CZĘSTO LOVE CHOWA

Wpisy

  • czwartek, 30 września 2010
    • "WYSOKI POZIOM SURREALIZMU DETERMINOWANY PRZEZ SILNE NASTROJE REWOLUCYJNE"

      Coś się ostatnio zaczyna na tych częstochowskich ulicach dziać. Najpierw na nocy kulturalnej Blee robiło publiczne krzywdę książkom (czego wielu nie może im do tej pory wybaczyć), potem osławiona wakacyjna Kura w Akcji, a teraz młodzież rozkręca jakiegoś surrealistycznego Flash Mob’a. Dziś o 16:00 przed wejściem na Ryneczek przy Wałach Dwernickiego Infantylna Rewolucja. Organizatorzy proszą o zabranie zabawek i czajników.

      I jak zawsze przy tego typu akcjach, pojawi się tradycyjne pytanie: czy taka akcja ma jakąkolwiek wartość? Zapewne podniosą się głosy, że to nudy, pozerstwo, albo prowokacja dla prowokacji. Tego typu wątpliwości i dyskusje są właściwie wpisane w naturę wszelkiego akcjonizmu. Rzecz w tym, że abstrahując od wartości, trzeba docenić, że ktoś próbuje takich rzeczy w Częstochowie.

      Osobiście stoję na stanowisku, że ważne, żeby coś się działo, by ludzie podejmowali próby i zmagali się z materią sztuki (nie-sztuki/ post-sztuki). Na postulaty, by pokazywać się tylko z dobrymi i wartościowymi projektami, można sobie pozwolić, gdy mamy do czynienia z natłokiem propozycji. Nasze miasto natomiast to pustynia, gdzie dopiero trzeba przepracować pewne zachowania, pomysły. Nakreślić przestrzeń do artystycznego dialogu. I nie da się na tym etapie uniknąć potknięć, mielizn i słabości.

      Myślę, że da się to pogodzić z uczciwą krytyką. Można uczciwie wskazywać na słabe rzeczy, a przy tym doceniać fakt, że ktoś w ogóle podejmuje wyzwanie. Przyjmuje argument, że promując projekty złe, drastycznie zaniżamy poprzeczkę estetyczną. Z drugiej jednak strony to mit, że da się utrzymać tylko na tych najwyższych poziomach. Rzeczy wartościowe zazwyczaj otoczone są słabszymi.

      Się rozpisałem i wygląda na to, że z góry szukam usprawiedliwień dla dzisiejszej akcji. A tak naprawdę nawiązuję do zupełnie innej dyskusji i rozmyślań. Pomysłodawcom zamieszania przed Ryneczkiem na Wałach życzę dużej frekwencji. Znany jestem ze słabości do surrealistycznego spojrzenia na świat, choć wiem, że to materia śliska i łatwo przeszarżować. Oby udało się tego uniknąć. Bo warto walczyć choćby o ten ostatni ich postulat: „Żądamy nieograniczonej swobody organizowania surrealistycznych przedsięwzięć w miejscach zupełnie do tego nie przeznaczonych!”

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „"WYSOKI POZIOM SURREALIZMU DETERMINOWANY PRZEZ SILNE NASTROJE REWOLUCYJNE" ”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      czwartek, 30 września 2010 10:43
  • środa, 29 września 2010
    • TYMCZASOWY CZAS

      Miało mnie nie być, a jednak byłem. Udało się wreszcie zobaczyć „Patrz, słońce zachodzi” i cieszę się z tego wielce. Faktycznie spektakl wart tych wszystkich ochów i achów, które wokół niego słychać. Szczególnie na tle częstochowskiego repertuaru teatralnego. I wcale nie chodzi o gołego faceta w klatce. To co się dzieje na scenie, hipnotyzuje tak bardzo, że już po chwili zapominamy o nim – to znaczy zapominamy o tym, ze jest goły. Odważny gest artystyczny jest tylko tłem, a nie fundamentem całego przedstawienia.

