CZĘSTO LOVE CHOWA

Wpisy

  • piątek, 30 lipca 2010
    • PROSTY NALEŚNIK

      No to dziś powracamy, do subiektywnego przeglądu miejsc które lubię, bo dawno nie pisałem nic o żadnej knajpie. Tym razem jednak wybór według innego klucza: jedzenie. Nie stołuje się zbyt często na mieście, ale jak już mi się to zdarza to szukam miejsca które ma cos więcej do zaoferowania niż tylko dobre jedzenie. Szukam spokoju i klimatu, przestrzeni w której przyjemnie jest oddać się grzechu obżarstwa.

      Pod tym względem moim odkryciem zeszłego roku jest naleśnikarnia „Nasz naleśnik”. Kameralna, w centrum miasta, ale dyskretnie schowana w podwórku. To lokal licencyjny (stad ta nieszczęsna nazwa), ale atmosfera jak w niewielkim, rodzinnym interesie. I wszystko jest tu na swoim miejscu: estetyczny, ale skromny wystrój; kącik dla dziecka; ilość stolików rozsądnie przemyślana. Jeszcze mi się nie zdarzyło by nie było wolnego miejsca, ale przy tym nie ma poczucia konsumpcji w tłumie. Na ścianie telewizor, na którym zawsze leci jakiś nienachlany koncert. Miła to odmiana, po przygodach z różnymi częstochowskimi pizzeriami, gdzie katują cię muzyka na topie i masz wrażenie, że w poszukiwaniu miejsca ktoś zaraz usiądzie ci w talerzu.

      No i przede wszystkim wielce przyzwoite jedzenie. Jest i obiadowo i deserowo, całkiem spory wybór. Co prawda menu daleko jeszcze, do pewnego lubelskiego ideału - gdzie do wyboru są nie tylko farsze, ale również rodzaje naleśnika (razowe, gryczane itd.) - ale naprawdę nie ma co wybrzydzać.

      Siła tego lokalu leży w tym, że tak naprawdę to nic wielkiego. Bo ja wcale nie czuje się najlepiej w najmodniejszej knajpie w mieście, nie pożądam najbardziej egzotycznych potraw, które pozostawią pustkę w moim portfelu. Oczywiście lokal ten średnio nadaje się na urządzanie uroczystej kolacji, ale jak ktoś po prostu szuka miejsca, by od czasu do czasu uwolnić się od własnej jadalni - to ta naleśnikarnia nadaj się do tego idealnie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „PROSTY NALEŚNIK”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      piątek, 30 lipca 2010 09:45
  • czwartek, 29 lipca 2010
  • wtorek, 27 lipca 2010
    • MIASTO MALARZY

      Przeglądam sobie dokumentacje z „Festiwalu działań parateatralnych i performance’u OFFsceniczny” z 2006 r. (dzięki Fugazi za udostępnienie) i zastanawiam się dlaczego przegapiłem tą imprezę. Tak, tak wiem, ta przeklęta maska: „się nie interesuje, bo w tym mieście nic się nie dzieje”.

      Ale tak przy okazji naszła mnie też inna myśl: mieszkam w mieście malarzy. Bo wernisaże, wystawy odbywają się u nas dość regularnie. Na tym „poważnym”, instytucjonalnym poziomie, ale również całkowicie niezależnie, ludzie bardzo chętnie pokazują swoje obrazy w knajpach. I to jest pozytywne. Podobno nawet mamy „środowisko częstochowskich malarzy” (choć to akurat trudno mi zweryfikować, bo rzecz dzieje się poza moim horyzontem percepcyjnym).

