CZĘSTO LOVE CHOWA

Wpisy

  • środa, 17 kwietnia 2013
    • Z PAMIĘTNIKA NERDA

      Dziś notka retro-sentymentalna, bo zorientowałem się, że na tym blogu nie pisałem jeszcze nigdy o moich przygodach z klubami fantastyki. A przecież to kawał mojego życia, ważne emo łączące mnie z Częstochową i pierwsze próby „robienia kultury” w mieście. Zatem proszę Państwa czas na długo oczekiwany coming out: tak od wielu lat jestem nerdem!

      Za młody jestem, żeby pamiętać wszystkie próby łączenia się fanów fantastyki w grupy, bo w Częstochowie już w latach 80. coś działo się w tym temacie. Próbowałem kiedyś dokopać się do jakiś konkretnych informacji na temat początków fandomu fantastycznego w mieście, ale moje starania spełzły na niczym. Okazuje się, ze pamięć ludzka jest zawodna i znaczna część tej pierwszej ekipy gdzieś znikła, rozjechała się. Ja załapałem się za to na początki „Częstochowskiego Klubu Miłośników Fantastyki i Gier Fabularnych TUATHA DE DANANN”. Jej co za nazwa! - pamiętam, że była ona jednym z powodów przedłużającej się formalnej rejestracji stowarzyszenia. Ktoś opowiadał anegdotę, ze chłopaki musieli iść do sądu i tłumaczyć o co właściwie chodzi. To był chyba rok 1997r.

      Pamiętam, jak pojawiłem się tam pierwszy raz i byłem zachwycony tą atmosferą wspólnego współdziałania, chęcią dzielenia się wiedzą o hobby, konwentowanymi planami itd. I faktycznie początki były bardzo obiecujące: regularne dyżury w bibliotece, zinowe wydawnictwo, klubowy księgozbiór plus tematyczne spotkania. Z wielkim bananem na twarzy wspominam wielogodzinny maraton trzech części „Obcego” z dvd. I jeszcze grupowe granie w „Diablo” w jakiejś knajpie. Właśnie wtedy odkrywałem na czym polega przyjemność współ-przeżywania z innymi fanami popkulturowych przyjemności. Niestety szybko zaczęła w tę bajkę wcinać się proza życia i zobaczyłem jak to ciężko żyć w NGO'sie. Dużo ludzi, różne charaktery, niedomówienia, spory i konflikty. Zamiast zwartego i skutecznego w działaniu klubu fantastyki, ostał się jakiś taki nieokreślony twór. A ja pojechałem na studia i też udzielałem się jedynie z doskoku.

      Na szczęście jednak fani łatwo się nie poddają. Ich potrzeba gromadzenia się jest olbrzymia i potrafi pokonać wszelkie trudności. Klub fantastyki przeniósł się z biblioteki do knajp, z nazwy odpadło gdzieś w międzyczasie to nieszczęsne „ TUATHA DE DANANN”, a priorytetem stało się organizowanie konwentów. I to było dobre! Oczywiście większość tych fanowskich zlotów rodziło się w bólach i nerwowej atmosferze, ale jak patrzę na to z perspektywy czasu to było warto. Jeśli nic nie pokręciłem to pierwsze Częstochowskie Dni Fantastyki odbyły się w 1999r. Wszystko było zrobione z prawidłami: szkoła, gry bitewne, karciane, rpgi, spotkania tematyczne i z zaproszonymi gośćmi. Trzeba pamiętać, ze inetrnet, był wtedy w powijakach i to właśnie konwenty były prawdziwą skarbnicą dla nerdów, gdzie mogli zdobyć przeróżne info, gadżety i tym podobne słodkości. Podobny był sens wydawania fantastycznych zinów, składanych na domowych kompach i kserowanych gdzie popadnie. W Częstochowie był „Samhain”, i tu odrobina lansu: przez krótką chwilę byłem odpowiedzialny za jego redakcje. Tak, ma się te prestiżowe stanowiska w CV! Co zaś do Dni Fantastyki, to udało im się przetrwać nawet do 2006 r., choć pod zmienioną nazwą Bunkier.