      Ponieważ był to pokaz festiwalowy, przed przedstawieniem słowo wstępu miał dyrektor Dorosławski, który zapowiedział, że spektakl wbija w fotel. Na całe szczęście nie jest to prawda – a przynajmniej nie do końca. Bo „Patrz, słońce zachodzi” nie szokuje, nie wstrząsa, nie atakuje hiper-emocjami, ono się sączy. Powolutku i konsekwentnie. Dokładnie tak jak smutek, beznadzieja i depresja. Wszystkie te obezwładniające osobowość stany, które zaczynają się i rozwijają niepozornie. Każdy kto otarł się o depresyjne klimaty, zapewne wie o czym piszę. Smutek zbiera się w nas malutkimi kawałeczkami, aż tu nagle nie masz sił by wstać rano z łóżka. Najbardziej przerażająca choroba cywilizacyjna – głowa, emocje wyłączają ci się i niby funkcjonujesz, ale tak naprawdę jesteś w permanentnym stanie uśpienia.

      W „Patrz, słońce zachodzi” widz zmuszony jest do konfrontacji z tym wszystkim twarzą w twarz. Patrzy prosto w oczy siódemce bohaterów, którzy już dawno są na marginesie. Kasjerce z supermarketu, która przestała się już oszukiwać, że jest wyjątkowa i coś ją jeszcze w życiu spotka. Tęskni do miłości, albo zwykłej cielesnej bliskości – lecz gdy ma ją na wyciągnięcie ręki nie sięga po nią. Nie wierzy w nią. Matce która straciła dziecko, a żałoba rozlała jej się na całe życie, zdobyła nad nią całkowitą kontrolę. Podstarzałej prostytutce, która nie próbuje już niczego oceniać, podsumowywać. Dla której, życie jest jak plastikowa kość , psia zabawka (opcjonalnie członek) którą ssiesz, a tak naprawdę myślisz zupełnie o czymś innym. Barmanowi, który chciałby być artystą i którego marzenia zaprowadziły na życiową pustynie. Staruszkowi umierającemu na raka (staruszek i rak, niby dwie postacie, dwóch aktorów, ale tak naprawdę jedność), który stara się bagatelizować fakt, że śmierć jest tuż za rogiem. Młodemu mężczyźnie którego rutyna i, szarość życia uczyniła niewolnikiem. I w końcu dziewczynie z porażeniem mózgowym. To ostatnie spotkanie jest chyba najbardziej przejmujące, bo dotykamy samotności, bólu, smutku w zupełnie innym wymiarze. Ludzkim, ale przy podkręconym wskaźniku głośności na maksimum.

      Wszyscy oni są w pewnym stopniu „unieruchomieni” ,przy nasuwających skojarzenie ze szkołą biurkach. W tle nagi mężczyzna w klatce, myje się deszczówką zebraną w oponie i wyciera słomą. Odrzuca swoje człowieczeństwo i wszystkie z nim związane normy. Postać ta nakreśla horyzont sytuacji w jakiej znaleźli się wymienieni wcześniej ludzie. Nie daje zapomnieć, że stoją oni na krawędzi.

      Nie ma w tym przedstawieniu, klasycznej akcji, fabuły. To właściwie siedem monologów. Zazębiają się one czasem, przenikają, ale tak naprawdę nie ma to większego znaczenia. Bo ważny jest jedynie smutek. Potężny, wszechogarniający, paraliżujący smutek. I nikt tu nie próbuje stawiać diagnoz, czy nawet zadawać pytań. To prostu obraz, bez odautorskiego komentarza. Próba uchwycenia kilku ludzi rozgniecionych przez życie. Choroba, niepełnosprawność, strata najbliższych, nie są wcale straszniejsze od nieporadności, prozy życia czy samotności. Gdy postacie spotykają się nad przepaścią, nie ma miejsca na wartościowanie przyczyn tego stanu rzeczy.

