CZĘSTO LOVE CHOWA

Wpisy

  • poniedziałek, 30 maja 2011
    • CO ZROBISZ? NIC NIE ZROBISZ.

      Kiedyś już chwaliłem Urząd Miasta za wytoczenie dział humoru przeciw marazmowi w mieście, ale Czesław cały czas się rozkręca i zdecydowanie zasługuje na osobna notkę.

      Facet miał już okładkę w CGK, gościnny występ w telewizji Czewa.TV i status kultowej postaci. Nie wiem jak inni, ale ja przeglądam się w nim jak w lustrze. Bo na tym chyba polega cały kawał: Czesław podkrada nasze pojedyncze narzekania, marudzenia, fochy i zbiera je w całość, kumuluje. W tym sensie nie jest wymyślony, nie jest kreskówką stworzoną przez speców od marketingu. Jest raczej duchem Częstochowy, a przynajmniej jego wstydliwą częścią.

      I ten „tani chwyt”: zobaczcie jacy jesteście śmieszni – działa. Ja przynajmniej od pewnego czasu, mam tak, że przy kolejnych notkach zastanawiam się, czy już zupełnie zmieniłem się w Czesława, czy jeszcze nie.

      Na plus należy też odnotować fakt, że UM nie szarżuje postacią Rzadkochowskiego. Nie zalewa filmikami z jego udziałem czy innymi jego aktywnościami. Ten dowcip opowiedziany zbyt wiele razy zdecydowanie straciłby na swojej mocy. A tak całkiem sprawnie udaje się go rozciągnąć w czasie.

      Oczywiście pozostaje pytanie czy taka nietypowa promocyjna strategia ma sens? Nie z pewnością nie! W końcu w tym mieście nie dzieje się NIC! Panuje nuda i tyle. Nic nie zrobisz…

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 30 maja 2011 09:31
  • czwartek, 26 maja 2011
    • JUVE, JUVE, JUVENALIA - KTO NIE PIJE TEN KANALIA

      Próbuję napisać tą notkę od kilku dni, ale jakoś nie potrafię dobrze poukładać sobie wszystkich myśli.

      Punktem wyjścia jest powracający jak bumerang temat „koniec z prohibicją na ul. Dekabrystów”. Który oczywiście także pojawił się przy okazji tegorocznych juwenaliów. Sama prohibicja jest jednak nudna – bo o czym tu właściwie dyskutować? To jest dziwny, sztuczny zakaz, który zarżnął parę knajpek i legendarny klimat tego miejsca. Są inne metody prewencyjnie przed hałasami i rozróbami, niż szlaban na koncesje alkoholowe.

      Dużo ciekawszy jest temat samego miasteczka akademickiego. Tu jest źródło problemów, które doprowadziły do prohibicji. I wielu innych przy okazji też.

      Tak naprawdę to żal mi częstochowskich studentów. Ktoś kiedyś postawił akademiki w samym środku dużego osiedla i tyle. Ot jak kilka kolejnych wieżowców. Zupełnie bez architektonicznego planu, nie uwzględniając funkcji jakie te budynki mają właściwie pełnić. Zazwyczaj akademiki budowane są gdzieś trochę na uboczu, przestrzeń wokół niech często tworzy na wpół zamkniętą enklawę. Jest to jasny komunikat wysyłany przez urbanistę: to jest miasteczko akademickie, to teren należący do żaków, ktokolwiek tu wchodzi robi to na własną odpowiedzialność.

      W Częstochowie studenci nie mają co liczyć na odrobinę prywatnej przestrzeni. Jak obce ciało są wszczepieni w tkankę mieszkalnego osiedla. Nie powinny więc dziwić konflikty miedzy nimi a innymi mieszkańcami. I właściwie żadna ze stron tak do końca nie jest winna.

      Czy da się coś z tym stanem rzeczy zrobić? Chyba nie. Nie ma szans by wokół naszych akademików stworzyć teraz miasteczka z prawdziwego zdarzenia. Tkanka miasta zarosła już zbyt gęsto. Przenieść akademiki gdzieś indzie? To chyba inwestycja zdecydowanie przerastająca częstochowskie uczelnie. Mamy więc pata.

