życia. Jednak takie inicjatywy, jak wczoraj to miłe przełamanie rutyny. Budowanie łaknienia na teatru w widzu, przekraczanie ograniczeń i atrakcyjny patent na wychowanie sobie publiczności. Oczywiście prezentacja rejestracji video, nigdy nie zastąpi prawdziwego przedstawienia, ale też ma swój niewątpliwy urok. Ja bardzo lubię takie nieoczywistości.

      Tym razem chyba wszystko wyszło trochę przy okazji. Miasto nawiązało współpracę z katowickim Ogólnopolskim Festiwalem Sztuki Reżyserskiej "Interpretacje" i naszemu teatrowi trafiła się szansa pokazania filmowych rejestracji kilku nagradzanych podczas „Interpretacji” spektakli. Trzymam kciuki, żeby ta inicjatywa się rozhulała i zadomowiła na dobre. Niedawno na naszą scenę wróciła tradycja czytania dramatu to i może taka filmowa formuła byłaby zacnym uzupełnieniem standardowego repertuaru.

      Tymczasem kolejne pokazy „TV.TEATR.INTERPRATACJE” 8 kwietnia ("Sprzedawcy gumek" z teatru IMKA z Warszawy, reż. Artur Tyszkiewicz); 20 maja ("III Furie" z Teatru im. Modrzejewskiej w Legnicy, reż. Marcin Liber) oraz 17 czerwca ("Odpoczywanie" z teatru Łaźnia Nowa w Krakowie, reż. Paweł Passini)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      wtorek, 05 marca 2013 17:06
  • niedziela, 03 marca 2013
    • DZIKOŚĆ SERCA

      Dziś sobie pozwolę o jazzie, choć właściwie nie jestem przygotowany, żeby jazzu dobrze słuchać, a co dopiero o nim pisać. Jazz podsłuchuję sobie jedynie z pozycji profana. Zawsze wtedy, gdy chcę dojść do ładu z ciemną stroną mojej głowy. Z tym wszystkim co w niej asymetryczne, dysharmonijne i poplątane. Takie wyprowadzanie id na spacer. Czyli właściwie nie próbuję słuchać jazzu, czy go zrozumieć, a jedynie szukam frajdy w podpięciu się pod jego dziką, walniętą energię. No ale chyba tak też można.

      Tłumaczę się, bo jeśli ktoś szuka profesjonalnej recenzji dzisiejszego koncertu Tie Break z Michałem Urbaniakiem, to ja raczej nie podołam. Znając życie, to odmaluję prędzej jakiś emocjonalny, prosty rebus. Oczywiście mógłbym sobie też odpuścić, no ale przecież tego bloga mam po to, by wylewać swoje emo, a dzisiaj zebrało się go całkiem sporo.

      Tie Break znam tak sobie. Z racji wieku nie załapałem się na szczyt jego popularności, to i też powoli go odkrywałem. Najpierw gdzieś przypadkiem przybłąkała się sama muzyka, potem dopiero zorientowałem się, że to częstochowska kapela i gra tam Ziut Gralak, Pospieszalscy i Yanina Iwański. Dawałem się oczarować, ale nigdy nie wpadłem po uszy. Zresztą to nie zespół, który na co dzień leci w radio, a płyty zalegają w sklepach muzycznych. Trzeba się trochę wysilić żeby do niego dotrzeć. Ja to robiłem nieśpiesznie, lecz konsekwentnie.

      Wiadomość, że Tie Break zagra w częstochowskiej filharmonii z Michałem Urbaniakiem zdrowo pobudziła moje emocje. Szansa, żeby usłyszeć kilku muzyków, których bardzo lubię razem na scenie z prawdziwą legendą - nie mogłem tego przegapić.

      A teraz w mojej głowie wrze.

      Było fantastycznie. Ze sceny szarpało, dręczyło, kopało, leciały kłaki i wiało grozą. Ktoś mi włożył palec do ucha i perfidnie grzebał w mózgu (katharsis?). Momentami wyłączałem się, dałem się hipnotyzować i byłem na sali sam. Sam na sam z muzyką. Która mnie szarpała, dręczyła, kopała, wyrywała kłaki i przynosiła duuużo, duuużo radości.

      Strasznie mnie bujało podczas całego koncertu, więc wszystkich moich sąsiadów, których to denerwowało, niniejszym przepraszam.

      Wychodziłem z filharmonii zmęczony psychicznie, ale tak w dobrym sensie zmęczony. Jak po porządnej terapii. Duch lżejszy.

      No i zgodnie z przewidywaniami, wychodzi na to, że nie mam zbyt wiele do powiedzenia o jazzie … Ale i tak musiałem to z siebie wyrzucić.