      Mieliśmy też w mieście próby zorganizowania ogólnopolskiego konwentu. Zwał się on Czekon i miał dwie edycje w 2004 i 2005r. Ja pamiętam go głównie z tego, ze było to szansa spotkania naprawdę sporego zestawu pisarzy (byli Sapkowski, Ziemiański, Pilipiuk, Drzewiński, Kres, Kossakowska, Grzędowicz, Dębski, Inglot, Orbitowski) oraz że była to niezła nauka jak skomplikowane i niewdzięczne jest organizowanie czegokolwiek w kulturze.

      Wtedy trochę marudziłem, że te konwenty nie takie, za rzadko, za często, z mało atrakcyjne, za bardzo... Dziś sobie myślę, że jednak działo się wtedy sporo w fantastycznym światku i szkoda, że niewiele pozostało po tym śladów. Internet prawnie nie pamięta, ziny poginęły gdzieś w składach makulatury. Ja sam nie pamiętam gdzie są moje egzemplarze.

      Po 2006 zaczęła się robić w mieście fantastyczna pustynia. Dopóki istniał sklep Fantasy/Dragon, tam można było spotkać jeszcze ludzie z klucza wspólnych pasji. Grali głównie w karcianki, bitewniaki, ale i tak jakoś lżej było ze świadomością, że jest w mieście ta ostatnia fantastyczna wysepka. A potem sklep upadł i wszyscy ostatecznie rozeszli się już do domów i ciemnych zakątków internetu.

      Oczywiście jakieś próby reanimacji fandomu istniały. Ktoś tam marzył o restarcie klubu i organizowaniu Polkonu, inni spotykali się w knajpach grać w planszówki, inni znaleźli jakiś kącik na bitewniaki, a mangowcy... nie no co robią i robili mangowcy to nie mam pojęcia. Fakt jest jednak faktem, że wszystko przykrył jakiś smutny i pesymistyczny marazm. Może dlatego, nie chciało mi się pisać o fandomie częstochowskim na czestolovechowa.

      Ostatnio jednak zaczęło się coś dziać. Całkiem fajnie hula klub gier bitewnych, za nami dwie edycje ploanszówkowego konwentu „Twierdza”, pojawił się także nowy klub miłośników fantastyki i mangi „Gildia”, który organizuje regularne spotkania, bawi się w larpy i nawet za e-zina się zabrał. Serce rośnie, jest duch w narodzie. Ciesze się tym bardziej, że to w dużym stopniu nowi ludzie, nowa energia i zapał. Z tego wszystkiego i we mnie obudził się młodociany nerd, który nie tylko kibicuje tym wszystkim inicjatywom, ale też sam chce krzewić fantastyczną radochę w społeczeństwie. Dlatego zapraszam również na dwa okołofantastyczne spotkania, które będę niebawem prowadził. W sobotę z Michałem Centnarowskim, szefem działu prozy polskiej w „Nowej Fantastyce”, a we wtorek ze Szczepanem Twardochem w ramach Światowego Dnia Książki

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      środa, 17 kwietnia 2013 11:24
  • wtorek, 05 marca 2013
    • PŁYNNA TOŻASMOŚĆ

      Fajny film wczoraj widziałem... Znaczy się teatr... Dokładnie to teatr w filmie, w teatrze. A najdokładniej to w Teatrze im. Adam Mickiewicza oglądałem filmową rejestrację spektaklu „ID” w reżyserii Marcina Libery. W ramach pierwszej odsłony „TV.TEATR.INTERPRATACJE”, czyli podglądania Ogólnopolskiego Festiwalu Sztuki Reżyserskiej "Interpretacje".