      Z czym jeszcze kojarzy mi się hasło: miasteczko akademickie? W sposób oczywisty z klubami studenckimi, z akademickimi centrami kultury i różnymi zakręconymi inicjatywami. I znów mi żal naszych studentów. Słabnące na zdrowiu kluby „Filutek” i ”Rywal” ostatecznie zarżnęła prohibicja. Natomiast jak funkcjonuje ACK Politechnik, chyba nie muszę opowiadać. Już nawet nie marzę o działających w jego ramach studenckim radio czy prasie. Tam nawet jakiegokolwiek wydarzenia studenckiego trudno szukać.

      Oczywiście to nie tak, ze brak akademickiej infrastruktury, w całości odpowiada za stan żakowskiej kultury. Studenci powinni być akurat tą częścią społeczeństwa, która sprytem i brawurą pokonuje wszelkie niedogodności. Ale może gdyby to wszystko było lepiej ze sobą zgrane, lepiej funkcjonowało to inspirowałoby do jakiś kulturalnych/ społecznych studenckich działań.

      I tak oto dobrnęliśmy do puenty: Koniec prohibicji na dekabrystów – oczywiście TAK! Ale co dalej?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „JUVE, JUVE, JUVENALIA - KTO NIE PIJE TEN KANALIA ”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      czwartek, 26 maja 2011 13:35
  • poniedziałek, 23 maja 2011
  • sobota, 21 maja 2011
    • SŁABE ŻYCIE – MOCNA SZTUKA

      Potwory wlazły do szacownej świątyni sztuki. Naniosły tam brudu, rdzy i złomu. Artyści ulicy wkradli się do Miejskiej Galerii Sztuki w ubłoconych butach i wywrócili wszystko do góry nogami...

      Gdyby to wszystko sprowadzałoby się tylko do takiej prostej negacji, pachniałoby banałem. Na szczęście Monstfur wczorajszym wernisażem udowodnili, że są dojrzałymi artystami. Formuła street artu jest dla nich wyborem, a nie ograniczeniem. Dużo obiecywałem sobie po „Low Life”. A Wyszło jeszcze lepiej, niż się spodziewałem.

      Tak, tak - to piszę ja wieczny maruda i malkontent. Sztuki tworzonej z taką pasją i odwagą szukam i wyglądam w Częstochowie. Dajcie mi jej jeszcze więcej i więcej...

      To nie jest prosta sprawa pokazać sztukę ulicy w galerii. Takie zimne, oficjalne przestrzenie nie najlepiej sprawdzają się jako środowisko dla grafitti. Twórczości nieoswojonej, spontanicznej i często przypadkowej. Monstfur wybrnął z tego doskonale. Wtopił się, przystosował, a przy tym w pełni został sobą. Każdy element był przemyślany, dopieszczony i doskonale skomponowany. Te wszystkie blachy, złom były pokazane w świadomie wy-estetyzowanej formie (ach ten post postmodernizm). Momentami można było zapomnieć, że to sztuka żywiąca się post-indutrialnymi odpadkami. Jednak to my zapominaliśmy, publiczność, a natura tej sztuki pozostawała niezmienna.

      Dla mnie komunikat był jasny: nie ważne czy to uliczna partyzantka w jakimś zapomnianym miejscu, nie ważne czy wystawa w poważnej instytucji. Sztuka jest jedna, a wszelkie podziały, klasyfikacje i ideologie to tylko dodatkowa zabawa. Prawdziwi artyści radzą sobie w różnych sytuacjach.

      Ogromny szacunek dla chłopaków za ilość nowych prac które przygotowali specjalnie na tą wystawę. Monstfur lubi wielokrotnie posługiwać się tymi samymi szablonami. Mnożyć je w nieskończonej ilości modyfikacji. To robi wrażenie w przestrzeni miejskiej, gdy oswajają ją poprzez nadawanie jej graficznego rytmu. Bałem się jednak, że w galerii takie powielanie będzie po prostu nudne. Mirmiłowałem jednak zupełnie niepotrzebnie. Monstfur bardzo ostrożnie, z ogromnym wyczuciem, posługiwał się wczoraj powtórzeniem. Dopiero przy trzeciej rundce poprzez wszystkie prace, zacząłem wychwytywać ten delikatny rytm.

