CZĘSTO LOVE CHOWA

Wpisy

  • piątek, 22 lipca 2011
    • SEN, KTÓRY LUDZIE NAZYWAJĄ ŻYCIEM

      Najuczciwiej byłoby nic nie pisać po „Instytucie Benjamenta”. Każdy indywidualnie powinien spacerować po tak onirycznym dziele. Wszelkie próby racjonalizacji takiego obrazu, mogą tylko zaszkodzić. Z drugiej strony jednak to niezła wymówka. Wizytówką „poetyckiego dzieła autorskiego”, można zamknąć krytyczną dyskusję nad każdym, najgorszym nawet gniotem.

      Czy aktorski debiut braci Quey jest gniotem? Surrealistyczny obraz, odmalowany w czerni i bieli, pełen ukłonów dla konwencji kina niemego i niemieckiego ekspresjonizmu. Banał, same zgrane motywy - można by powiedzieć. Niby tak właśnie jest, ale ja i tak oglądałem go z zapartym tchem. Może mam słabość do tego typu wizji. A może znów dałem się wciągnąć do labiryntu, który niby już znam (Schulz, Kafka, Kantor), ale odkrywamy jego zupełnie nowe płaszczyzny.

      Dla mnie, „Instytut Benjamenta” broni się kompozycją. Bracia Quey naładowali go tak niesamowicie estetycznymi ujęciami, ze, aż maiłem gęsią skórkę. Spora w tym również zasługa Lecha Jankowskiego, który wplótł w obrazy niezwykle poruszające dźwięki. Smutne, melancholijne – a przy tym budzące jakiś metafizyczny niepokój.

      Co do samej fabuły, wiadomo, że to jeden z tych filmów w którym nie chodzi o to, żeby złapać króliczka, tylko o to żeby go gonić. Postmodernistyczna przyjemność płynie z niekończącej się interpretacji, a nie z odnalezienia jakiegoś jednego, obowiązującego sensu.

      Do mnie wczoraj, przyplątało się odczytanie religijne i towarzyszyło mi przez cały seans. Chociażby na poziomie scenografii, wciąż widziałem krzyże i inne religijne symbole. W takim kontekście bylejakość życia Jakoba von Guntena (znacząca jego deklaracja na początku: „Niewiele oczekuję od życia”) nabiera jakiegoś metafizycznego wymiaru. Ludzie życie naznaczone jest marnością, z której nie ma ucieczki. Można przybierać pewne pozy (robić kariery, zakładać rodziny, tworzyć sztukę) – ale i tak w odniesieniu do nieskończoności wszystko to pseudowartości, zapychacze czasu. Tak jak zapychaczem czasu jest cała edukacja w szkole dla służby („Reguł uczymy się na pamięć, jest tu tylko jedna lekcja, powtarzamy ją w nieskończoność. Nauczymy się tu niewiele nigdy do niczego nie dojdziemy, w przyszłości będziemy nic nie znaczącymi podwładnymi.) Powtarzalne, nudne gesty. Sztuczne, zbędne. Teoretycznie maja przygotować do tego, by służyć Panu, ale w filmie trudno szukać tropów, które wskazywałyby na to, że absolwencki Instytutu są dobrymi służącymi. Ludzkie życie jest zatem jak sen - może i piękny, mało warty, mało znaczący.

      Przede wszystkim jednak to relacja Służący – Pan, nakreślona przez braci Quey wydała mi się wyjątkowo metafizyczna. Herr Benjamenta i Jakoba dzieli jakiś potworny dystans, nie do pokonania - a mimo to oboje wiedzą, ze są sobie potrzebni. To taka wyjątkowo starotestamentowa wizja relacji Bóg-człowiek. Bóg jest odległy, surowy, bezwzględny, a przy tym w pewnym sensie zależny od śmiertelnych. („Nie bój się. Nie mógł bym cię skrzywdzić. Tak miło się z tobą rozmawia. Jak byśmy byli spokrewnieni. Twoje słowa, gesty. Twoje usta. Wszystko. To miło, że przy tobie mogę okazać słabość. Tylko pomyśl. Ja, Twój pan, zwierzam Ci się, żałosnemu robaczkowi, którego mógłbym rozdeptać gdybym chciał). A Jakub to starotestamentowe imię, nosił je Syn Izaaka który spierał i walczył z samym Bogiem.