      Natomiast jeśli chodzi o inne dziedziny sztuk wizualnych – pustynia. Przynajmniej sprawia takie wrażenie, gdy ja przy pomocy pamięci własnej i internetu, próbuje ją uporządkować. Dopóki Anka Fugazi bardziej w Częstochowie była niż bywała, oddolnie nakręcała różne działania artystyczne. Jej też w dużym stopniu zawdzięczamy wspomniany „Festiwal OFFsceniczny”, czyli jedyną zwartą prezentacje tego rodzaju sztuk w naszym mieście, jaką udało mi się odnotować. Natomiast ostatnio, działań parateatralnych, happeningów, performance jak na lekarstwo. Pojedyncze przypadki, są jak oazy które tylko potęgują pragnienie, zamiast go zaspokoić. Ludzie z duża obawą przekraczają tradycyjne formy artystycznego wyrazu. Bezpieczniej jest w wyraźnie nakreślonych ramach teatru, malarstwa, czy nawet fotografii.

      No ale trudno się dziwić, jeśli lokalne instytucje sztuki, zdają się nie zauważać tego, że w XX wieku sztuka rozlała się szerokim nurtem. Miejska Galeria Sztuki, Gaude Mater, Konduktorownia – bez sprzecznie króluje tam malarstwo, ewentualnie rzeźba. Jakieś pojedyncze przypadki instalacji, happeningu, performance, dzieją się jedynie przy okazji. Są marginesem, dodatkiem do „poważnych” wystaw. Takim przysłowiowym kwiatkiem do kożucha. I tak naprawdę nie wiem dlaczego tak jest? Wynika to z przekonaniu o niższej wartości takich form artystycznego wyrazu? A może z obaw, że częstochowska publiczność nie jest na nie po prostu gotowa? Może ktoś się boi, że podniosą się głosy, że za pieniądze podatników ktoś do świątyni sztuki wprowadza słynne już obieranie ziemniaków? Dajcie spokój, przecież to już prawie wiek minął od narodzin pierwszej awangardy, należałoby się wreszcie pogodzić z faktem, że sztuka zmieniła się diametralnie.

      Istnieje też ewentualność, że po prostu jestem niesprawiedliwy. I znów wydaje osądy na podstawie ograniczonego oglądu zjawiska. Może faktycznie coś się dzieje/działo tylko ja nie potrafię tego dostrzec? Tak jak w swoim czasie przegapiłem „Festiwal OFFsceniczny”.

      Performance Dominika Złotkowskiego „Polska – Anglia 0:1”, Festiwal OFFsceniczny 2006

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „MIASTO MALARZY ”
      Tagi:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      wtorek, 27 lipca 2010 10:05
  • poniedziałek, 26 lipca 2010
    • WOLNOŚĆ DO

      No to tak naprawdę rozpoczął nam się Festiwal Teatrów Ogródkowych - choć właściwie jesteśmy już na półmetku imprezy. Wreszcie doczekaliśmy się przedstawienia w pełni autorskiego i dojrzalszego artystycznie. Na taką poetykę czekałem. Jako pierwszy, wśród teatr przyjezdnych, zaprezentowało się warszawskie „Prawdopodobieństwo Sztuki” z przedstawieniem „Belinda. Retrospekcja”.

      Kameralna przestrzeń, pięć postaci i gęsta siatka nakładających się na siebie społecznych norm, struktur, kategorii i presji. W tym wszystkim pierwotne marzenie o wolności do… No właśnie do czego? Po wczorajszym wieczorze zostałem z tym pytaniem. Zawsze łatwiej powiedzieć od czego chcemy się uwolnić, ale gdy przenosimy punkt ciężkości na pytanie do czego w tej wolności dążymy, zaczynamy macać metafizykę. A wiadomo, że na metafizyce najłatwiej się w sztuce wyłożyć.

      Czy „Prawdopodobieństwo Sztuki” wyszło z tych macanek zwycięsko? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć. Katharsis nie było, mózg mi się nie zagotował od wagi poruszanej problematyki, a po oklaskach nie roznosiło mnie podniecenie, że oto natrafiłem na nowe ścieżki które poprowadzą mnie do prawdy. Mało komu jednak udaje się doprowadzić mnie do takiego stanu. Podobało mi się za to, że przedstawienie było tak skromnie skrojone: ledwo zarysowane postacie, ich relacje, przestrzeń w której się poruszają. Na uchwycenie rzeczy najważniejszych, szkicowanie to doskonała metoda, częstokroć o wiele bardziej owocna niż pisanie grubaśnych tomów. No ale czy udało się wczoraj artystom uchwycić to coś? Chyba nie do końca, bo finał pozostawiał widza z uczuciem niedosytu.