      Oczywiście jestem stronniczy. Ja po prostu lubię tą monstfurową narrację. Opowieść o korozji, niszczeniu, umieraniu i zapominaniu. Chłopaków interesuje to co na marginesie, poza horyzontem zdarzeń. Lubią miejsca gdzie czas się zatrzymał, a śmierć i tak tam zajrzała. Może to zaskakujące, ale ich twórczość jest w pewnym stopniu historyczna. To dotykanie PRLu, badanie go poprzez grzebanie w jego truchle. Odkrywanie jego śladów w naszej codzienności. To niezwykle ważne świadectwo tego jak młodzi dziś radzą sobie z systemowym przełomem. Przełomem który w niektórych ludzkich głowach trwa chyba nadal . Monstfur opowiada o człowieku poprzez przedmioty i miejsca. I tak mi się wydaje, że to wyjątkowo smutna opowieść jest. Choć na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać zupełnie inaczej.

      Dawno nie widziałem tak doskonałej wystawy w Miejskiej Galerii Sztuki. Gdyby wszyscy artyści wystawiający tutaj, wkładali tyle pasji i wysiłku w przygotowania. Jeśli ktoś miał wątpliwości czy Monstfur zasłużył na te wszystkie wyróżnienia, obecność w ważnych polskich i zagranicznych opracowaniach o street arcie, to po wczorajszej wystawie powinien się ich pozbyć.

      To było prawdziwe wydarzenie. Cieszy, że dopisała frekwencja. Wczoraj byłem dumny z mojego miasta.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „SŁABE ŻYCIE – MOCNA SZTUKA ”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      sobota, 21 maja 2011 20:43
  • piątek, 20 maja 2011
    • "WHAT BETTER PLACE THAN HERE, WHAT BETTER TIME THAN NOW?"

      Szczegółowy program Częstochowskiego Festiwalu Kultury Niezależnej FRYTKA OFF jest znany od kilku dni, a ja nadal jestem w szoku. Zaglądam sobie do niego co jakiś czas, przecieram oczy ze zdumienia i upewniam się, że to nie jakiś internetowy fake.

      Kurcze to naprawdę się dzieje „Czestochowa”, „Festiwal” i „Kultura Niezależna” w jednej nazwie. Na dodatek wygląda na to, że to nie będzie jedynie puste hasło. Impreza zapowiada się na bogato i to na kilku frontach.

      Takiego muzycznego zestawu jeszcze u nas nie widziałem: Pink Freud; Ścianka, Pustki, Tymon Tymański, Lao Che, Bajzel, Oszibarack. Plus cały zestaw elektroniki. Plus cały zestaw częstochowskich kapel. Zbiór doskonałych artystów, reprezentujących różne odcienie niezależnego grania. Wreszcie ktoś miał odwagę sięgnąć po muzyków z najwyższej półki.

      Dodajmy do tego prawdziwą gwiazdę teatru niezależnego, czyli Porywaczy Ciał z Poznania. Którzy nie tylko pokażą spektakl, ale też poprowadzą tygodniowe aktorskie warsztaty. Zresztą warsztaty będą również cyrkowe, breakdance i grafitti. Te ostatnie pod okiem częstochowskiego Monstfura i warszawskiego Simpsona.

      FRYTKA OFF to święto przestrzeni miejskiej i ta przestrzeń ma być zdecydowanie, artystycznie zainfekowana. Kolorowymi, kuglarskimi korowodami, trawiastymi instalacjami, świetlnymi działaniami.

      Takie rzeczy u nas w mieście. Na dodatek całkowicie za free. Szok!

      Wiadomo organizatorom zapewne przyjdzie zapłacić frycowe. Nikt jeszcze u nas nie porywał się na tego typu imprezę, więc pewna ilość wpadek jest nie do uniknięcia. Najbardziej boje się o miejsce. Jak na ulicy Piłsudskiego uda się wykroić przestrzeń na wszystkie te działania? Jak zareagują pobliscy mieszkańcy na takie natężenie dźwięków, barw i artystycznych eksperymentów? Nie będę pisał dalej, bo może ktoś z organizatorów czyta, a ostatnie co bym chciał zrobić to dodawać im stresa.