      No dobrze, ale co z tego wynika. Dla mnie, dzięki religijnej soczewce, znaczenia nabiera finał w którym Herr Benjament i Jakob wspólnie odchodzą, a „śnieg spadnie na nas delikatnie. Obficie, w przeogromnej ciszy, bez końca i początku, wszystko pokryje szaro-biały śnieg, nie będzie nieba i powietrza”.

      Znacząca jest również scena, w której Jakob dostaje się do komnat do których nie miał wcześniej pełnego wstępu, a tu okazuje się, ze zamiast tajemnicy jest tylko złota rybka. Której trzeba czyścić akwarium, zmieniać wodę i dawać jeść.

      No ale może to tylko moja nadinterpretacja i tak naprawdę niczego takiego nie ma w tym filmie. A może to nie ma zupełnie znaczenia co tam jest, a czego nie ma. Może to wszystko sen. Ech ten postmodernizm.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „SEN, KTÓRY LUDZIE NAZYWAJĄ ŻYCIEM ”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      piątek, 22 lipca 2011 14:20
  • środa, 13 lipca 2011
    • HAPPY END AND UP HAPPY HANDS

      Bez dwóch zdań, to jest spore wydarzenie. Gaude Mater obchodzi swoje 20 urodziny z dużą pompą i ku mojemu zaskoczeniu w ramach jubileuszu znalazło się nawet coś dla młodzieży starszej, czyli dla mnie. Koncert L.U.C.’a w nieoczywistej przestrzeni parku handlowego Warta - to nowa jakoś w kulturalnej ofercie GM.

      L.U.C. to freak. Pamiętam jak na polskiej scenie hip hopowej pojawił się Kanał Audytywny i że był to wyjątkowo świeży powiew, w coraz bardziej skostniałym środowisku. Pamiętam jakie show Kanał zrobił w Częstochowie, podczas którejś tam Nocy Kulturalnej, koncertując w piętrowym autobusie. Później, już solo, L.U.C. eksplorował przedziwne muzyczne rubieże. Odjechane koncept albumy: Haelucenogenoklektyzm, Homoxymoronomatura (ten drugi wspólnie z Rahimem z Paktofoniki), które ciążyły ku surrealistycznej narracji ( w dekoracjach pulpowego SF), naładowanej współczesnymi obserwacjami. Homoxymoronomatura wyewoluowało w końcu w formę jakiegoś multimedialnego przedstawienia. Z tych doświadczeń myślę, wyrósł również w pewnym stopniu interdyscyplinarny projekt Planeta L.U.C – z którym będziemy mieli okazję spotkać się w piątek. Później było jeszcze historyczne słuchowisko 39-89 – Zrozumieć Polskę, gdzie z sampli, skreczy i archiwalnych nagrań, wrocławski artysta buduje niecodzienny kolaż. I w końcu ostatnia jego płyta PyyKyCyKyTyPff, gdzie modulowany głos rapera robi za całe instrumentarium.

      Wdzięk z jakim L.U.C przekracza gatunkowe ramy hip-hopu, jednocześnie będąc dumnym, że jest przedstawicielem tego gatunku – rzecz nie do podrobienia. Oczywiście bywam w tym nierówny. Po prostu w poszukiwaniu nowych terytoriów, czasem właduje się w bagno. Trzeba na to jednak spojrzeć jak na ryzyko zawodowe odkrywców nowego. A skarby które przywozi L.U.C. ze swoich muzycznych podróży, zdecydowanie rekompensują wpadki.

      Ciekaw jestem bardzo jak wypada on na żywo. Słyszałem różne opinie i czas najwyższy je zweryfikować (nadal pluje sobie w brodę, że widziałem tylko kawałeczek występu duetu L.U.C.&Rahim na OFF Festivalu)

      Na koniec odrobina marudzenia, tradycyjnie się nie powstrzymam. No trochę szkoda, ze to Warta, a nie Wełnopol. Warta jest zdecydowanie bardziej oswojona, a surowa, porzucona przestrzeń Wełnopolu bardziej pociąga. W pięknych okolicznościach rozkładu i Monstfura, L.U.C mógłby zaprezentować się kosmicznie. Ale rozumiem, że niektórych trudności nie sposób od razu przeskoczyć. Może kiedyś, komuś się uda.