      Wychodziłem wczoraj z teatru smutny. Nie wstrząśnięty, rozedrgany czy zszokowany, ale właśnie smutny. I mam wrażenie, ze dokładnie o to chodziło. O wyciągnięcie na wierzch autentycznej emocji, którą nasz współczesny świat próbuje zamieść pod dywan. Zbanalizować w głupich serialach, zagłuszyć hedonistyczną rozrywką i pokonać „tabletkami szczęścia”. A przecież tak się nie da.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „TYMCZASOWY CZAS”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      środa, 29 września 2010 09:33
  • wtorek, 28 września 2010
    • JASNA STRONA DOTYKU

      Kilka tygodni temu obiecałem notkę o tym, jak to mimo wszystko, fajnie, że Festiwal „Przez Dotyk” jest (w domyśle: mimo że nie jest targetowany we mnie). I jeśli mam się wywiązać, to właśnie mija ostatnia chwila – bo festiwal rozpoczyna się właśnie dziś.

      Zastanawiam się tylko jak tu nie pisać o truizmach. Bo to oczywiste, że lepiej gdy profesjonalny przegląd przedstawień teatralnych w mieście jest, niż gdy go nie ma. Że ceny karnetów są może zaporowe, ale gdybym chciał pojechać w Polskę i obejrzeć wszystkie te przedstawienia, to z pewnością kosztowałoby mnie to dużo drożej. Inna sprawa, że gdybym wybrał się na taką wycieczkę, to wybrałbym inne dramaty i inne teatry. Ale to już mocno subiektywne decyzje.

      Trzeba zapraszać artystów z poza Częstochowy, trzymać rękę na pulsie, podglądać ich, wchodzi z nimi w dialog. To jedna z bardziej oczywistych dróg rozwoju kultury w mieście. Dlatego, aż dziw bierze, że w Teatrze im. Adama Mickiewicza dopiero cztery lata temu ktoś się na poważnie do tego zadania zabrał.

      A co nas w tym roku czeka? Dzisiaj prezentacja tego co w aktualnym repertuarze naszego teatru najciekawsze czyli „Plaża” i „Patrz, słonko zachodzi”. Na pierwszy spektakl sporo osób kręci nosem, choć z pewnością to przedstawienie z ambicjami i rzucające na głęboką wodę. Natomiast za „Patrz, słonko zachodzi” ciągnie się opinia najbardziej interesującej i elektryzującej premiery od kilku lat – więc znów mi potwornie głupio, że po raz kolejny się z tym spektaklem rozminę. Tym bardziej, że w kontekście mojego narzekania na ceny biletów muszę, też uczciwie przyznać, że dziś ceny promocyjne nawet według codziennych standardów: 15 złotych.

      Jutro Teatr Nowy z Krakowa i „Griga” czyli spotkanie z rosyjską duszą. Się ma podobno lać wódka, ale to chyba zabieg artystyczny, a nie próba marketingowa dotarcia do nowego widza Ponad to Teatr im. W. Horzycy z Torunia, z wpisującym się w niezwykle modny na polskich scenach gatunkiem komedii małżeńskich, „Ślubuję ci miłość i wierność”. W czwartek znów komedia, tym razem w czarnej tonacji i zderzona z melodramatem oraz tragedią. Teatr Polski z Bielsko- Białej pokaże „Królową piękności z Leenane”. Irlandzka prowincja, bieda, przemoc, zło – wszystkie te elementy brzmią znajomo, ale nie przesądzajmy. Często z ogranych części da się złożyć całkiem oryginalną i świeżą całość. (Tak wiem, powinienem zaznaczyć, że w spektaklu gra Anna Guzik – w końcu to gwiazda, wygrała Taniec z Gwiazdami. Fanfary!). Wcześniej jednak Kompania Teatr / Provisorium z Lublina pokaże sztukę Tadeusza Różewicza „Do piachu”. Choć przerabianie wojennych traum w teatrze, to zawsze ryzyko, to jednak w tym przypadku ten spektakl zapowiada się na jedno z najciekawszych wydarzeń festiwalu.

