CZĘSTO LOVE CHOWA

Wpisy

  • wtorek, 14 czerwca 2011
    • JAŚNIE OŚWIECONA

      Jakoś trudno mi się zebrać, by napisać coś o tegorocznej nocy kulturalnej. A tu zostało ledwie kilka dni i zwykła ludzka przyzwoitość nakazywałaby wreszcie przyreklamować. Zwlekam jednak z powodów formalnych. Jak już kiedyś pisałem, w tym roku zostałem zaproszony do komisji oceniającej wnioski i rozdającej kasę. Więc w pewnym stopniu jestem współodpowiedzialny za zbliżającą się NK. Głupio tak samego siebie oceniać i na siebie marudzić. Usłyszałem jednak ostatnio od organizatorów, że mam pisać, nawet jakbym miał pisać źle. W końcu mój wkład w całość jest marginalny – choć wypierać się go nie mam zamiaru.

      No to spróbujmy. Program w łapę i przyjrzyjmy się jak tam ósma edycja się zapowiada.

      Zacznijmy od miłych rzeczy. Od dwóch lat narzekam, że Noc Kulturalna ma koordynatora, ale brak jej organizatora. Osoby/osób które próbowałyby ogarnąć całość i wziąć odpowiedzialność. Nie tylko zbierać wnioski o dofinansowanie, ale przede wszystkim animować, zachęcać i inspirować. W tym roku GM mnie zaskoczyło i podniosło tą rękawicę. Najbliższy weekend pokaże na ile udana była to próba dotarcia do lokalnych środowisk twórczych, ale już sam fakt jej zaistnienia jest dużym krokiem naprzód.

      Cieszą też takie drobne szczegóły, które zespalają poszczególne części imprezy i nadają jej charakteru. Mam tu na myśli motyw przewodni „światła”, uroczyste „zapalenie” nocy kulturalnej, świecące opaski itd. Niby błahostki, ale często okazuje się, że takie błahostki decydują o klimacie imprezy.

      W samym programie zaś z miłych rzeczy znalazłem: koncert Paplopavo i ludziki, Apteki oraz Roberta Brylewskiego; zwiedzanie muzeum częstochowskiego z latarkami, przegląd trailerów w Cinema City i reklam oraz krótkiego metrażu w OKF’ie. Przede wszystkim jednak obiecująco wyglądają te wszystkie propozycje „dodatkowe”: performance Teatru Integracyjnego ALA, seria działań CZARTów, wystawa w tramwaju, czyli aTrakcja, „Jaśniepaństwo” Szymona Motyla, „Zobacz” Anki Biernackiej, „Rzut światłem” Mateusza Szkopa, „Żywe pomniki świetle” Narybku from Poland.

      Dużo/mało? Nie wiem, trudno mi ocenić. Okaże się. W tym roku Noc Kulturalna ma tego pecha, że sąsiaduje z Frytką OFF i nie sposób uciec od porównań. A przecież to zupełnie dwie różne imprezy, z diametralnie różnym poziomem finansowania. NK jest skazana w tej konfrontacji na porażkę. I będzie w tym roku toczyć się w cieniu Frytki. Nawet jeśli to niesprawiedliwe.

      Przykładając jednak te dwie imprezy do siebie, uwypukla się jedna interesująca kwestia. Noc Kulturalna jest imprezą zdecydowanie szerszą niż Frytka OFF. Dużo współorganizatorów, dużo pomysłów, dużo spojrzeń na kulturę - po prostu różnorodność. Przegląd tego, na co Częstochowę stać. Frytka pod tym względem jest bardziej zamknięta, skierowana do trochę węższego grona odbiorców (co oczywiście nie jest zarzutem). Za to Festiwal skuteczniej zarządzał swoim budżetem. My sami mamy konkretne pomysły, wiemy ile kosztują i próbujemy je zbilansować. Natomiast obowiązujący podczas Nocy Kulturalnej „system wnioskowy” wydaje się być dużo bardziej ograniczający. Wnioski w kulturze to zawsze gra. Jest formularz który określa ramy gry i w tych ramach wnioskodawca próbuje się jak najlepiej sprzedać, a komisja jak najmniej dać się zbajerować. W tych wszystkich głosach, że to nie do końca fair, że miejskie instytucje kultury (teatr, filharmonia, muzea itd.) startują w konkursie o dofinansowanie na tych samych zasadach co twórcy niezależni, coś jest. I tak zacząłem się zastanawiać, czy istnieje jakiś sposób by odejść od tego wnioskowego systemu finansowania, a przy tym zachować tą różnorodności, wielość współorganizatorów i szeroki target? Sam już nie wiem.

      Sam program nie przygniata jakimś bogactwem. Brak jakiegoś magnesu, wydarzenia z górnej półki. Z drugiej zaś strony cieszy, że wreszcie tak wiele ma się dziać w przestrzeni miejskiej. Jest szansa, że ulice nocą ożyją i bardzo chciałbym, żeby to okazało się kluczem do sukcesu. Według zasady, iż dziury w budżecie, nadrabiamy niepowtarzalnym klimatem. Z tym, że tego nie da się w pełni zaprogramować. Po prostu albo się uda, albo nie.