      Przedstawienie może jakoś mną szczególnie nie wstrząsnęło, nie odmieniło mojego życia - ale podobało mi się. Przede wszystkim dlatego, że bardzo miło skojarzyło mi się z książką „Kieszonkowy atlas kobiet” Sylwii Chutnik. Tam też było o płynnej tożsamości, o genderowych komplikacjach i też było sporo reportażowego ducha. Z tym, ze Libera patrzy na tożsamość trochę szerzej. Bo oto mamy dwie podstawowe historie: Sylwina, żydowskiego tancerza, który po utracie na wojnie ukochanej siostry bliźniaczki staje się transwestytą i próbuje zachować w swoim ciele część duszy siostry oraz Heidi, enerdowskiej pływaczki, która od najmłodszych lat faszerowana sterydami zatraca swoją płeć. I tu klucz jest prosty: płeć, gender, trauma. Libera dodaje jednak element trzeci. Historię Marii od cegieł, przodowniczki pracy, prawdziwej socjalistycznej super baby, która po upadku komunizmu staje się nie wiadomo kim, jej tożsamość się rozpuszcza. I tym zestawieniem przedstawienie wygrywa. Bo nagle widać, że w opowieściach Sylwina i Heidi nie chodzi tylko o gender czy sex. Widać jak w to wszystko wpleciony jest większy kulturowy system. W drugą stronę tez to zadziałało, bo u Marii w takim układzie nagle płeć okazuje się znacząca.

      Swoją wagę ma również fakt, że to nie są wymyślone postacie, historie. W końcu sztuka została stworzona na podstawie reportaży. Dlatego też scenicznie jest ona taka surowa, historie muszą wybrzmieć swoją własną siłą. Żeby nie wyszło jednak zbyt reportażowo, Libera miesza dodatkowo na scenie tożsamości postaci i aktorów. Pozwala im swobodnie przepływać. Całkiem przekonująco to wszystko zostało poskładane.

      Wczoraj dyrektor Dorosławski pytał czy pomysł „teatru telewizji w teatrze” się podoba? Zatem odpowiadam: mnie podoba się bardzo.

      Myślę sobie, że w przypadku kultury zawsze lepiej jak jest jej więcej niż mniej. Wiadomo, marzyłoby się, żeby do Częstochowy przyjeżdżały najlepsze i najważniejsze spektakle, żeby można sobie na żywo śledzić to co dzieje się w polskim teatrze aktualnie. No ale tak dobrze to nikt nie ma. Budżety, priorytety, ludzie... czyli tzw. proza życia. Jednak takie inicjatywy, jak wczoraj to miłe przełamanie rutyny. Budowanie łaknienia na teatru w widzu, przekraczanie ograniczeń i atrakcyjny patent na wychowanie sobie publiczności. Oczywiście prezentacja rejestracji video, nigdy nie zastąpi prawdziwego przedstawienia, ale też ma swój niewątpliwy urok. Ja bardzo lubię takie nieoczywistości.

      Tym razem chyba wszystko wyszło trochę przy okazji. Miasto nawiązało współpracę z katowickim Ogólnopolskim Festiwalem Sztuki Reżyserskiej "Interpretacje" i naszemu teatrowi trafiła się szansa pokazania filmowych rejestracji kilku nagradzanych podczas „Interpretacji” spektakli. Trzymam kciuki, żeby ta inicjatywa się rozhulała i zadomowiła na dobre. Niedawno na naszą scenę wróciła tradycja czytania dramatu to i może taka filmowa formuła byłaby zacnym uzupełnieniem standardowego repertuaru.

      Tymczasem kolejne pokazy „TV.TEATR.INTERPRATACJE” 8 kwietnia ("Sprzedawcy gumek" z teatru IMKA z Warszawy, reż. Artur Tyszkiewicz); 20 maja ("III Furie" z Teatru im. Modrzejewskiej w Legnicy, reż. Marcin Liber) oraz 17 czerwca ("Odpoczywanie" z teatru Łaźnia Nowa w Krakowie, reż. Paweł Passini)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      wtorek, 05 marca 2013 17:06
  • niedziela, 03 marca 2013
    • DZIKOŚĆ SERCA

      Dziś sobie pozwolę o jazzie, choć właściwie nie jestem przygotowany, żeby jazzu dobrze słuchać, a co dopiero o nim pisać. Jazz podsłuchuję sobie jedynie z pozycji profana. Zawsze wtedy, gdy chcę dojść do ładu z ciemną stroną mojej głowy. Z tym wszystkim co w niej asymetryczne, dysharmonijne i poplątane. Takie wyprowadzanie id na spacer. Czyli właściwie nie próbuję słuchać jazzu, czy go zrozumieć, a jedynie szukam frajdy w podpięciu się pod jego dziką, walniętą energię. No ale chyba tak też można.