      Z piątkowych propozycji lepiej rokują chyba „Toksyny” Teatru im. S. Jaracza z Łodzi: dwóch aktorów i prosta, pierwotna walka o dominację. Bo „Metoda” warszawskiego Teatru Komedia to kolejna próba podjęcia tematu zdehumanizowanych, złych korporacji. Jeśli uda im się coś jeszcze z tego ogranego motywu wycisnąć to będę pod olbrzymim wrażeniem. Z kolei sobota to dzień czeski. Teatr Petra Bezruče z Ostrawy z „Bezruč?!” oraz koncert Koncert Jaromira Nohavicy. Nie jestem miłośnikiem bardów zatem… Na zakończenie, w niedziele „Stworzenia sceniczne”, czyli genderowa rewolucja w angielskim teatrze w interpretacji Lubuskiego Teatru z Zielonej Góry oraz „Merlin – Inna Historia”. I nie ukrywam, że to właśnie po spektaklu pod szyldem warszawskiego „Laboratorium Dramatu” obiecuję sobie najwięcej.

      Podsumowując jest różnorodnie, kilka przedstawień zapowiada się całkiem interesująco, czyli jest w czym wybierać. Festiwal rozkręca się i mam nadzieję, że z roku na rok będzie coraz bardziej widowiskowo.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      wtorek, 28 września 2010 10:11
  • niedziela, 26 września 2010
    • RZECZYWISTOŚĆ JEST ZAWSZE BOGATSZA

      Sobota wieczór, Teatr im. Adama Mickiewicza, dookoła VIPy (p.o. prezydenta, senatorowie, posłowie) i ja wciśnięty w kąt sali pełen strachu, że ktoś za chwile będzie tu robił krzywdę Gombrowiczowi. Dwa krzesła dalej opiniotwórcza recenzentka pociesza, że nie będzie tak źle, ale mnie to wcale nie uspokaja. Poczucie grozy narasta gdy słucham dyrektora Dorosławskiego, dzielącego się najbliższymi planami przemiany częstochowskiego teatru w teatr muzyczny. Zła wróżba.

      „Ferdydurke” zaczyna się od przegadanego prologu, tak jakby mało było zaangażowanego manifestu na stronach teatru. Ale chwilę później jest zaskakująco dobrze. Świetna scenografia, Józio obiecujący genderową głębię (tylko obiecujący niestety), groteskowy atak ciotek i doskonały Michał Kula jako Profesor Pimko. Jednym słowem początek zdecydowanie zapachniał Gombrowiczemi i poczułem się jak Niewierny Tomasz. Niestety czym dalej, tym ten duch Gombrowicza szybciej uciekał. Bogdan Michalik nie tyle zdecydował się na ciecia oryginału, co po prostu skupił się tylko na jednym wątku powieści. I to na dodatek wątku najbardziej oczywistym: szkoła, dojrzewanie, upupianie. Na dodatek niewiele więcej ma do powiedzenia w tej kwestii, ponad to co samemu można wyczytać. Jednym słowem po raz kolejny mamy do czynienia z Gombrowiczem oswojonym, przewidywalnym i upupionym, chciałoby się napisać. Spektakl dla szkół średnich.

      Ale właściwie nie ma się o co pieklić. Teatr ma swoją misję edukacyjną i musi próbować trafić nie tylko do fanów sztuk dramatycznych, ale również do młodych widzów. Klucz lektur szkolnych jest tu więc wyborem oczywistym. Takie przedstawienia rządzą się swoimi prawami i trzeba je oceniać właśnie w takich ramach. I tutaj „Ferdydurke” Michalika wypada bardzo dobrze. Sztuka jest wyrazista, nieprzekombinowana, zabawna, a z literackiego oryginału wyciągnięto dużo istotnych kwestii. Całość atrakcyjna wizualnie (jeszcze raz podkreślę, że mnie się scenografia podobała) i nie jest za długa. Niestety na lekcjach języka polskiego, czasami dokonywane są straszne gwałty na Gombrowiczu i jeśli ktoś ma pecha i złego/ą polonistę/kę to ten spektakl może okazać się całkiem dobrą odtrutką.