      Jednym słowem bardzo ciekaw jestem, jak to wszystko będzie wyglądać w sobotę. Mam sporo obaw, ale też bardzo chciałbym, żeby się udało. Noc Kulturalna nadal kojarzy mi się z tym, co najlepsze w tym mieście i po prostu nie potrafię życzyć tej imprezie źle. Zatem Jaśnie Oświecona oświeć nam tę noc!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „JAŚNIE OŚWIECONA ”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      wtorek, 14 czerwca 2011 11:13
  • poniedziałek, 13 czerwca 2011
    • PAJĘCZYNOWY ZAMEK

      Czasami troszkę żałuje, że nie studiowałem filmoznawstwa. Miewam poczucie warsztatowych braków, podczas seansów kinowych. Uwiera świadomość, jak wiele smaczków ucieka mi podczas projekcji. Dlatego zawsze chętnie wyglądam możliwości jak tu się z tego zakresu, choćby odrobinę podszkolić. A gdy jeszcze jest szansa posłuchać kogoś kto potrafi zarażać pasją przez słowo – to już pełnia szczęścia.

      Dlatego też wczoraj z ogromną przyjemnością posłuchałem Piotra Kletowskiego, który opowiadał o kinie japońskim, Akirze Kurosawie i „Tronie we krwii”. Krakowski krytyk uprawia moją ulubioną technikę wykładową: dygresja, na dygresji, doprawiona solidną dawką anegdot. I od razu mi się zarysował szerszy kontekst. Wiem już po którym filmie Kurosawa chciał się zabić, jak zginął jego brat, dlaczego kręcił filmy o samurajach (choć nie przepadał za tą konwencją), co tradycyjny teatr dał japońskiej kinematografii i że film w tym kraju stał się sztuką na mocy cesarskiego dekretu. Wiedza może mało praktyczna, ale jest mi z nią wyjątkowo dobrze.

      No i wczorajszy film mi się od razu lepiej oglądało. Mogłem się bawić i zgadywać które elementy zapożyczone były z teatru no, które są bezpośrednim zaczerpnięciem od Szekspira, a gdzie do głosu dochodziła konwencja jidai-geki. Sam „Tron we krwi” wiadomo klasyk. Samuraje odgrywają „Makbeta” i robią to tak dobrze, że człowiek zaczyna się zastanawiać czy bocian niosący Szekspira przypadkiem nie pomylił wysp. Wielki Toshirô Mifune jako Washizu, przejmująca Isuzu Yamada jako jego żona i niesamowicie odmalowana postać wieszczącego demona. Ten film ma już 54 lata, a nie zestarzał się nic, a nic. Proste formy najlepiej znoszą próbę czasu.

      Zatem nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Brakowało Kletowskiego na japońskiej części eton*cy, ale drugiej strony teraz było więcej czasu żeby mógł się porządnie rozgadać.

      A jeśli tego bloga, czyta jakaś złota rybka, to ja bym poprosił więcej takich filmowych seansów „z wkładką” w Częstochowie. Ja chcę się zarażać filmową pasją, jeszcze więcej i więcej.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „PAJĘCZYNOWY ZAMEK”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 13 czerwca 2011 12:15
  • niedziela, 12 czerwca 2011
    • FRYTKA DWA

      Niedziela. Dzień jak dzień. Niby wszystko wygląda tak jak zawsze. Takie same ulice, budynki, zieleń, ale to jest już naprawdę inne miasto. Kurcze, faktycznie to się stało. W Częstochowie odbył się festiwal kultury alternatywnej. I to nieźle przemyślany, na naprawdę dobrym poziomie i z artystami z górnej półki.

      Napiszę to jeszcze raz, żeby odpowiednio intensywnie wybrzmiało: w Częstochowie zorganizowano festiwal z imponującym budżetem, dużym rozmachem i nakierowany na kulturę niezależną. Co więcej wszystko się właściwie udało. Trzeba spróbować się z tym pogodzić.

      Drugi dzień festiwalu w swoich założeniach zdecydowanie różnił się od pierwszego. Był ołtarz w postaci dużej sceny, na którym składano muzyczne ofiary. Z jednej strony zaowocowało to pewną jednowymiarowością, ale z drugiej nie byłem wreszcie narażony na trudne wybory.

      Co prawda słyszałem pewne zarzuty, że w ten sposób drugi dzień Frytki zmienił się po prostu w kolejną miejską imprezę masową. Ale to chyba nie tak. Trzeba spojrzeć na to całościowo. Pierwszy dzień to taka prezentacja różnych dziedzin twórczości niezależnej, a drugi to po prostu skręt w stronę klasycznego muzycznego festiwalu. Zapatrzenie na OFF Festival. I mnie osobiście taka strategia się bardzo podoba.