      Tłumaczę się, bo jeśli ktoś szuka profesjonalnej recenzji dzisiejszego koncertu Tie Break z Michałem Urbaniakiem, to ja raczej nie podołam. Znając życie, to odmaluję prędzej jakiś emocjonalny, prosty rebus. Oczywiście mógłbym sobie też odpuścić, no ale przecież tego bloga mam po to, by wylewać swoje emo, a dzisiaj zebrało się go całkiem sporo.

      Tie Break znam tak sobie. Z racji wieku nie załapałem się na szczyt jego popularności, to i też powoli go odkrywałem. Najpierw gdzieś przypadkiem przybłąkała się sama muzyka, potem dopiero zorientowałem się, że to częstochowska kapela i gra tam Ziut Gralak, Pospieszalscy i Yanina Iwański. Dawałem się oczarować, ale nigdy nie wpadłem po uszy. Zresztą to nie zespół, który na co dzień leci w radio, a płyty zalegają w sklepach muzycznych. Trzeba się trochę wysilić żeby do niego dotrzeć. Ja to robiłem nieśpiesznie, lecz konsekwentnie.

      Wiadomość, że Tie Break zagra w częstochowskiej filharmonii z Michałem Urbaniakiem zdrowo pobudziła moje emocje. Szansa, żeby usłyszeć kilku muzyków, których bardzo lubię razem na scenie z prawdziwą legendą - nie mogłem tego przegapić.

      A teraz w mojej głowie wrze.

      Było fantastycznie. Ze sceny szarpało, dręczyło, kopało, leciały kłaki i wiało grozą. Ktoś mi włożył palec do ucha i perfidnie grzebał w mózgu (katharsis?). Momentami wyłączałem się, dałem się hipnotyzować i byłem na sali sam. Sam na sam z muzyką. Która mnie szarpała, dręczyła, kopała, wyrywała kłaki i przynosiła duuużo, duuużo radości.

      Strasznie mnie bujało podczas całego koncertu, więc wszystkich moich sąsiadów, których to denerwowało, niniejszym przepraszam.

      Wychodziłem z filharmonii zmęczony psychicznie, ale tak w dobrym sensie zmęczony. Jak po porządnej terapii. Duch lżejszy.

      No i zgodnie z przewidywaniami, wychodzi na to, że nie mam zbyt wiele do powiedzenia o jazzie … Ale i tak musiałem to z siebie wyrzucić.

      Choć może jeszcze na koniec myśl natury ogólnej. Co tez porobiło się z tym światem, że taka muzyka (zarówno Tie Breaku jak i w ogóle jazz) trafiła na salony. Taka nieuczesana, niemieszcząca się w mundurku, dzika, gorsząca i rewolucyjna. A tu teraz kultura wysoka, świat elit i wszystkie światła reflektorów. Ciekawe czy za 20 lat, podobnym wydarzeniem będzie koncert w filharmonii chłopaków z Ego z gościnnym udziałem, dajmy na to Noona i jego podkładów. Czy też przyjdzie śmietanka towarzyska miasta i rozejdą się wszystkie bilety. W sumie chciałbym.

      Dobra kończę, bo muszę skupić się na skrzypcach Urbaniaka, które ciągle grają w mojej głowie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      niedziela, 03 marca 2013 21:45
  • sobota, 23 lutego 2013
    • POST SOAP

      Tym razem odrobina prywaty, czyli zapraszam we wtorek (26.02) do Willi Generała na 18.00, by pogadać sobie o serialach. Nie da się ukryć, że to spotkanie wypływa z moich osobistych fascynacji. Uwielbiam współczesne seriale, oglądam je nałogowo, zażarcie dyskutuję o nich gdy tylko mam okazję i tak po ludzku je przeżywam. Na dodatek zupełnie się nie wstydzę, że dałem się załapać w sidła kultury popularnej.