      Znany jestem z tego, ze moja wiara w Częstochowę jest marnych rozmiarów. Trudno mi uwierzyć w gruntowe przemiany i dobre perspektywy. Tym bardziej, to co teraz napiszę ma swoją wagę: jeśli faktycznie coś w kulturowym naskórku naszego miasta ma się zmienić to właśnie teraz. Jeśli FRYTKA OFF nie będzie punktem przełomowym, to nie wiem co mogło by nim być. Marzy mi się, żeby po tegorocznym czerwcu sprawy potoczyły się lawinowo. By głos młodych w lokalnej kulturze, zaczął być słyszalny. Żeby udało się zdecydowanie przekroczyć tą alternatywę: sacrum albo biesiada. By sztuka regularnie wylewała się z galerii, muzeów na ulicę, I przede wszystkim, żeby tysiące częstochowian przekonało się, że w Częstochowie również się da. Może to jest sposób by młodzi nie uciekali ze swoimi pomysłami i talentami w Polskę. Wiadomo taki proces potrzebuje czasu, ale kiedyś musi się zacząć.

      Naiwne emo? Może. Ale gdyby ktoś dwa lat temu powiedział mi, ze marzy mu się impreza plenerowa na którą Urząd Miasta ściągnie Pustki, Ściankę i Pink Freudów, teatry niezależne oraz artystów ulicznych, to uśmiałbym się do łez. Teraz mogę tylko powiedzieć: dzięki, że ktoś o tym marzył.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „"WHAT BETTER PLACE THAN HERE, WHAT BETTER TIME THAN NOW?" ”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      piątek, 20 maja 2011 09:11
  • środa, 18 maja 2011
    • NOTKA KTÓREJ MIAŁO NIE BYĆ

      Naprawdę miałem w tym roku nie pisać o juwenaliach.

      Temat częstochowskich studentów to otchłań bez dnia, a jego zgłębianie jest dość monotonne. Ile można w kółko narzekać, że nic się nie dzieje, nic się nie zmienia, a pewnie najgorsze jeszcze przed nami. Oczywiście są pojedyncze przypadki fajnej studenckiej aktywności, ale w szerszym obrazie nikną one w natłoku przeciętności. Aż się zaczynam zastanawiać, czy odgradzanie miasteczka akademickiego siatką to nie jest po prostu próba przykrycia wstydliwego miejsca.

      W zeszłym roku podczas święta studentów, można było dojrzeć jakieś obietnice zmiany. Świetny pomysł z otwieraniem metra w przejściu podziemnym, piętrowy autobus szalejący po mieście, zjazd na byle czym… Niestety w tegorocznym harmonogramie jest takich smaczków zdecydowanie mniej. Nie zdecydowano się kontynuować drogi w tym całkiem obiecującym kierunku. Nie wiem, może to ja się postarzałem. Może dzisiejsi studenci mają zupełnie inne definicje dobrej zabawy. Ale jak patrzę na programy w innych miastach, to odnoszę wrażenie, że aż tak wiele się jednak chyba nie zmieniło. 

      I naprawdę nie chciałem o tym wszystkim pisać. W końcu kiedyś trzeba się pozbyć gęby lokalnego malkontenta i marudy. Może to jeszcze nie ten etap, żeby do zachwytu wystarczał mi fakt, że jakieś tam koncerty są, imprezy są i nawet maraton filmowy się przydarzy. Ale patrząc bez emocji uczciwie trzeba przyznać, że bywały lata, gdy było dużo, dużo gorzej. W związku z tym chciałem się po prostu nie odzywać, bo uznałem, że tak będzie najuczciwiej.

      Niestety nie wytrzymałem. Trafiło mnie, gdy zobaczyłem jak się w Internecie promuje Juvenalia.

      Istne szaleństwo. Koncert legendy polskiego rocka. Sam Pan Prezydent poleca.

      Ech… Ktoś tu wyjmuje na pierwszy plan najsłabszy punkt częstochowskiego święta studentów, czyli braku dobrych, ogólnopolskich gwiazd muzycznych. Rozumiem promocja pozytywnego wizerunku na przekór wszystkiemu, ale nawet przy tym zachowajmy zdrowy rozsądek. Czy jest ktoś, kto uwierzy, że oto masową wyobraźnie studentów rozbudza koncert dinozaurów polskiej estrady? Przecież oni mają po 60 lat i ostatnią dobrą płytę nagrali, jak jeszcze dzisiejszych studentów nie było na świecie. Brak słów.