      Duża scena ma jednak tę wadę, że uwypukla problemy z frekwencją. A alternatywa to nie Doda, nawet nie próbuje być lepem na wszystko co się rusza. Dlatego o publiczność bałem się od samego początku. W końcu nie raz, nie dwa, przekonywałem się jakie jest zainteresowaniem tego typu twórczością u nas w mieście. Koncerty dla kilku, kilkunastu osób. Pustki na wernisażach, spektaklach, pokazach. Takie rzeczy niestety zdarzają się zbyt często. W związku z tym bałem się, że dominować będą okoliczni mieszkańcy, którzy przyjdą zobaczyć kto tak hałasuje.

      I na początku tak faktycznie było, ale im bardziej się impreza rozkręcała tym więcej pojawiało się osób faktycznie zainteresowanych tematem. Dobrze było widać pierwszego dnia, chociażby na koncercie Pink Freud. Muzyka nie najłatwiejsza, konkurencja spora (trwał wtedy festiwalowy korowód), a tu namiot zapełnił się w zaskakującym procencie. I widać było, że większość osób nie znalazło się tutaj przypadkiem. Radosny był to widok. Wczoraj było podobnie. Te najwcześniejsze koncerty miały największe problemy z frekwencją, ale czym dalej tym było lepiej.

      Najtrudniej mieli Kumka Olik, bo zaczynali. Ale ci "przywieźli" swoje nastoletnie fanki z facebooka. No niestety zespół nie przekonał mnie na żywo. Nie "lubię to". Kiedyś próbowałem przekonać się do płyty, nie udało się. A teraz też wiem, że koncertowo nie jest wcale lepiej. Może to nie tak, że Kumka Olik kompletnie nie pasowali do tego festiwalu, ale poziomem zdecydowanie odstawali.

      Następne w kolejności Pustki to już kilka klas wyżej. Duuużo klas wyżej. I było to widać, mimo iż grało im się nie najlepiej. Wczesna godzina, skromna i ospała publika nie sprzyjały. Szczególnie na początku brakowało energii, kontaktu z publiką i miedzy sobą na scenie. Ale dobry zespół świetnie brzmi, nawet gdy okoliczności są mniej dogodne. Co jest jeszcze łatwiejsze gdy w repertuarze ma się większość świetnych kawałków. A wczoraj Pustki zaproponowały miły spacer po historii zespołu. Trochę staroci i trochę rzeczy nowszych, taki mix. Można było popłynąć przy Końcu Kryzysu, Trawie czy Płynie Lugola. No i w końcu popłynął tez sam zespół. Rozkręcili się i końcówka koncertu to Pustki live jakie już znałem wcześniej. Znów zapachniało geniuszem.

      Potem na scenie wpadli chłopaki z L.Stadt. Trudno ich nie kochać. To taka fajna, bezpretensjonalna rockowa energia. Łodzianie mają niezwykły talent do tworzenia świetnych melodii, a wokal Lacha to światowa klasa (ech, gdyby nie ten australijski akcent ;)) I choć nie dałem się przekonać niektórym, że to najciekawsza propozycja festiwalu, to bawiłem się świetnie. Bo to nie taka łatwa sprawa tworzyć ładne piosenki, wpadające w ucho, a przy tym nie popadać w banał. Dodatkowo L.Stadt potrafią na koncercie tuningować swój materiał autentycznym scenicznym żywiołem. Nie dziwi mnie zupełnie, że są coraz bardziej dostrzegani i doceniani za granicami. I fajnie, że nie grają już Londynu na koncertach. Lepiej brzmią po angielsku.

      No ale Frytka OFF nie zafundowała mi tylko dań znanych i widzianych wcześniej. Ktoś zaprosił Ściankę i tym sposobem mogłem kolejny zespół wykreślić z listy: "koniecznie zobaczyć na żywo, przed śmiercią". Co prawda to już nie jest ta Ścianka, którą kiedyś poznałem i pokochałem - inny skład, inne brzmienie. Ale legenda to zawsze legenda. To nowe wcielenie trójmiejskiego trio, mimo że nie może uciec od porównań do tego co kiedyś było, jest całkiem niezłe. To wciąż jest to znajome cięcie i plątanie przestrzeni brzmieniowych, budowanie ścian (ścianek?) dźwięku i hipnotyzowanie. Momentami miałem wrażenie, ze to jakiś świeży brytyjski towar, albo dźwięki komponowane na amerykańskiej pustyni. I choć z pewnością jeszcze lepiej by ta muzyka zabrzmiała w małym klubie, albo przynajmniej po zapadnięciu zmroku, to ja i tak miałem ciary na karku. A bis totalnie powalił na kolana.

      Festiwal zamknęło Lao Che. Powiedzieć tyle to powiedzieć wszystko. Może to już niemodne wśród miłośników awangardy, ale ja nadal Lao uważam za ścisły top polskiego grania. Szczególnie koncertowego. Widziałem ich już któryś tam raz i zawsze to był zupełnie inny koncert. Naprawdę. Mimo, że materiał osłuchany do bólu, oni cały czas są świeży i potrafią zaskakiwać. Bawią się swoim materiałem i wplatają perełki w stylu doskonałego coveru Siekiery czy miksu Marleya z Gusłami. Są już gwiazdami i wczoraj ponownie to udowodnili. Ktoś tam kiedyś narzekał, że oni teraz to tylko magnes na publikę. Trzeba ich zaprosić, żeby ludzie kojarzyli jakąś nazwę na plakacie imprezy. No ale przecież to nie tak, że popularność, od razu wykreśla cię z grona twórców niezależnych.