      Ja w teatrze szukam czegoś innego. Chciałbym, żeby mnie zmuszał do poszukiwań, a nie dawał gotowe odpowiedzi. Szczególnie gdy na warsztat bierze się autorów klasy Gombrowicza. Nie mogę jednak wymagać, żeby wszystko było pode mnie. Mogę tylko żałować, że mamy w mieście jeden teatr z ograniczoną pojemnością repertuarową. A potrzeby widzów podobnych do mnie, nie mają w nim wysokiego priorytetu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „RZECZYWISTOŚĆ JEST ZAWSZE BOGATSZA”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      niedziela, 26 września 2010 09:44
  • piątek, 24 września 2010
    • JAJO W KADRZE

      Kto zagląda tu regularnie, doskonale wie, że mocno inspiruje się częstochowskimi fotoblogami, aktywnością lokalnych fotoreporterów. Regularnie ich podglądam i przede wszystkim "podkradam" co lepsze kadry. Są niezawodni, zawsze któryś będzie na imprezie i jest szansa, że podzieli się zdjęciami. Dzięki temu można mieć szerszy obraz tego co i jak dzieje się w mieście.

      Nie wspominając nawet o tym jak niesamowicie wyglądają częstochowskie ulice w ich ujęciach. Od razu człowiek nabiera przekonania, że to miasto nie jest jednak tak jednowymiarowe jakby się zdawało.

      Nigdy wcześniej nie udało mi się załapać na ich „pokazową imprezę środowiskową” czyli slajdshow’y w „Oslo”. W najbliższą niedzielę mam okazję to nadrobić. O 21:00 Jarosław Respondek będzie prezentował swoją dokumentację lokalnego środowiska rugby. Z tego co można było podejrzeć wcześniej w necie, rzecz zapowiada się znakomicie. I nie ważne, że już wszyscy o tym pisali, ja też muszę wydarzenie zareklamować.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „JAJO W KADRZE”
      Tagi:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      piątek, 24 września 2010 08:16
  • wtorek, 21 września 2010
    • DUCH UTOPII

      Już kiedyś o tym pisałem/ mówiłem, że pod względem życia kulturalnego Częstochowa to jest miasto które od lat obiecuje, że będzie lepiej. Wciąż są problemy, ale wciąż też pojawiają się nadzieję na odmianę tego stanu. I gdy jedne nadzieje przemijają niespełnione, ich miejsce niezmiennie zajmują kolejne. Tak jakby potencjał wciąż buzował pod powierzchnią. Stąd moje wewnętrzne przekonanie, że jak kiedyś pogniewam się z tą Częstochową ostatecznie, to moją niszę błyskawicznie zajmie ktoś inny.

      Kilka lat temu symbolem tego, że Częstochowa się zmienia był legendarny klub „Utopia”. Jego pojawienie się z bezsprzecznie, w dużym stopniu odmieniło miasto. Okazało się że może tu funkcjonować klub muzyczny z prawdziwego zdarzenia. W którym koncertuje czołówka polskiego niezależnego grania, który udanie romansuje z literaturą, teatrem i innymi sztukami (czytanie dramatu współczesnego, slam poety itd.). Wszystko to pomimo sporych niedogodności lokalowych. Bo nie oszukujmy się, nie było to miejsce stworzone do tego typu działalności (małe, ciasne, duszne). Okazało się jednak, ze materia nie może stłamsić gorącego ducha. „Utopia” w tym okresie kształtowała i inspirowała.

      Niestety każda utopia ma swój kres, a na tą częstochowską przyszedł w 2007 r. Lokal zamknięto i prawie od razu zaczęto próbować reanimować jej ducha. Lecz to se ne wrati … Największą klęską w pogoni za klimatem „Utopii”, była wywrotka „ZERO”. Która już chyba ostatecznie udowodniła, że się nie da.