      Fascynują mnie też seriale jako fenomen dzisiejszej kultury. Taki kopciuszek, który z kocmołucha zmienił się się w księżniczkę. W końcu na początku to były tylko niziny kultury masowej, powielania schematów, uproszczony warsztat i przerysowane aktorstwo. Zresztą co ja będę opowiadał, taka papka nadal ma się dobrze i stanowi procentową większość telewizyjnej produkcji (pozdrowienia dla twórców polskich seriali). Jednak krok po kroczku w tym praoceanie beznadziei zaczęło się rodzić nowe życie, by na początku XXI wieku wybuchła prawdziwa rewolucja. Dziś oglądanie seriali to już nie tylko hobby gospodyń domowych, oglądają ją młodzi, starsi, studenci, wykładowcy akademicy, elity społeczne i kulturowe (cała szkoła frankfurcka przewraca się w grobie). Nikt się tego nie wstydzi, wręcz wypada się chwalić nowo odkrytymi tytułami. Nie oglądasz, wypadasz z najistotniejszego kulturowego nurtu, przestajesz łapać nawiązania, konteksty i nie masz szans zrozumieć ogromu memów. Jesteś kulturowo niepełnosprawny.

      Dziś seriale coraz częściej porównywane są do kina artystycznego. Twórcy na małym ekranie opowiadają o tym, co nie mieści się w hollywoodzkich kanonach. Nie znam drugiej tak przejmującej, filmowej diagnozy współczesnego amerykańskiego społeczeństwa jak „The Wire”. Bez grania na niskich instynktach, bez zbędnego lukru, po prostu trafny przegląd mechanizmów wykluczających społecznie i ich konsekwencji. I to wszystko w ramach „zwykłego” serialu o gliniarzach. Kiedyś zagmatwana narracja była w serialach nie do pomyślenia, dziś właśnie na niej buduje się potencjał większości seriali.

      W Hollywood pracują nad kolejną metodą ograniczania fabuły na rzecz miejsca dla efektów specjalnych, a w telewizji amerykanie rozliczają się z własną historią. „Deadwood”, „Boardwalk Empire”, „Mad Men” wspólnie tworzą niesamowitą panoramę przemian amerykańskiej codzienności poprzez kolejne dekady. Nie zapominajmy też o najważniejszym, że to seriale w ogromnym stopniu rozsadzają od środka zastane schematy popkultury: „Rodzina Soprano” film gangsterski, „Gotowe na Wszystko” operę mydlaną, „Shameless” seriale familijne, „Deadwood” western, „Battlestar Galactica” science fiction itd.

      Ta błyskawiczna ewolucja gatunku, była również możliwa dlatego, że przy serialach dziś pracują najlepsi scenarzyści, operatorzy, reżyserzy i aktorzy. To tu rodzą się megagwiazdy. Seriale potrafią być prawdziwą trampoliną do wielkiej kariery (kto robił restart kultowego Star Treka w kinie? J.J. Abrams twórca „Zagubionych”; kto będzie odpowiadał za nowe „Gwiezdne Wojny”? oczywiście również J.J. Abrams).

      W końcu też nie chodzi tylko o to co oglądamy, zmienia się również sposób w jaki to robimy. Seriale przyspieszają nadejście neotelewizji. Coraz powszechniejsze zaczyna być oglądanie seriali sezonami, zamiast standardowego czekania z tygodnia na tydzień na nowy odcinek. Nadejście DVD i internetu zrobiło swoje. Wokół seriali powstają również społeczności, które oglądają każdy odcinek po kilka razy, odkodowują ukryte tam tajemnice i wskazówki (np. „Zagubieni”). Czyli kultura konwergencji pełną parą!

      Dlatego nie dajmy się oszukać, tym którzy twierdzą że kultura dzieje się tylko w teatrze, muzeum, kinie, czy filharmonii. Na pohybel krytykom, telewizja zaczyna mówić coraz ważniejsze rzeczy i coraz piękniej. Cieszmy się tym!

      I jeszcze raz zapraszam na wtorek.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      sobota, 23 lutego 2013 15:47
  • niedziela, 27 stycznia 2013
  • czwartek, 24 stycznia 2013
    • MAUS

      W ramach nadrabiania zaległości, czytam sobie „Maus” (tak wiem, wstyd, że dopiero teraz) i z zaskoczeniem odnotowałem fakt, że główny bohater tej opowieści pochodzi z Częstochowy. Świat się o nas dowiedział ;). Było nie było, w końcu to ogólnoświatowy hit, wyróżniony Nagrodą Pulitzera.