      Potem jeszcze dudziarze z Pipes&Drums pokazali niezwykle ciekawą muzyczną kolaborację z Dj Pnk.Discorp i impreza zaczęła się zwijać. Nienasyceni frytkowicze zgromadzili się jeszcze w muzycznym namiocie, który wczoraj funkcjonował pod szyldem elektroniki. No ale to trzeba być smakoszem, żeby docenić i opisać. Ja się nie podejmuję.

      I tyle. Ale jak się uspokoję i opadną trochę emocję to może spróbuję jeszcze napisać kilka zdań o Frytce. Trzeba by trochę pobawić się w zgadywanie co teraz z tym miastem po festiwalu kultury niezależnej.

      A dziś na koniec trzy słowa dla wszystkich organizatorów i koordynatorów: Dzięki Wam Wielkie!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „FRYTKA DWA”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      niedziela, 12 czerwca 2011 23:51
  • sobota, 11 czerwca 2011
    • FRYTKA RAZ

      Dziś tak na gorąco, żeby załapać się póki emocje siedzą na wierzchu głowy. Więc przepraszam jeśli wyjdzie trochu nieskładnie.

      Fryka off się dzieje. To poczucie zadziwienia towarzyszyło mi cale wczorajsze popołudnie. Naprawdę oczekiwałem jakiegoś kataklizmu,czy nawet końca świata - które stanęłyby na przeszkodzie, żeby taka impreza odbyła się u nas w mieście. A tu nic takiego nie nadeszło i częstochowianie bawią się na festiwalu kultury alternatywnej. Naprawdę niesamowite.

      Wczoraj na Piłsudskiego pojawiłem się punkt 15. Żeby nic nie umknęło. I już na początek pozytywne zaskoczenie. Bałem się, że nie uda się przestrzeni festiwalowej wpisać w specyficzny układ Alei Frytkowej. Że będzie sztucznie i niepraktycznie. A tu jednak udało się zgrabnie wybrnąć ze wszelkich niedoskonałości. Można narzekać, że po takim rozciągnięciu terenu festiwalowego, ludzie trochę na nim "zginęli". Tzn. nie było tak widać i czuć frekwencji. Ale przecież nie o to chodzi, żeby koniecznie było widać. A ja tam nie przepadam jak jest za duży tłok.

      Smakowanie frytkowych atrakcji zacząłem od aktorskiego pokazu powarsztatowego. Nie wypada mi go oceniać, wiec tylko powiem, że pomysł z festiwalowymi warsztatami to strzał w dziesiątkę. Do mnie przynajmniej docierają same pozytywne opinie na ich temat. Dodatkowo miło było popatrzyć jak przez tydzień młodzi ludzie ożywili Konduktorownie (zazwyczaj pogrążonej w totalnym marazmie). Cały czas tam wrzało i buzowało od twórczej energii. Aż miło było to obserwować.

      Właściwie Frytka OFF odbywa się pod hasłem rewitalizacji kulturowej tego kawałka przestrzeni miejskiej. I to zdecydowanie się udało. Obudziła się nie tylko Konduktorownia, ale cała ulica Piłsudskiego. Miejsce kojarzące się na co dzień z frytkami na szybko i nieciekawym sąsiedztwem, nagle stało się sceną wielkiego ulicznego przedstawienia. Pierwiastek artystyczny wkradł się w tkankę miasta i wywrócił wszystko do góry nogami. Teatr Delikates pozwalał chodzić z głowa chmurach i był to naprawdę surrealistyczny, bajkowy widok Chciałem się załapać na tą przyjemność, ale wcale nie tak łatwo było się dopchać. Katarzyna Szczypior oddała kawałek zabrukowanej przestrzeni, znów we władanie roślinom. Ale musiała pozamykać je w klatkach , ułożyć w geometryczne symetrie, nadać funkcję rekreacyjną. W końcu urban flora jest dziś skazana na ujarzmienie, na pragmatyzm.

      Takich nieoczywistych smaczków na Frytce OFF było więcej. Niestety nie na wszystkie udało mi się załapać. Widziałem tylko kawałeczek "Cyklistów" Porywaczy Ciał, jedynie start wielkiej parady, ale i tak nie mogłem uwierzyć, że takie rzeczy dzieją się na częstochowskich ulicach. Bez bicia piany, zaklinania rzeczywistości - po prostu kawał świetnej zabawy i sztuki.