      Mam tylko nadzieję, ze przed Dniami Samorządu nie czeka nas nabijanie bębenka, że oto czeka nas muzyczna uczta na najwyższym poziomie, czyli koncert Formacji Nieżywych Schabów.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „NOTKA KTÓREJ MIAŁO NIE BYĆ ”
      Tagi:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      środa, 18 maja 2011 14:56
  • niedziela, 15 maja 2011
    • NIEBO GWIAŹDZISTE NADE MNĄ...

      To wcale nie chodzi o to, żeby co tydzień w Częstochowie były wielkie festiwale, przeglądy czy wystawy najsłynniejszych artystów. Nie chodzi o olbrzymie budżety dla lokalnych instytucji kultury i jakiś barokowy budżet. Marzy mi się, żeby w mieście była dobra aura dla wzrostu kultury. A na taką aurę składają się te wszystkie drobne wydarzenia, które pojedynczo mogą umykać, ale jak je się zestawi to stanowią siłę. Te wszystkie kredki, kury, ramki, etno*ce i koncerty w planetarium.

      Kamila Misiak robi coś niesamowitego. Znalazła atrakcyjną formę, by zarażać swoją muzyczną pasją innych i konsekwentnie to realizuję. Obserwatorium to nietypowe miejsce na koncert, muzyków których tam zaprasza też raczej nie usłyszysz w radio i tv. I wszystko to razem świetnie do siebie pasuje. „Koncert w planetarnej aurze” to taki daktyl, egzotyczny smaczek w kulturalnym menu miasta. Ciekawostka na której wszyscy powinni choć raz się pojawić i popróbować. A nuż się spodoba i będzie się chciało więcej.

      Ja po wczorajszej odsłonie z pewnością się jeszcze kiedyśskuszę. To było ciekawe doświadczenie – coś jak kosmiczna taperka. X-NAVI:ET i ELECTRIC URANUS grali dźwiękami kosmosu, harmonizowali i dysharmonizowali różne pozaziemskie odgłosy: sonary, rozmowy astronautów, itp. Hipnotyzująco to wyszło i poczułem się estetycznie dopieszczony. Może płyty bym sobie nie kupił, ale z wizualnym obrazem świetnie to razem zagrało. Dla mnie to było jak wyprawa w nieznane. Dźwięki nowe, inne, obce. Podobnie wizualizacji. Niby to wszystko były naukowe prezentacje, ale dla mnie ignoranta, w większości wyglądały jak jakiś surrealistyczny sen. Szybko wpadłem w trans, a moja świadomość zaczęła się wyrywać ku bezkresowi wszechświata. Aż czułem się momentami nieswojo i trzeba było się do porządku przywoływać.

      Koncert nie dla wszystkich, ale przecież o to chodzi żeby zapełniać jak najwięcej nisz. To jest sposób, by kulturalnie ożywić to miasto i jak chcę takich eventów jeszcze więcej i więcej. Po wczoraj jeszcze bardziej się cieszę, że Kamila została wyróżniona podczas Poligonu Kulturalnego i mam nadzieję, że konsekwentnie będzie zapełniać planetarium AJD dźwiękami.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      niedziela, 15 maja 2011 15:59
  • sobota, 14 maja 2011
    • IN-OUT BOOK

      Gdy tak sobie od czasu do czasu narzekam, że w Częstochowie pokazuje się tylko malarstwo, fotografie i z rzadka rzeźbę, to wzdycham do takich artystycznych przedsięwzięć jak „Krótka historia przypadku”. Od dziś można ją oglądać w MGSZ. Instalacja, książka przestrzenna, wyzwanie dla widza, który albo podejmuje grę, albo ucieka zniesmaczony. Mały, ale orzeźwiający powiew twórczości nowoczesnej, szukającej nowych środków wyrazu. Praca może nie najnowsza, bo swoją premię miała w 1997r., ale wciąż pokazywane są jej kolejne, udoskonalone odsłony. Ostatnio można ją było zobaczyć chociażby w krakowskiej Galerii Korporacji Ha!art, a teraz jest u nas w mieście

      Autorka Małgorzata Dawidek Gryglicka, wychodząc od koncepcji internetowego hipertekstu, buduje przestrzeń gdzie słowa i znaczenia tworzą skomplikowaną pajęczynę. Wciela wirtual w real. Fragmenty tekstu przytwierdza do ściany i łączy je materialnymi linkami. Widz może wejść do środka książki i przekonać się jak ciężką pracą jest podążanie za fabułą i odkodowywanie sensów. Odczytanie jako wysiłek fizyczny.