      Można, by ten fakt jakoś wykorzystać, do promocji miasta, czy jako pretekst dla imprezy poświęconej komiksowi w mieście, lub dyskusji o częstochowskich przedwojennych żydach.

      Ktoś ma jakiś pomysł jak zaprosić Arta Spiegelmana do Częstochowy?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      czwartek, 24 stycznia 2013 20:35
  • poniedziałek, 21 stycznia 2013
    • SPAGHETTI W KINIE

      Tak sobie myślę, że to nie rozsądne pisać notkę zachęcającą, by iść na nowego Tarantino. Ze wszystkich stron słychać teraz ochy i achy na temat „Django”, więc to takie wycieranie klawiatury na marne. Notka i tak zginie w oceanie zachwytu. Gdybym miał się do czego doczepić, narzekał, że Tarantino się starzeje i traci talent – to by było coś. Wyróżniałbym się. Niestety nic takiego nie napiszę. „Django” jest filmem genialnym i po prostu trzeba go zobaczyć. Do kina marsz (nawet jeśli to tym razem Cinema City)! 

      Jestem przekonany, że kinematograf wymyślono właśnie po to, by mogły powstawać takie obrazy. Wiadomo, że są filmy ważniejsze, wstrząsające, zmieniające świat i ludzi, a „Django” to tylko taki wygłup. No ale dla mnie właśnie ten wygłup to kwintesencja sztuki ruchomych obrazków. Film jest po to by opowiadać historię, a Quentin jest genialnym storytellerem. Doskonale zdaje sobie sprawę, że dobra historia, to nie taka która wydarzyła się naprawdę, nawet nie ta która mogła się wydarzyć – dobra historia, to taka która stwarza osobny świat, spójną alternatywną rzeczywistość. Tarantino wie również, że nie ma co odkrywać Ameryki na nowo, że kino gatunków przećwiczyło tą sztukę na miliony nawet najbardziej absurdalnych sposobów i wystarczy tylko przyglądać mu się uważnie. Niby prosta sprawa, ale nie każdy potrafi.

      „Django” to hołd dla spaghetti westernu, czyli tarantinowska mutacja mutacji gatunku :) Kocham takie zabawy. Zresztą ja właściwie poznawałem dziki zachód właśnie od spaghetti strony. Znaczy się najpierw były książki Karola Maya i komiksy Lucky Luck, ale zaraz potem Sergio Leone. I wkurza mnie, gdy różni krytycy piszą, że Tarantino wykpiwa klisze podrzędnych filmowych gatunków. Przecież on je kocha i bawi się nimi z miłości. Może w tym właśnie tkwi klucz do jego sukcesu.

      Przed seansem „Django” niby doskonale wiedziałem, ze będzie jak zawsze u Tarantino, czyli: że będzie jatka, genialne dialogi, świetnie wpleciona muzyka (sceny z wykorzystaniem hip-hopu wyrzucają z butów), aktorzy, którzy dają z siebie wszystko (Christopher Waltz czaruje w niepowtarzalny sposób, a Jamie Foxx momentami jest jak czarny Clint Eastwood), świetnie skrojone postacie (np. Stephen, którego gra Samuel L. Jackson - niby postać drugoplanowa,podczas całego seansu umiarkowanie obecna na ekranie, ale tak napisana, że prowokuje do dopisywania sobie całej jej historii w głowie) i cała masa fabularnego szaleństwa. I dokładnie tak było, a mimo to byłem zaskoczony i zachwycony. Niby Quentin wciąż i wciąż układa te same klocki, ale jednak zawsze robi to inaczej. Nic nie traci na swojej świeżości.

      Tym razem Tarantino uroczo bawi się strukturą filmu. Od samego początku nie możemy być pewni co będzie główną osią fabularną tej historii Reżyser co chwile tasakiem ucina kolejne, rozkręcające się wątki, by gwałtownie przeskoczyć do kolejnego, a widz co chwilę myśli sobie: „aha, czyli o tym to będzie”. Niby proste, niby dobrze przećwiczone w historii kina, ale działa i wciąga. „Django” trwa prawie 3 godziny, a przelatuje błyskawicznie.