      Najmocniejszym punktem przedstawienia było przełamanie struktury, gdy nagle Belinda z postaci roszczeniowej, potrzebującej, żądającej przepotwarza się w jakąś powykrzywianą postać mesjasza, z którego wręcz wylewa się postawa obdarowywania. Który ma proste rozwiązanie na wszystko, prawie jak w broszurkach Świadków Jehowy. W tym momencie był tu jakiś błysk metafizyki, dzięki któremu uwierzyłem, że artyści z „Prawdopodobieństwa Sztuki” wyczuwają o co tak naprawdę chodzi, choć nie do końca potrafią to jeszcze rozegrać. Może to i mało, ale dla mnie starczy i jestem kupiony. Takie błyski wcale nie zdarzają się zbyt często i należy je zdecydowanie doceniać.

      Za to totalnie zdziwiły mnie zasłyszane opinie, że scenariusz był na poziomie telenoweli, postacie papierowe, dialogi drętwe, a aktorstwo wyprane z emocji. Czasem nie mogę się nadziwić, że siedzę z kimś na jednej widowni, a jest tak jakbyśmy oglądali zupełnie inne przedstawienia. Oczywiście to w dużym stopniu kwestia odpowiedniego warsztatu, przygotowania do odbioru sztuki – a tu niestety nie mam zbyt wielu atutów by się z kimkolwiek ścigać. Ale żebyśmy, aż tak się różnili. Dla mnie tekst miał swoje słabsze strony, ale mimo wszystko brzmiał i był o czymś. Może i podążał ścieżkami wydeptanymi już wcześniej, lecz nie można odmówić mu ambicji zrobienia tego na nowo, po swojemu.

      Przede wszystkim jednak, jego wszelkie braki doskonale maskowali aktorzy. Ich energia, entuzjazm na scenie przykryły wszelkie nierówności. To subiektywne, ale potrafię sztuce wiele wybaczyć, przymknąć oko na warsztatowe niedoróbki, jeśli budzi ona autentyczne emocje. A chemia jaka wczoraj wytworzyła się między aktorami, nie pozwalała przejść obojętnie wobec tego co się dzieje na scenie. Dla mnie to potencjał który bezsprzecznie rokuje na przyszłość. Życzę, żeby ten młody zespół na dużej się skonsolidował, a z przedstawienia na przedstawienie będzie z pewnością coraz ciekawiej.

      Szkoda tylko, że znów zawiodła pogoda i ogródek trzeba było aranżować wewnątrz klubu. Dla tych, którzy nie siedzieli w pierwszych rzędach, wiązało się to z pewnym ograniczeniem oglądu sytuacji na scenie. Harmider knajpianych rozmów z innych sal, też był mocnym czynnikiem utrudniającym. Na świeżym powietrzu, nawet gdy dookoła ogródki piwne, ten odbiór mimo wszystko jest lepszy.

      Na koniec uwagi luźne. Po raz kolejny przekonałem się, że artysta powinien bronić się jedynie swoim dziełem. Schodząc ze sceny przestrzeń dyskusji należy zostawić krytykom i odbiorcom. Gdy twórca próbuje sam bronić swoich wyborów, artystycznych strategii, rzadko kiedy wychodzi mu to na dobre (podobnie zresztą, gdy włącza się w nurt pozytywnych komentarzy). Choć z drugiej strony to było ciekawe doświadczenie zobaczyć, jak młodzi, niezwykle sympatyczni artyści próbują ze wszelkich sił odpowiedzieć na krytykę. Ogień pasji jaki niespodziewanie wybuchnął, przekonuje mnie, że ten kolektyw ma przed sobą przyszłość.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „WOLNOŚĆ DO”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 26 lipca 2010 10:45
  • piątek, 23 lipca 2010
  • czwartek, 22 lipca 2010
    • ZAPEŁNIANIE ETERU

      Dziś o radiu. Powody bezpośrednie tej notki są dwa. Po pierwsze wywiad w ostatnim CJG z Piotrem „Kazem” Kazimierczakiem, który można potraktować jako wycieczkę w głąb najnowszej historii częstochowskiej radiofonii. A po drugie fakt, że za kilka miesięcy będziemy mieli nowe lokalne radio.