      Dobry festiwal to taki w którym trzeba dokonywać trudnych wyborów. Wczoraj tak było. Moje wybory były głównie muzyczne i zdecydowanie nie żałuje. Bajzel jak zawsze w znakomitej formie. Brawo dla organizatorów za odważny pomysł, by dawał on swoje one-man-show, podczas gdy kolejne zespołu montowały się na scenie. Nie każdy artysta odnalazłby się w takiej poszatkowanej, niecodziennej sytuacji. No ale Bajzel nie miał z tym żadnych problemów. On chyba potrafi dać świetny koncert wszędzie i w każdych warunkach. Dość jednak tych ochów i achów na jego temat,bo rozsiewam je od dawna gdzie popadnie. Powiem tylko, że edukacja muzyczna w mieście robi swoje i trzeba w niej trwać nawet na przekór zdrowemu rozsądkowi. Rok temu na Nocy Kulturalnej, podczas koncertu Bajzla skakaliśmy pod sceną w piątkę. Wczoraj było nas zdecydowanie więcej. Jest progres, jest dobrze.

      W muzycznym lineupie festiwalu największą tajemnicą był dla mnie Oszibarack. Widziałem ich wczoraj po raz pierwszy na żywo i to było miłe zaskoczenie. Zawsze mi się wydawało, że to taka melancholijna muzyka, która najlepiej brzmi w nocy, słuchana na słuchawkach. A tu wcale nie. Koncert był energetyczny i przykuwający uwagę. Spora w tym zasługi DJ Patrisi , którą mam za jedna z czołowych wokalistek w Polsce, a tu dodatkowo okazuje się że jest przy tym niezwykle charyzmatyczna. Nie musi nic robić, a i tak cała scena jest jej. I nawet nie popsuły tego wrażenia problemy z nagłośnieniem, których wczoraj nie udało się uniknąć. Tym samy Oszibarack wskakuje u mnie na listę zespołów,których koncertów nie wolno mi przegapić.

      Na tej liście od dawna jest Pink Freud. To oni byli dla mnie gwiazdą wczorajszego dnia. Pewnie też gwiazdą całego festiwalu. Niby muzyka trudna, wymagająca - a na żywo porywa totalnie. Myślałem, że ta energia wczoraj gdzieś mnie totalnie rozerwie. Każdy dźwięk przemyślanie i bezlitośnie uderzał w publikę. Było to hipnotyzujące, bezpretensjonalne i zagrane z wielką lekkością muzyczne widowisko. Miałem ciary od pierwszego do ostatniego kawałka. A w głowie kotłowało mi się tylko: "to nie możliwe, że oni grają na festiwalu w Częstochowie, po prostu nie możliwe..." Drogie UM, dziękuje, dziękuje Wam bardzo!

      Po takiej uczcie, aż trudno mi było skupić się na koncercie Tymona. Dźwięki wpadały przez uszy, ale w tyle głowy wciąż grał Pink Freud. Trochę szkoda, ale dzięki temu trafiłem na przedstawienie Teatru Snów i znów okazało się to doskonałym wyborem. Świetne, zarysowane z dużym rozmachem, uliczne widowisko. Oniryczne, surrealistyczne i wyjątkowo działające na wyobraźnię. Scenografia skromna, ale tak sugestywna, że moja głowa sama dopowiadała sobie resztę. Więc odbierałem ten spektakl w pełnej gamie barw i wręcz w barokowym wystroju. Naprawdę, działa się magia. To ogromna sztuka mniej pokazać, a więcej zasugerować. Nie padło ani jedno słowo , a mnie w głowie tworzyła się pełna narracja, a nawet kilka jej wersji. Czy ta Frytka to nie mogłaby już teraz być co dzień?

      Oki, to tyle tak na szybko. Trzeba szykować się na odsłonę drugą. Jutro może napiszę coś bardziej składnie i ogólnie. No ale już dziś nie mogłem się powstrzymać. Frytka się dzieje w Czestochowie. Szok!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „FRYTKA RAZ”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      sobota, 11 czerwca 2011 09:56
  • piątek, 10 czerwca 2011
    • NIEDZIELA WE KRWI

      Frytka frytkom, ale w niedziele widzimy się wszyscy w Gaude Mater i kończymy Etno*c.

      Bez żartów, obecność obowiązkowa!

      "Tron we krwi" to klasyk, klasyków. I jeśli nawet znacie, to warto się pojawić, żeby zobaczyć grupowo. Przeżywanie zbiorowe to dodatkowa wartość. No i przede wszystkim w świat Kurosawy wprowadzał będzie, żółnierz Ha!artu, Piotr Kletowski. To dziś jeden z ważniejszych polskich głosów o filmie. Warto go słuchać i czytać. Szczególnie gdy opowiada o kinie wschodu... Ja się w sumie na ten wykład szykuje od maja.