      We wnętrzu przestrzeni tekstu zaczyna się zabawa: skłony, przysiady, wygięcia. Prawdziwa gimnastyka i wyzwanie. Gdy kilka osób równocześnie bawi się w tę grę widok jest niezwykły. Prozaiczna czynność czytania, nagle staje się zbiorowym rytuałem, pokręconym tańcem owadów złapanych w pajęczynę. By nadążyć za tekstem trzeba być cały czas skupionym, a w takich warunkach nie jest to łatwe. Fabuła zaś opowiada o pewnym przypadkowym spotkaniu i poszukiwaniach...

      Praca może nie zachwyca wizualnie (taki „przekrój techniczny” hipertekstu), ale nie musi, nie o to chodzi. Jej sens odkrywamy gdy się w nią zaangażujemy, podejmiemy wyzwanie jakie przed nami stawia. Estetyczna atrakcyjność odsłania się dopiero w działaniu. Lubię takie prace.

      Żeby jednak nie było tak słodko, trzeba powiedzieć o szerszym kontekście tej wystawy, który psuje trochę humor. Otóż rozpoczyna one 9 Dni Książki w naszym mieście.

      Zaskoczeni? Ja też byłem. Zero informacji w mediach, internecie, zero plakatów. Na taki poziom promocji brakuje słów. Program, jakości komputerowego druku, wpadł mi w ręce dopiero wczoraj. Właściwie w dzień inauguracji imprezy [Choć zależy jak na to spojrzeć. Na logikę impreza rozpoczęła się wczoraj wraz z otwarciem pierwszej wystawy. Natomiast organizatorzy upierają się, ze start jest 16 maja, kiedy to w Bibliotece będzie można zobaczyć fascynującą wystawę „Jubileusze częstochowskich czasopism” -strach się bać. Jądro programu czyli spotkania z pisarzami zaczynają się dopiero 18 maja. Informacja przez dezinformację].

      Sam program jest wyjątkowo skromny. Interesująco zapowiada się spotkanie z Michałem Rusinkiem i Jackiem Hugo-Baderem, ale poza tym jest wyjątkowo skromnie, nudno i zupełnie bez polotu. Aż odechciewa się czytać książek. Pamiętam jak rok temu narzekaliśmy na częstochowskie pomysły na Dni Książki. Tym razem jest jednak jeszcze gorzej. Impreza zwija się w sposób błyskawiczny. Jeśli to ma podążać w tym kierunku, to chyba lepiej dać sobie spokój. Można od czasu do czasu zorganizować jakieś spotkanie autorskie, fajną wystawę z literackim tłem. Ale żeby wypełnić hasło „Dni Książki” to trzeba mieć jakąś konkretną koncepcję. Wygląda na to, że my w Częstochowie takowej nie mamy. Smutne.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      sobota, 14 maja 2011 08:16
  • piątek, 13 maja 2011
  • czwartek, 12 maja 2011
    • MERKURY NIEPOKONANY

      Tak to jest zaprosić do miasta kogoś z boskiego panteonu, to potem nie sposób go ruszyć. Częstochowski Merkury, gdy powstawał w 1975 r., był gwiazdą. Niestety szybko i brzydko się zestarzał, podobnie jak cała socrealistyczna estetyka. Został klasycznym „strachem miejskim” i nawet wygrywa różne plebiscyty w tej kategorii.

      A miało być tak pięknie, gdy obiekt został w 2006 r. kupiony przez polsko-amerykańską spółkę. Galeria Częstochowa, perła architektury, estetyczna wizytówka… itd. Wygoniono kupców, którzy tam handlowali i już, już miała się zacząć rozbiórka. Od tego czasu można śledzić tylko różne tytuły prasowe: „ Merkury straszy i czeka na wykonawcę”, „Merkury rośnie – na papierze”, „DH Merkury nie do ruszenia”, „Merkury stoi, straszy i straszyć będzie”. Zmieniały się terminy, plany i pozwolenia na budowę. Aż w końcu ktoś przyznał, że nie zmieni się nic. Podobno kupcy już szykują się do powrotu, a znając życie to gmach nie doczeka się nawet drobnego liftingu.

      Merkury nie dał się ruszyć. Chwała lokalnym bohaterom!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      czwartek, 12 maja 2011 12:13

Kanał informacyjny

szablonowe serca: MONSTFUR