      Do tej pory jakoś unikałem tematu radiostacji, choć temat sam pchał się pod klawisze. No bo jak to, tak duże miasto pozbawione zupełnie lokalnych rozgłośni (trudno do tej kategorii zaliczyć radia katolickie czy należące do ogólnopolskich sieci)? Unikałem, bo to dużo głębszy problem, leżący poza naszą lokalną specyfiką. Robić dziś w Polsce radio jest niezwykle trudno, a radio regionalne to jeszcze większe wyzwanie. Szczególnie jeśli mamy ambicje serwować cos bardziej wysmakowanego niż dzisiejsza zetka czy rmf. Myślę, że to nawet kwestia globalna – radio na świecie szuka swojego miejsca wśród nowszych mediów i jego idea jest w trakcie gruntowej przebudowy. Dlatego przy tym wszystkim, nie dziwi mnie, że akurat w Częstochowie wszystkie lokalne stacje upadły. Choć z pewnością by się przydały, tak jak dobra prasa lokalna.

      Z drugiej strony właściwie nie mam jakiś wyjątkowych wspomnień związanych z regionalnymi rozgłośniami, więc też nie spieszyło mi się do notki w tylu: „starych wspomnień czar”. „Radio Marconi” słuchało się głównie na zasadzie zaciekawienia czymś nowym. Może byłem za młody by załapać radiowego bakcyla, za to z pewnością dopiero uczyłem się dobrej muzyki. Potem na chwilę przerzuciłem się na „Radio City”, następnie na „Radio Fon” . Wszystko to jednak były epizodyczne spotkania, bez szans na głębszą przyjaźń. W między czasie dowiedziałem się na czym polega słuchanie muzyki, i równocześnie większość rozgłośni rozpoczęło eksperymenty z centralnie planowanymi playlistami. By zakochać się w radiu, musiałem wyjechać na studia i dać się oczarować pewnej studenckiej rozgłośni. Rozbudziło to we mnie głód, który nijak nie dało się zaspokoić po powrocie do Częstochowy. „Radio Fon” było już wtedy na kursie wstecznym, a tzw. rozgłośnie sieciowe zdecydowanie rozmijały się z moimi potrzebami. Musiałem eksperymentować z różnymi Programami Polskiego Radia, ale to już zupełnie inna historia.

      Teraz będziemy mieli znów lokalne radio w mieście , ale trudno mi zdobyć się na optymizm co do tego projektu. Jakoś potwornie długo trwało przyznawanie tej koncesji i została wybrana spółka prowadząca już radio w Rybniku. Dlatego nie spodziewam się czegoś wybitnego, zapewne czeka nas średni poziom radiostacji komercyjnych w kraju. Może będzie więcej przestrzeni na promocję wydarzeń kulturalnych, debaty o problemach miasta. Pytanie tylko, czy będzie to radio robione na miejscu , czy też w Rybniku, z wizytami dziennikarzy od czasu do czasu. Bez dwóch zdań wolałbym jakąś studencką rozgłośnie, ale w częstochowskich realiach to chyba niemożliwe.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „ZAPEŁNIANIE ETERU ”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      czwartek, 22 lipca 2010 11:51
  • środa, 21 lipca 2010
  • wtorek, 20 lipca 2010
    • PROMOCJA LAST MINUTE

      Lato. Teatr im. Adama Mickiewicza ma przerwę, a tu inicjatywy teatralne rozpełzły się po mieście. A to jakieś warsztaty, a to teatry ogródkowe. Co prawda wielkiego szaleństwa nie ma, ale i tak na tle sezonu ogórkowego, wygląda na to, że Częstochowa w wakacje teatrem stoi. Dodatkowo, zza węgła atakują nas niespodziewane atrakcje. Tak niespodziewane, że nikt nic nie wie.