      Bo to, że lokale upadają to norma. Smutny natomiast jest fakt, że od trzech lat, wciąż do „Utopii” się wzdycha, a nie pojawiło się miejsce które ostatecznie zamknęło by jej rozdział. Które silne byłoby swoją własną oryginalnością i na swój sposób kontynuowałoby dzieło animacji kultury. A może to też ułuda. I tak naprawdę takiego miejsca nie potrzeba, bo tą misje kolektywnie podjęły te wszystkie Belgi, Montmartry, Zera, Rury itd. Tylko my nie potrafimy tego dostrzec.

      Piszę o tym, bo w piątek w starej miejscówce „Utopii” rozpoczyna działalność nowy klub „Pulp”. Na otwarcie zagrają legendarni Krzyż:Kross, goście z Elektrycznego Węgoża, a afterparty poprowadzi Johnny Brooklyn. I znów słyszę głosy, że rodzi się nowa „Utopia” i że jest szansa, ze będzie jak kiedyś. Bez sensu. Właścicielom „Pulpa” życzę, żeby było zupełnie po nowemu, a za kilka lat mało kto kojarzył już ul. jasnogórską 13 z „Utopią”.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „DUCH UTOPII”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      wtorek, 21 września 2010 09:20
  • sobota, 18 września 2010
    • POKOCHAJ SWOJE MIASTO - DLA OPORNYCH

      Sam na siebie sprowadziłem tę karmę. Rozmowy, spotkania, przemyślenia o Częstochowie stały się obowiązującym dyskursem. Żeby jeszcze choć coś z tego wynikało... A tu jedynie owocuje to krótkimi impresjami na blogu:

      01. Znów w miłym towarzystwie rozmawiałem o tym, co należałoby zrobić, żeby z kulturą w mieście było lepiej. Powinienem chyba unikać takich dyskusji, bo nie mam odpowiedzi na to pytanie, ale ponieważ lubię gadać to daję się podpuszczać. I wciąż opowiadam to samo, że nie działa poczta pantoflowa, że nie ma środowisk, które by się nawzajem napędzały, inspirowały. Są zalążki (np. częstochowscy fotoreporterzy), ale jakoś nie potrafią się one naprawdę rozkręcić.

      02. Rozmawiam z organizatorką pewnej częstochowskiej imprezy kulturalnej i słyszę znów to samo: że to chyba nie ma sensu, że to chyba pora by sobie powiedzieć dość, że doszliśmy do ściany. Kurczę, gdyby tych wszystkich lokalnych animatorów kultury, na skraju załamania nerwowego, postawić obok siebie, to cała dywizja by się zebrała. Obiecująca siła uderzeniowa.

      03. Siedzę sobie na bardzo interesującym spotkaniu z Igorem Stokfiszewskim i nie mogę uwierzyć , że tylko te 7-8 osób czyta w mieście „Krytykę Polityczną” albo/i jest ciekawe co ma do powiedzenia jeden z bardziej reprezentatywnych głosów młodej polskiej lewicy albo/i stoi zupełnie po drugiej stronie barykady i chciałoby skorzystać z okazji bezpośredniej polemiki. Większość nie wiedziała, czy raczej większości nie zależało. Na takich spotkaniach powinny pojawiać się młode środowiska zainteresowane problematyką społeczną. Nie ma takich w mieście? A może zajęte są robieniem politycznej kariery, tańcem na stołkach.

      04. Wertuję strony amerykańskich wydawnictw w poszukiwaniu poradników: „Tworzenie środowiska kulturowego w weekend”, „Animacja kulturalna w małych miasteczkach dla żółtodziobów”; „Pokochaj swoje miasto - dla opornych”. Ktoś musi znać jakieś proste recepty.

      źródełko

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „POKOCHAJ SWOJE MIASTO - DLA OPORNYCH ”
      Tagi:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      sobota, 18 września 2010 19:37
  • piątek, 17 września 2010
  • czwartek, 16 września 2010
  • środa, 15 września 2010

Kanał informacyjny

szablonowe serca: MONSTFUR