      Zatem moduł marudzenia OFF i doceniamy fakt, że GM wyszło z bezpiecznych pomieszczeń instytucji kultury i wybrało się na wycieczkę w przestrzeń miejską. Nie można przegapić, trzeba być tego świadkiem. A może wejdzie mu to jeszcze w krew i przyszłoroczny Festiwal Muzyki Sakralnej odbędzie się w całości w miejscach nieoswojonych: koncert muzyki klasycznej na Hucie, koncert muzyki żydowskiej wśród rozpadających się kamienic na Starym Rynku, przedstawienie teatru Leszka Mądzika w kamieniołomach itd. Wiem, jestem niepoprawny.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „HAPPY END AND UP HAPPY HANDS”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      środa, 13 lipca 2011 09:53
  • sobota, 09 lipca 2011
    • OGRÓDKI REAKTYWACJA

      Refleksja natury ogólnej nr 1:

      Ale ten czas zaiwania. Dopiero co czytałem wywiad z Arturem Bratkiem na Stacji Częstochowa (swoim drogą trzeba będzie jakieś epitafium dla tego sympatycznego miejsca sporządzić), a propos V edycji Festiwalu Teatrów Ogródkowych. Głośno też krzyczałem: "kiedy będzie program! kiedy będzie program". A tu już trzeba szykować się do kolejnej odsłony Ogródków.

      Refleksja natury ogólnej nr 2:

      Jakaś taka fajna atmosfera się w mieście robi. Kto wie, może to faktycznie ten kulturalny czerwiec nastroił ludzi na pozytywne wibracje. Trzeba to łapać i natychmiast wykorzystywać, żeby gdzieś się nie roztroiło. W tym roku przed Festiwalem Teatrów Ogródkowych też jest jakaś bojowa atmosfera. Może jeszcze nie: "zrobimy imprezę, która rozniesie to miasto w strzępy", ale: "my im jeszcze pokażemy", to z pewnością. Festiwal ma świetny plakat, organizatorzy przykładają się do promocji, a i sam program wygląda obiecująco.

      Nie trzeba było w tej edycji sięgać po zapychacze, a nawet pozwolono sobie na pozakonkursowe dodatki do smaku ("Tlen" teatru Tlen oraz "Wszystko jest do nakręcenia" kabaretu "Micha się cha cha"). Przyjeżdżają do nas zespoły z różnych zakątków Polski i wygląda na to, że z różnymi pomysłami na teatr niezależny. Większość z nich mocno jednak eksploruje światową kulturę, czy nawet popkulturę. Będziemy zatem mieli możliwość obejrzeć spektakl na motywach opowiadania Gombrowicza ("Tancerz Mecenasa Kraykowskiego", STUDIO Sonda, Kalisz), opowiadania Kafki („Obcy”, TEATR BOCZNY, Lublin), inspirowany "Idiotami" Larsa von Triera („Jeppe”, The Chance Theatre, Warszawa), nawiązujący do „Lotu nad kukułczym gniazdem” Miloša Formana ("Sister Kate" , Teatr Edwarda Gramonta TERMINUS A QUO , Nowa Sól). Co więcej będzie również świadkami próby "zagrania rysunkowych dowcipów" Marka Raczkowskiego (“Ku Pa”,TEATR KREATURY, Gorzów Wielkopolski) oraz mierzenia się na scenie z konwencją kina niemego ("Uśmiech Kobiety", TEATR NIKOLI, Kraków). Na tym tle najbardziej konserwatywnie, w kwestii zawartości teatru w teatrze, zapowiada się lokalny zespół teatralny "ADHD". Sięga on po "Piaskownicę", młodego ale już uznanego dramaturga Michała Walczaka.

      Sporo rzeczy, zapowiada się tu smakowicie. Już nie mogę się doczekać, tego główkowania jak tu zarezerwować sobie wakacyjne, niedzielne wieczory na sztukę. I mam nadzieję, że we wrześniu napisze notkę pod hasłem "Ogródki rewelacja".

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „OGRÓDKI REAKTYWACJA ”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      sobota, 09 lipca 2011 16:16
  • środa, 06 lipca 2011
    • RYNEK ŚW. JAKUBA

      W ostatnim numerze Alei3 jest bardzo ładny tribute to Plac Biegańskiego. Czytam sobie kolaż wspomnień o tym miejscu, jego historii, przemianach, i tak mnie naszło, że ja postrzegam je bardzo na zimno. Załapałem się na okres bylejakości placu Biegańskiego i taki utrwalił mi się w głowie.