      Powtarzam więc, za CGK (bo może ktoś, jakimś cudem, zagląda tu, a nie zagląda tam): dziś o 18:00 w Klubie Teatr From Poland “Scenariusz dla trzech aktorek” Bogusława Schaeffera w reżyserii Bogusława Semotiuka. Występują: Iwona Chołuj, Anna Modrzejewska oraz Dorota Gorjainow.

      Teatr o teatrze, z dużą dawką humoru. Sztuka znanego muzykologa, który od lat romansuje z dramatem, w reżyserii artysty który już parokrotnie mierzył się z tym przedstawieniem (zarówno w męskiej, jak i żeńskiej odsłonie). Zapowiada się zatem idealna, niezobowiązująca rozrywka na letnie popołudnie.

      Szkoda tylko, że ta informacja wypłynęła dopiero dziś, i potencjalni widzowie muszą sobie robić rewolucje w planie dnia, by się pojawić. Niektórzy chyba nie wierzą w promocję.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „PROMOCJA LAST MINUTE”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      wtorek, 20 lipca 2010 10:06
  • poniedziałek, 19 lipca 2010
    • SZALEŃSTWO WE DWOJE – JA I IONESCO

      Podobno w środowisku ważnych, opiniotwórczych krytyków, dobrze widzianym jest, by w recenzjach jak najwięcej pisać nie na temat. To znaczy, jak najszerzej zarysowywać kontekst – chciałem napisać. Bez względu na to, czy ma się coś sensownego do powiedzenia, czy nie. Taki styl. No to spróbujmy, w końcu trzeba wzorować się na najlepszych.

      Zaczynam potwornie żałować tych wszystkich książek nie przeczytanych jeszcze w liceum. Na przykład Ionesco. Pewnie gdybym zmierzył się z nim jako nastolatek, byłbym innym człowiekiem. Kilka lat wcześniej dowiedziałbym się o teatrze absurdu i może szybciej, z większą śmiałością, ruszyłbym na czołowe zderzenie ze sztuką współczesną. A tak to smakowałem wszystkiego z paroletnim opóźnieniem.

      Zazdroszczę aktorom z „Grupy pod wiszącym kotem”, że biją się z Ionesco już teraz. Dodatkowo bez taryfy ulgowej – od razu na scenie. Nie wystarczyło tylko przeczytać poukładać tekst, ale trzeba było oswoić te dzikie słowa na tyle, by móc przekazać je dalej. Wyrazy szacunku dla tego, kto ich ku temu wyzwaniu pchnął.

      Podkreślę to jeszcze raz: na teatrze znam się tyle o ile. Brakuje wiedzy i odpowiednich narzędzi. Ale wydaje mi się, że branie się za bary z teatrem absurdu – to potworne wyzwanie. Surrealizm, groteska, psychologiczne pułapki, bezkompromisowość neoawangardy – aż gęsto od tych wszystkich utrudnień i wyzwań. Zawodowcy łamią sobie na tym zęby, a co dopiero mówić o ludziach młodych, właściwie zaczynających swoją przygodę ze sztuką teatru.

      W związku z tym wszystkim, chciałbym uciec od konkretnej oceny wczorajszego spektaklu, inscenizacji i gry aktorskiej. Przyparty do muru, pewnie wił bym się, podobnie jak w zeszłym tygodniu, że nie wiem jaką skale ocen stosować. Z tym, ze różnicę klas między tymi dwoma „młodzieżowymi” przedstawieniami widać gołym okiem.