      Trochę się boje tylko o frekwencję, więc jeszcze raz apeluje: w niedziele o 18.00 wszyscy jesteśmy samurajami! Kto wie, jeśli nas będzie dużo, to może jeszcze takie spotkania filmowe wejdą GM w krew. Fajnie by było.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „NIEDZIELA WE KRWI ”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      piątek, 10 czerwca 2011 11:47
  • czwartek, 09 czerwca 2011
    • KRÓTKA DEPESZA OD GENERAŁA

      Się nasłuchałem z różnych stron historii o nowych szatach Wilii Generalskiej. Że pełno niedoróbek, że przestrzeń raczej biurowa, niż miejsce na centrum kultury itd. Nie mówiąc o tym, że sam już mirmiłowałem trochę na Centrum Promocji Kultury Młodych, które tam powstaje. Jednym słowem, się już na starcie źle nastawiłem A to nie można tak. Z pewnością nie jest to droga do pokochania Częstochowy.

      Zatem zrobiłem sobie tabula rasa i postanowiłem się wybrać na miejsce z tajną misją. Wyczytałem w gazecie, że tam już otwarte, zatem bez ociągania ruszyłem. Los mi sprzyjał bo okazało się, że właśnie trwają tam obrony studentów Instytutu Plastyki z AJD (których wystawa prac zainaugurowała działalność tego miejsca), więc łatwo wmieszałem się w "tłum". Teraz się zastanawiam, czy fakt ten nie zaburzył trochę moich badań: może gdyby nie było akurat obron to odbiłbym się od zamkniętych drzwi. Ale to najwyżej sprawdzi się jeszcze dostępność tego miejsca, jakąś podwójna ślepą próbą, albo co.

      W każdym bądź razie pierwsze wrażenie bardzo pozytywne. Will Generalska ma swój potencjał, swój klimat. Specyficzny układ pomieszczeń, wąskie klatki schodowe, miejsca pełne światła i schowane w cieniu. Przekradałem się od pokoju do pokoju i już oczami wyobraźni widziałem, jak fajnie można by zagospodarować tu każdy fragment przestrzeni: ściany, sufity, podłogi. Może nie da się tu robić wielkich imprez z ogromnym rozmachem, ale jako centrum zarządzania kulturą młodych, kulturą niezależną - miejscówka genialna. Jest tam jakaś dusza. Teraz tylko umiejętne ją wykorzystać... No ale miałem dziś nie marudzić [kocham swoje miasto, kocham swoje miasto]

      Sama wystawa specyficzna. Trudno ją oceniać całościowo, bo to prace różnych osób na różnym poziomie. Wiadomo klucz jest tu rocznikowy i uczelniany. Trzeba potraktować to jako formę motywacji dla młodych artystów, a nie estetycznej uczty. Mnie się parę rzeczy podobało, parę nie - lecz ogólnie myślę, że to dobre miejsce na obrony plastyków. Więc inauguracja CPKM raczej na plus. Oczywiście chciałoby się czegoś bardziej twórczego, widowiskowego, rozpalającego wyobraźnię na start - no ale jak już pisałem, miałem nie marudzić. [z tego powodu nie wspomnę również, ze oferta tego miejsca na noc kulturową zapowiada się wyjątkowo skromnie. Jeden slajdshowł?ja nic więcej w programie nie znalazłem].

      Na koniec przydała by się jakaś puenta. No to może tak: fajnie się czułem w Willi Generalskiej. Chciałbym tam bywać częściej, tzn. chciałbym żeby były powody, by tam regularnie zaglądać. A zależy to wszystko od czynnika ludzkiego. Trzymam zatem kciuki i składam ofiary pod rzeźbą Częstocha, by właściwe osoby znalazły się na właściwym miejscu. I to miejsce rozkwitło. Żeby było normalnie, a nie tak jak zawsze.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „KRÓTKA DEPESZA OD GENERAŁA ”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      czwartek, 09 czerwca 2011 11:40
  • wtorek, 07 czerwca 2011
    • NIE SAMĄ FRYTKĄ ŻYJE CZŁOWIEK

      Ja tu regularnie podbijam bębenek przed Frytką OFF, podniecając się, że oto spełniają się moje marzenia o Częstochowie – a przecież nie każdy tak ma. Nie każdy lubi frytki (pozdro OpenCat). Nie każdy przepada za sztuką ulicy, niezależnym graniem i twórczością raczej radośnie spontaniczną, niż podniosłą.

      Dlatego dziś o zupełnie innej imprezie, która odbywa się w najbliższy weekend. INDUSTRIADA 2011. Jako ortodoksyjny humanista powinienem szeroki łukiem omijać wszelka święta techniki, a tu drugi raz, akurat to święto, mnie pozytywnie zaskakuje. W zeszłym roku było to zaskoczenie muzyczne: czyli koncert Agressiva 69, teraz jest to kuszenie filmowe.

      Oto bowiem wśród wszelkich wystaw muzealnych, koncertów orkiestr górniczych, pokazów urządzeń technicznych – swój blok tematyczny ma częstochowski ROK. I od razu robi się ciekawiej: pokonkursowa wystawa wielkoformatowych wydruków zdjęć, przedstawienie teatru na Jana, set DJ’ski. A na deser wisienka na torcie, czyli projekcja w plenerze najlepszych filmów polskiej animacji eksperymentalnej! Przez nią zaczynam w duchu przeklinać, że Industriada się z Frytką Off pokrywają.