      Szukam jakiś wyraźnych, naładowanych emocją wspomnień i przychodzi mi to z ogromnym trudem. Jakieś odległe odbicie tłumu ludzi podczas wyścigu kolarskiego w dzieciństwie, wielka choinka na Boże Narodzenie, średnio fajne koncerty, tablice z przygnębiającymi twarzami przed każdymi wyborami, ostatnio "Kura w akcji". Chyba tyle. Ten plac nigdy jakoś nie wydawał mi się centrum życia miasta.

      Na zimno też podchodzę do toczącego się właśnie remontu. Podobno są tacy, którzy uważają, że nowy wygląd Biegana to będzie zbrodnia na mieście. Nie potrafię tego ocenić, ale myślę, że brzydziej niż było, raczej nie będzie. Wiadomo, że fajnie, gdyby udało się pod nim zbudować wielki podziemny parking i galerie handlową, ale to zawsze była tylko strefa marzeń. Oczywiście mam trochę obaw, że pod ratuszem będzie od teraz przeraźliwie pusto i tylko wiatr sobie pohula. Ale przecież wcale nie musi tak być. W centrum miasta powstanie nam duża, otwarta przestrzeń która, aż sama będzie się prosić o wykorzystanie. Sceptycy mówią, że to będzie plac wykorzystywany trzy razy do roku przy okazji jakiegoś koncertu. Może i tak być. Ale ja bym chciał, żeby „trwał tam karnawał” cały rok.

      Znaczy nie proponuje formuły „koncert każdego dnia”, raczej trwałe wylanie tam sztuki najnowszej. Miałem nawet taki pomysł, by zrobić akcję walki o urządzenie „ulicznej galerii sztuki współczesnej” w tym miejscu. Wiecie: instalacje, rzeźby, happeningi, performance. Miasto oszczędza, ale może udało by się jednak znaleźć fundusze na zaproszenie uznanych polskich twórców. A byłoby w kim wybierać. Jeśliby się udało, fajna nowa wizytówka miasta by powstała. Taka nieoczywista. Chciałem pisać listy otwarte, słać pisma, organizować akcje artystyczne, szeptane prowokacje. Po chwili namysłu stwierdziłem jednak, że aktualnie nie jestem chyba najlepszą wizytówką takiej inicjatywy. Więc odpuściłem.

      Wciąż mam jednak w głowie obrazek pielgrzymek, które chciał czy nie chciał, zwiedzają tą zewnętrzną galerię i chłoną sztukę współczesną. W ten sposób, ta artystyczna ekspozycja miałaby chyba najlepszą frekwencję w kraju. Fakt, głównie w sierpniu, ale zawsze.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „RYNEK ŚW. JAKUBA ”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      środa, 06 lipca 2011 11:00
  • poniedziałek, 04 lipca 2011
    • INNEGO KOŃCA ŚWIATA NIE BĘDZIE

      Kto żyw, niech idzie na „Melancholię”. To moja główna myśl po wczorajszym seansie. Smutny niezwykle, ale przy tym cudowny obraz. Jeszcze do czwartku leci w OKFie, więc chwytajcie szansę.

      Mnie rozbroiło już samo otwarcie. Na zwolnionych obrotach, niesamowicie malarskie, przesadnie wyestetyzowane. Niby banalne, formalne wygibasy, ale mnie zmroziły. W tych pierwszych ujęciach Lars von Trier upycha właściwie wszystko co by chciał powiedzieć, a potem tłumaczy to na język filmowy.

      Mówi się, że Lars to kuglarz współczesnego kina. Że obsesyjnie sięga po prowokacje, łamie filmowe formy, żeby ukryć w swoich dziełach banał. Że gra na najprostszych uczuciach i bliżej mu do twórców telenowel, niż do mistrzów kina autorskiego. Nigdy się z tymi tezami nie zgadzałem, a „Melancholia” je bezwzględnie obala.

      Pomysł i struktura tego obrazu jest wyjątkowo prosta. Dwie części filmu i zasada przeciwieństwa. Obserwujemy dwie siostry, które w dwóch różnych sytuacjach się rozsypują. Na zimno sprawa jest prosta. Jedna bohaterka jest chora, a druga przegrywa w obliczu zagłady. I tu byłoby miejsce na różne reżyserskie gierki. Poprzewracać standardy normalności, spróbować wstrząsnąć przyzwyczajeniami widza. Von Trier niczego takiego jednak nie robi. Gdzieś tam między słowami mówi nam, że: „melancholia to stan gotowości na nieuniknione”, ale jaka to rewolucja? Żadna. Bo co z tego wynika, że melancholicy są lepiej przygotowani na apokalipsę? Zupełnie nic.