      Dla mnie kino jest najfajniejsze gdy jest szalone, kiedy opowiada o samym sobie i jest po prostu dobrą zabawą. Quentin Tarantino myśli chyba podobnie. Dlatego go uwielbiam i czekam kiedy wreszcie nakręci film science-fiction. To by było coś! Zatem Quentin podniesiesz rękawice?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „SPAGHETTI W KINIE”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 21 stycznia 2013 13:13
  • piątek, 18 stycznia 2013
    • IT'S OBVIOUS

      DJ Vadim gra dziś w klubie Rura. Się narobiło, muzycznego gościa z takiej półki dawno nie było u nas w mieście. I jeszcze ta wartość sentymentalna.

      Rok 2000 i hip-hopowy magazyn „Klan” (było się kiedyś młodym a co!) - to tam chyba zapoznałem się z Panem Vadimem. Kurcze Ninja Tune to wtedy dla mnie była bombonierka z najlepszymi smakołykami. A tu ziom jeszcze przyjechał do Polski, kolaborował z Skalpelem i różnymi naszymi hiphopowcami. Wtedy dąłbym się pokroić, żeby zobaczyć jego gig.

      Wiadomo dziś jest 13 lat później i ani sam Vadim, ani Ninja Tune nie nokautują już samą swoją aurą – ale nadal to jest marka! DJ Vadim ciągle jest artystą z wyższej półki, nagrywa dobre płyty i ma konsekwentny pomysł na swoja muzykę. Zazdroszczę tym, którzy będą dziś na koncercie, bo oczywiście osobiście jestem zbyt stary i zniedołężniały żeby ogarnąć. Ale i tak się cieszę, że Vadim przyjeżdża. To taki dobry początek 2013.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      piątek, 18 stycznia 2013 09:49
  • czwartek, 17 stycznia 2013
    • O! ŚWIĘTY MOTORZE!

      Hej bracia i siostry, jeśli ktoś przy okazji Nowych Horyzontów przegapił „Holy Motors” niech szybko pędzi do kina nadrabiać zaległości. W niezastąpionym OKFie grają to cudo od 18 do 24 stycznia Warto, bo dla mnie zdecydowanie to była jedna z największych filmowych radości zeszłego roku!

      Poszedłem na seans zachęcony opinią: „najlepsza surealistyczna uciecha w kinie od lat”, bo Léos Carax był dla mnie postacią anonimową (wiem, nie ma się czym chwalić). W związku z czym nie wiedziałem czego się spodziewać i zmiotło mnie od pierwszych scen. Bo oto na ekranie mamy kilkanaście opowieści, które właściwie są jedną opowieścią, kilkunastu bohaterów, czyli bohater jeden. Wszystko to jedno wyłożone bardzo metodycznie, spójnie, każdy kawałeczek idealnie pasuje do drugiego. Z pewnością wiecie co mam na myśli: najgorsze są te koszmary, które mimo irracjonalności, są spójne i bardzo przekonywujące. Tak jest u Carax'a. Wiesz, że na ekranie może zdarzyć się wszystko, każda nowa sytuacja zaskakuje i burzy poprzedni porządek, mimo wszystko to szaleństwo jest na smyczy. Reżyser buduje swój film z pietyzmem godnym niemieckich filozofów: metodycznie, elegancko z umiłowaniem porządku.

      Oglądając „Holy Motors” wciąż masz pomysły na interpretacje całości: to jakiś szpiegowski/ metafizyczny spisek, to zabawa znudzonych możnych tego świata, to wielkie przedstawienie, maskarada, to metafora życia, to tylko zły sen... I wszystkie chyba są tak samo uzasadnione. Bohater pojawia się w kolejnych swoich wcieleniach, w różnych miejscach i zaburza/ naprowadza na właściwe tory ciąg wydarzeń. A widz cały czas ma wrażenie, że ta najważniejsza tajemnica jest przed nim ukryta. Jest tuż obok, za kotarą, jednak nie ma szans, by do niej dotrzeć.