      „Grupa pod wiszącym kotem” na scenie czuje się doskonale i z olbrzymim entuzjazmem rzuca się nawet na tak trudne teksty, jak Ionesco. Entuzjazm jest ich zdecydowanie mocną stroną. Ale przy tym są już całkiem nieźle przygotowani warsztatowo. Widać ślady tego, że tekst francuskiego dramaturga nie był po prostu zagrany, że przedstawienie poprzedzało solidne przemielenie, przepracowanie „Szaleństwa we dwoje”. Ponad to odniosłem wrażenie, iż ci młodzi miłośnicy teatru tak bardzo unikają dróg na skróty, że aż specjalnie utrudniają sobie zadanie. Piękna cecha, właściwa prawdziwym artystom. Inna sprawa na ile ta młodzieńcza szarża, przynosi strat samemu przedstawieniu. Ale przecież trzeba pewną ilość razy pobłądzić, by znaleźć w końcu właściwą drogę. Oni maja jeszcze na to czas.

      I choć wczoraj może nie przeżyłem katharsis, to ucieszyłem się, że są w mieście młodzi ludzie, którzy nie boją się klasyki awangardowej dramaturgii. Zazdrościłem im tej odwagi i zapału. Przede wszystkim jednak udało im się rozbudzić we mnie głód teatru absurdu. Uświadomiłem sobie, że właściwie kilka lat, w żaden sposób nie udało mi się z nim obcować i aż od tego wszystkiego zachciało mi się znów czytać Ionesco.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 19 lipca 2010 10:04
  • czwartek, 15 lipca 2010
    • PRZEMOC W RYTMIE LUDWIKA VAN

      „Mechaniczna pomarańcza” to arcydzieło sztuki filmowej, które powstało na bazie genialnego materiału literackiego. Napisano na temat tego filmu tomy analiz, dlatego odsyłam do nich i nie będę zgrywał filmoznawcy. No ale jak już raz przyjąłem sobie zwyczaj, wylewania opinii na blogu po częstolovechowych seansach, wypadałoby się go trzymać.

      Powtórzę się: ten film jest stworzony, by oglądać go właśnie w takim dusznym, ciasnym i parnym klimacie. Widzom powinno być nieprzyjemnie, bo to nieprzyjemny obraz. Właściwie trudno uwierzyć, że ten tytuł ma już prawie 40 lat. Gdyby pociągnąć o krok dalej sceny przemocy i gwałtu (co podobno w kilku scenach Kubrick zrobił i zmienił je dopiero w montażu), mielibyśmy przykład na wskroś współczesnego, mocnego i mrocznego kina. Świetnie wpisuje się to w moją roboczą tezę, że wszelka radykalizacja współczesnej sztuki to tylko odbicie i konsekwencja tego co działo się w latach 70. Więc z jednej strony odetchnąłem z ulgą, że nikt wczoraj nie zasłabł z duchoty, a z drugiej ucieszyłem się, że takie okoliczności przyrody nałożyły się akurat na „Mechaniczną Pomarańcze”.

      To bardzo smutny film. Przedstawia bardzo pesymistyczną wizje człowieka i społeczeństwa. Jesteśmy źli, targają nami najniższe, mordercze wręcz instynkty. Kaganiec norm społecznych trzyma nas w pozornej normalności, ale tak naprawdę, również wciąż nas gwałci. Tkwimy w zawieszeniu między dziką, ślepą wolnością anarchizmu, a totalitarnym wyjałowieniem z wszelkiej wolności. Kubrick stawia nas przed Złem które jest w nas, a potem znika byśmy zmierzyli się z nim w całkowitej samotności. Idealny film na tą właśnie okazję.

      Dodatkowo „Mechaniczna Pomarańcza” przytłacza mnie obrazami. To prawdziwa estetyczna dzika orgia. Każde ujecie, szczegół jest tu dokładnie plastycznie przemyślany i wkomponowany w całość. I jest jeszcze coś zachwycającego w takim futuryzmie przepuszczonym przez filtr początku lat 70. Fantazjowanie o przyszłości, ale z wyraźnym akcentem retro.

      Poczta pantoflowa zadziałała doskonale i było nas wczoraj całkiem sporo. Dzięki za to. I za życzenia oczywiście też.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „PRZEMOC W RYTMIE LUDWIKA VAN”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      czwartek, 15 lipca 2010 09:28

Kanał informacyjny

szablonowe serca: MONSTFUR