      Wielki żal byłoby przegapić wyświetlanych na dziedzińcu zapałczarni takich perełek jak: „Był sobie raz” (1957 r.) czy „Sztandar Młodych” (1958 r.) Waleriana Borowczyka i Jana Lenica; „Kineformy” i „Tam i Tu” (1957 r.) Andrzej Pawłowskiego ; „Prostokąt Dynamiczny” oraz „Test I” (1971 r.) Józefa Robakowskiego; „Demony” (1980 r.) Kazimierz Urbański; „Muka” (2003 r.) Natalii Wilkoszewskiej; „III” (2003 r.) Jakuba Lecha; „1-39-C”  (2004 r.) Olgi Wroniewicz.

      Przecież to wszystko lektury obowiązkowe. Kto nie przekonany niech posprawdza w linkach przeze mnie zadanych, pamietając jednak, że lepiej oglądać te filmy w dużym formacie.

      Ciężko będzie wybierać pomiędzy koncertem Ścianki a lekcją z historii polskiego filmu.

      Czy nie można by kiedyś tych projekcji powtórzyć?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „NIE SAMĄ FRYTKĄ ŻYJE CZŁOWIEK ”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      wtorek, 07 czerwca 2011 10:04
  • środa, 01 czerwca 2011
    • ANIMACJA I ZNIECHĘCENIE

      Ze smutkiem podglądam jak projekt G18 znika z horyzontu. Szkoda bo plany byłe ambitne, otwarcie huczne i perspektywy niezłe. Jednak jak szybko błysło, tak szybko zaczęło gasnąć. Wystawa, koncert, seans filmowy –trochę mało jak na pierwsze dwa miesiące działalności. W końcu start to okres gdzie powinno promować się najlepszymi pomysłami, działaniami, by wyrobić sobie markę.

      Cały czas miałem jednak nadzieję, że w końcu to miejsce zaskoczy. Ruszy pełną parą. Jak już kiedyś pisałem – bardzo potrzeba takiego centrum kultury niezależnej w mieście. Więc kibicuje.

      Dziś jednak przeglądam internety i trafiam na tekst, w którym czytam : „Młodzi Częstochowy nie reagują na propozycje i swoją postawą potwierdzają, że nic się nie dzieje... G18 w opałach.” Aż mi się wszystko zlało do środka. Jak to?

      Okazuje się bowiem, że moje wyobrażenie tego miejsca, nie pokrywało się z wyobrażeniem gospodarzy. „Założeniem było zaoferowanie młodym, często nie mającym możliwości ludziom, warunków, w których mogliby tworzyć i się rozwijać. Mimo początkowego entuzjazmu lokalnych dojrzewających artystów przestrzeń pozostaje nadal niewykorzystana…” Czyli wychodzi na to, ze chodzi głównie o udostępnienie przestrzeni. To chyba słaba strategia w naszym mieście. Częstochowę trzeba obudzić, trzeba zapalać do działania, inspirować, dodawać śmiałości. Wyciągać ludzi z domów poprzez mozolne i konsekwentnie działania kulturalne. Postawa my mamy miejsce, wy dawajcie pomysły – to zdecydowanie za mało. Żeby taka inicjatywa jak G18 zaskoczyła trzeba ją najpierw wypromować. Wpompować w nią masę własnej energii i kreatywności. Jak inni zobaczą, że hula to chętniej się podłączą.

      Wiem, łatwo mi o tym pisać gdy wygodnie siedzę sobie za klawiaturą i sam właściwie nie robię nic. Rola internetowego marudy niewiele kosztuje. Zatem żeby była jasność: mam autentyczny szacun do chłopaków, że znaleźli to miejsce i wpadli na pomysł, żeby akurat tak je wykorzystać. Ale nie mogę pozbyć się wrażenia, ze gdzieś po drodze zabrakło konkretnej strategii dla G18. Zabrakło działania animacyjnego.

      Najgorsze, że minęło zaledwie dwa miesiące działalności a już pojawił się artykuł, który brzmi jak wywieszenie białej flagi. Że oto znów lokalne malkontenctwo stłamsiło świetną inicjatywę. Nie za wcześnie trochę. G18 nadal jest właściwie w okresie niemowlęcym, więc wszystko da się jeszcze zgrać, skorygować. Frycowe płaci każdy. Pozostaje tylko pytanie: czy G18 chce się jeszcze chcieć?

      źródełko

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „ANIMACJA I ZNIECHĘCENIE ”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      środa, 01 czerwca 2011 10:00
  • poniedziałek, 30 maja 2011
    • CO ZROBISZ? NIC NIE ZROBISZ.

      Kiedyś już chwaliłem Urząd Miasta za wytoczenie dział humoru przeciw marazmowi w mieście, ale Czesław cały czas się rozkręca i zdecydowanie zasługuje na osobna notkę.