      Do mnie najbardziej jednak przemawia interpretacja, że to film o aktorstwie. O totalnym poświęceniu z nim związanym, o szaleństwie, które kryje się w przeskakiwaniu z jednej roli do kolejnej. O pewnym magicznym, rytualnym aspekcie tego zawodu. I o bezdomności, gdy okazuje się, że rzeczywistości już nie ma i jedyne co nasz czeka to tylko kolejne role.

      Choć pewnie się mylę.

      Ale chyba o to właściwie chodzi.

      Myślę sobie, że gdybyśmy dalej oglądali w Ś.P. Montmartre filmy z cyklu „dziwne, długie i przeintelektualizowane” to „Holy Motors” pasowałby tam idealnie!

      Jeśli nadal nie czujecie się wystarczająco zmotywowani, by wybrać się do kina, to zróbcie to chociażby tylko dla Denisa Lavanta, który aktorsko wyczynia w „Holy Motors” prawdziwe cuda!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      czwartek, 17 stycznia 2013 12:20
  • piątek, 23 marca 2012
    • ZWROT PERFORMATYWNY

      Tę anegdotę zapewne wszyscy już znają, bo bardzo często ją opowiadam. Ale ponieważ znów jest pretekst by ją przywołać, to się nie powstrzymam. Zresztą od czasów Deleuze wiadomo, że każde powtórzenie czyni różnice... No to zacznijmy od początku.

      Czestolovechowa powstało ponieważ musiałem sobie uporządkować moje stosunki z tym miastem. Potrzeba była paląca bo gdy wróciłem po studiach do Częstochowy zapadłem w typowy dla tego miasta marazm. Byłem tak przekonany, że w tym mieście nic się nie dzieje, że nawet nie chciało mi się sprawdzać jak to jest naprawdę. Ignorowałem koncerty i wystawy które działy się pod nosem, równocześnie śledząc w necie co takiego mnie mija w moim ukochanym Lublinie. Trwało to kilka lat i pewnie ciągnęłoby się w nieskończoność, gdybym na złość sobie nie zdecydował się na eksperyment pt.: „pokochaj to miasto”.

      I nagle okazało się, że choć Częstochowa ma swoje ogromne wady oraz ograniczenia, to największym jego problemem jestem ja. Bo wpisuje się w tą leniwą, zgryźliwą masę, która zamiast na eventach robić dobrą publikę to siedzi w domu i narzeka. Niby banalna prawda, ale przy tym nieznośnie bolesna. Najbardziej ukuł mnie ten fakt, gdy zdałem sobie sprawę, że przez to swoje permanentne marudzenie przegapiłem „Festiwal działań parateatralnych i performance’u OFFsceniczny”. Ja, który zawsze zarzucałem Częstochowie, że jest na bakier z akcjami artystycznymi i miałem jej za złe, że musiałem od niej uciec by poznać takie oblicze kultury. A tu proszę bardzo - dostaje na tacy trzydniową imprezę w temacie który bardzo mnie interesuje, a ja jej nawet nie zauważam. Nie oszukuję, ze to kwestia słabej promocji... Zakładając a priori że to niemożliwe, by w Częstochowie odbyła się taka akcja, mogłem co dwa kroki wpadać na plakat ją reklamujący, a i tak bym nie zauważył.

      W tym roku, po sześciu latach przerwy, Anka Fugazi znów dokonała sztuki niezwykłej i udało jej się zaprosić do Częstochowy grupę świetnych performerów. Podczas Festiwalu Działań Performatywnych OFFsceniczny 13-14 kwietnia będzie można zobaczyć między innymi Janusza Bałdygę, Ewe Zarzycką, Grupę SukaOFF, Angelike Fojtuch, Dariusza Fodczuka, Miho Iwata. Do tego warsztaty, wykład. Szykują się dwa bardzo intensywne dni wypełnione sztuką performance.

      W Częstochowie jest to naprawdę wydarzenie wyjątkowe! Dlatego apeluje do tego statystycznego częstochowskiego widza, którego zawsze brakuje na wszelkiej maści kulturalnych wydarzeniach: NIE PRZEGAP TEGO! Bo będziesz żałować i tyle.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „ZWROT PERFORMATYWNY ”
      Tagi:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      piątek, 23 marca 2012 13:41

Kanał informacyjny

szablonowe serca: MONSTFUR