      Choć może jeszcze na koniec myśl natury ogólnej. Co tez porobiło się z tym światem, że taka muzyka (zarówno Tie Breaku jak i w ogóle jazz) trafiła na salony. Taka nieuczesana, niemieszcząca się w mundurku, dzika, gorsząca i rewolucyjna. A tu teraz kultura wysoka, świat elit i wszystkie światła reflektorów. Ciekawe czy za 20 lat, podobnym wydarzeniem będzie koncert w filharmonii chłopaków z Ego z gościnnym udziałem, dajmy na to Noona i jego podkładów. Czy też przyjdzie śmietanka towarzyska miasta i rozejdą się wszystkie bilety. W sumie chciałbym.

      Dobra kończę, bo muszę skupić się na skrzypcach Urbaniaka, które ciągle grają w mojej głowie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      niedziela, 03 marca 2013 21:45
  • poniedziałek, 21 stycznia 2013
    • SPAGHETTI W KINIE

      Tak sobie myślę, że to nie rozsądne pisać notkę zachęcającą, by iść na nowego Tarantino. Ze wszystkich stron słychać teraz ochy i achy na temat „Django”, więc to takie wycieranie klawiatury na marne. Notka i tak zginie w oceanie zachwytu. Gdybym miał się do czego doczepić, narzekał, że Tarantino się starzeje i traci talent – to by było coś. Wyróżniałbym się. Niestety nic takiego nie napiszę. „Django” jest filmem genialnym i po prostu trzeba go zobaczyć. Do kina marsz (nawet jeśli to tym razem Cinema City)! 

      Jestem przekonany, że kinematograf wymyślono właśnie po to, by mogły powstawać takie obrazy. Wiadomo, że są filmy ważniejsze, wstrząsające, zmieniające świat i ludzi, a „Django” to tylko taki wygłup. No ale dla mnie właśnie ten wygłup to kwintesencja sztuki ruchomych obrazków. Film jest po to by opowiadać historię, a Quentin jest genialnym storytellerem. Doskonale zdaje sobie sprawę, że dobra historia, to nie taka która wydarzyła się naprawdę, nawet nie ta która mogła się wydarzyć – dobra historia, to taka która stwarza osobny świat, spójną alternatywną rzeczywistość. Tarantino wie również, że nie ma co odkrywać Ameryki na nowo, że kino gatunków przećwiczyło tą sztukę na miliony nawet najbardziej absurdalnych sposobów i wystarczy tylko przyglądać mu się uważnie. Niby prosta sprawa, ale nie każdy potrafi.

      „Django” to hołd dla spaghetti westernu, czyli tarantinowska mutacja mutacji gatunku :) Kocham takie zabawy. Zresztą ja właściwie poznawałem dziki zachód właśnie od spaghetti strony. Znaczy się najpierw były książki Karola Maya i komiksy Lucky Luck, ale zaraz potem Sergio Leone. I wkurza mnie, gdy różni krytycy piszą, że Tarantino wykpiwa klisze podrzędnych filmowych gatunków. Przecież on je kocha i bawi się nimi z miłości. Może w tym właśnie tkwi klucz do jego sukcesu.

      Przed seansem „Django” niby doskonale wiedziałem, ze będzie jak zawsze u Tarantino, czyli: że będzie jatka, genialne dialogi, świetnie wpleciona muzyka (sceny z wykorzystaniem hip-hopu wyrzucają z butów), aktorzy, którzy dają z siebie wszystko (Christopher Waltz czaruje w niepowtarzalny sposób, a Jamie Foxx momentami jest jak czarny Clint Eastwood), świetnie skrojone postacie (np. Stephen, którego gra Samuel L. Jackson - niby postać drugoplanowa,podczas całego seansu umiarkowanie obecna na ekranie, ale tak napisana, że prowokuje do dopisywania sobie całej jej historii w głowie) i cała masa fabularnego szaleństwa. I dokładnie tak było, a mimo to byłem zaskoczony i zachwycony. Niby Quentin wciąż i wciąż układa te same klocki, ale jednak zawsze robi to inaczej. Nic nie traci na swojej świeżości.

      Tym razem Tarantino uroczo bawi się strukturą filmu. Od samego początku nie możemy być pewni co będzie główną osią fabularną tej historii Reżyser co chwile tasakiem ucina kolejne, rozkręcające się wątki, by gwałtownie przeskoczyć do kolejnego, a widz co chwilę myśli sobie: „aha, czyli o tym to będzie”. Niby proste, niby dobrze przećwiczone w historii kina, ale działa i wciąga. „Django” trwa prawie 3 godziny, a przelatuje błyskawicznie.

      Dla mnie kino jest najfajniejsze gdy jest szalone, kiedy opowiada o samym sobie i jest po prostu dobrą zabawą. Quentin Tarantino myśli chyba podobnie. Dlatego go uwielbiam i czekam kiedy wreszcie nakręci film science-fiction. To by było coś! Zatem Quentin podniesiesz rękawice?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „SPAGHETTI W KINIE”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 21 stycznia 2013 13:13

Kanał informacyjny

szablonowe serca: MONSTFUR