      Facet miał już okładkę w CGK, gościnny występ w telewizji Czewa.TV i status kultowej postaci. Nie wiem jak inni, ale ja przeglądam się w nim jak w lustrze. Bo na tym chyba polega cały kawał: Czesław podkrada nasze pojedyncze narzekania, marudzenia, fochy i zbiera je w całość, kumuluje. W tym sensie nie jest wymyślony, nie jest kreskówką stworzoną przez speców od marketingu. Jest raczej duchem Częstochowy, a przynajmniej jego wstydliwą częścią.

      I ten „tani chwyt”: zobaczcie jacy jesteście śmieszni – działa. Ja przynajmniej od pewnego czasu, mam tak, że przy kolejnych notkach zastanawiam się, czy już zupełnie zmieniłem się w Czesława, czy jeszcze nie.

      Na plus należy też odnotować fakt, że UM nie szarżuje postacią Rzadkochowskiego. Nie zalewa filmikami z jego udziałem czy innymi jego aktywnościami. Ten dowcip opowiedziany zbyt wiele razy zdecydowanie straciłby na swojej mocy. A tak całkiem sprawnie udaje się go rozciągnąć w czasie.

      Oczywiście pozostaje pytanie czy taka nietypowa promocyjna strategia ma sens? Nie z pewnością nie! W końcu w tym mieście nie dzieje się NIC! Panuje nuda i tyle. Nic nie zrobisz…

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 30 maja 2011 09:31
  • czwartek, 26 maja 2011
    • JUVE, JUVE, JUVENALIA - KTO NIE PIJE TEN KANALIA

      Próbuję napisać tą notkę od kilku dni, ale jakoś nie potrafię dobrze poukładać sobie wszystkich myśli.

      Punktem wyjścia jest powracający jak bumerang temat „koniec z prohibicją na ul. Dekabrystów”. Który oczywiście także pojawił się przy okazji tegorocznych juwenaliów. Sama prohibicja jest jednak nudna – bo o czym tu właściwie dyskutować? To jest dziwny, sztuczny zakaz, który zarżnął parę knajpek i legendarny klimat tego miejsca. Są inne metody prewencyjnie przed hałasami i rozróbami, niż szlaban na koncesje alkoholowe.

      Dużo ciekawszy jest temat samego miasteczka akademickiego. Tu jest źródło problemów, które doprowadziły do prohibicji. I wielu innych przy okazji też.

      Tak naprawdę to żal mi częstochowskich studentów. Ktoś kiedyś postawił akademiki w samym środku dużego osiedla i tyle. Ot jak kilka kolejnych wieżowców. Zupełnie bez architektonicznego planu, nie uwzględniając funkcji jakie te budynki mają właściwie pełnić. Zazwyczaj akademiki budowane są gdzieś trochę na uboczu, przestrzeń wokół niech często tworzy na wpół zamkniętą enklawę. Jest to jasny komunikat wysyłany przez urbanistę: to jest miasteczko akademickie, to teren należący do żaków, ktokolwiek tu wchodzi robi to na własną odpowiedzialność.

      W Częstochowie studenci nie mają co liczyć na odrobinę prywatnej przestrzeni. Jak obce ciało są wszczepieni w tkankę mieszkalnego osiedla. Nie powinny więc dziwić konflikty miedzy nimi a innymi mieszkańcami. I właściwie żadna ze stron tak do końca nie jest winna.

      Czy da się coś z tym stanem rzeczy zrobić? Chyba nie. Nie ma szans by wokół naszych akademików stworzyć teraz miasteczka z prawdziwego zdarzenia. Tkanka miasta zarosła już zbyt gęsto. Przenieść akademiki gdzieś indzie? To chyba inwestycja zdecydowanie przerastająca częstochowskie uczelnie. Mamy więc pata.

      Z czym jeszcze kojarzy mi się hasło: miasteczko akademickie? W sposób oczywisty z klubami studenckimi, z akademickimi centrami kultury i różnymi zakręconymi inicjatywami. I znów mi żal naszych studentów. Słabnące na zdrowiu kluby „Filutek” i ”Rywal” ostatecznie zarżnęła prohibicja. Natomiast jak funkcjonuje ACK Politechnik, chyba nie muszę opowiadać. Już nawet nie marzę o działających w jego ramach studenckim radio czy prasie. Tam nawet jakiegokolwiek wydarzenia studenckiego trudno szukać.

      Oczywiście to nie tak, ze brak akademickiej infrastruktury, w całości odpowiada za stan żakowskiej kultury. Studenci powinni być akurat tą częścią społeczeństwa, która sprytem i brawurą pokonuje wszelkie niedogodności. Ale może gdyby to wszystko było lepiej ze sobą zgrane, lepiej funkcjonowało to inspirowałoby do jakiś kulturalnych/ społecznych studenckich działań.

      I tak oto dobrnęliśmy do puenty: Koniec prohibicji na dekabrystów – oczywiście TAK! Ale co dalej?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „JUVE, JUVE, JUVENALIA - KTO NIE PIJE TEN KANALIA ”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      czwartek, 26 maja 2011 13:35

Kanał informacyjny

szablonowe serca: MONSTFUR