      Wydaje mi się, że Lars von Trier opowiadając o Melancholii, która zbliża się i chce uderzyć w Ziemię, przede wszystkim chce nas tylnymi drzwiami wpuścić do głowy człowieka w depresji. Dlatego centralną sceną filmu wydaje mi się moment, gdy nocą naga Kirsten Dunst „grzeje się w cieple” Melancholii. To takie wymowne odbicie, tych wszystkich jej irracjonalnych zachowań z pierwszej części filmu.

      Pisząc o najnowszym dziele Duńczyka czuje się trochę jakbym chodził w budynku z pajęczyn. Muszę stąpać ostrożnie, żeby nie zniszczyć delikatnej konstrukcji. Nie postrącać sensów. Bo najlepiej je chłonąć wprost z ekranu. Wtedy są najświeższe i najsmaczniejsze.

      Z poprzednich filmów von Triera zdarzało mi się wychodzić ze zrytą głową, wstrząśniętym albo o krok od płaczu. Tutaj było inaczej. Po finałowej scenie napisom końcowym nie towarzyszy muzyka, a w kinie panowała kompletna cisza. A mnie było smutno. Po prostu smutno.

      I niezwykle trafne jest hasło reklamujące ten obrazu, faktycznie to był najpiękniejszy filmowy koniec świata, jaki widziałem. Niech więc ktoś zadzwoni do Bruce Willisa i powie mu, że nie ma sensu odkurzać atomówki i zbierać drużyny. Lepiej niech się dzieje, co ma się stać.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „INNEGO KOŃCA ŚWIATA NIE BĘDZIE ”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 04 lipca 2011 09:32
  • piątek, 01 lipca 2011
    • SUMMER REMAINS

      Moja emo teza, że oto skończył się czerwiec i w mieście czeka nas nuda, została błyskawicznie sfalsyfikowana. Z czego należy się tylko cieszyć. W pierwszy weekend lipca przenosimy swoją uwagę na Promenadę gdzie rozpoczyna się będzie druga edycja akcji „Zostań na pokładzie, baw się na promenadzie” (a gdyby liczyć „bujanie miastem” to już prawie trzecia).

      To taki pomysł UM na rozrywkę latem i wykorzystanie odświeżonego amfiteatru. Pomysł zacny i bardzo potrzebny, ale jakoś do tej pory nie budził moich większych emocji. Doceniałem, że tworzy się miejsce, gdzie lokalni twórcy mogą występować, a nawet chwaliłem tą trudną pracę u podstaw. Zawsze jednak okazywało się, ze mam zbyt ciężkie cztery litery, by się ruszyć i powspierać tą inicjatywę swoją obecnością. Tym razem chyba jednak nie będę miał wyjścia.

      W najbliższej rockowej odsłonie akcji, jako gwiazda wieczoru, po lokalnych składach, wystąpi D4D (dawne Dick4Dick). Naprawdę. Nie żartuje. Chłopaki dziś grają na Hainekeinie a jutro u nas.

      Brawo za pomysł, by do przeglądu lokalnych artystów, dorzucić magnes w postaci kapeli z pierwszego szeregu polskiego grania. Dawno mi się marzyła taka formuła, przy okazji różnych inicjatyw, i wreszcie się doczekałem. Jupi! D4D na letniej imprezie częstochowskiego UM. Szok!

      Co do samych Dicków, to ścieżka którą podążają wprawia mnie w totalne zadziwienie. Jeszcze tak do końca nie przyzwyczaiłem się do stylowej rewolucji przy okazji zmiany składu i świetnej płyty „Summer Remains”, a tu kolejny wstrząs w postaci „Who's Afraid of?” . jest bardzo tanecznie, elektronicznie i zupełnie nie do poznania. Przemiana niesamowita i z pewnością warto przyglądać jej się z bliska. Byle tylko pogoda dopisała.

      A za 2 tygodnie LUC na zaproszenie GM. Ludzie co się dzieje? Jeszcze do tego dojdzie, że trzeba będzie odwiesić na kołek gębę lokalnego malkontenta.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „SUMMER REMAINS”
      Tagi:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      piątek, 01 lipca 2011 11:05

Kanał informacyjny

szablonowe serca: MONSTFUR