CZĘSTO LOVE CHOWA

Wpisy

  • piątek, 25 kwietnia 2014
    • SŁOWIAŃSKI KUNG-FU WESTERN

      Prawda jet taka, że straciłem już nadzieję na finał historii Kniaziówny Eryki. W końcu to już dwa lata na blogu Banzaja panowała całkowita cisza. Trochę się bałem, że Gino połamał wszystkie ołówki i wyruszył na Jurę Krakowsko-Częstochowską, by tam walczyć ze złymi rewolwerowcami, klanem Nin-Jah i zaległymi zleceniami...

      Na szczęście (WTEM!) sytuacja całkowicie się odmieniła. Okazało się bowiem, że Gino ma PLAN! Chce zebrać wszystkie stworzone do tej pory planszy, dorysować brakujące i elegancko wydać album na papierze. Piękny plan! Teraz tylko wystarczy go wesprzeć i doczekamy się wreszcie pełnokrwistego albumu komiksowego częstochowskiego artysty. Kniaziównę Erykę można wesprzeć TU! Dobra wiadomość jest taka, że udało się zebrać ponad 80% potrzebnej sumy - gorsza, że na zebranie brakujących 20% zostało już tylko 9 dni. Dlatego apeluje do wszystkich potencjalnych czytelników bloga: WSPIERAJCIE!

      O tym, że jestem fanem wszelkiej twórczości Gino piałem już nie raz (na przykład TU i TU), dlatego nie będę się powtarzał piejąc z zachwytu nad klimatami słowiańskiego westernu kung-fu. Ale odświeżyłem sobie ostatnio wszystkie plansze Kniaziówny Eryki i to naprawdę doskonały materiał, świetna historia. Lekko napisana, z niepowtarzalnym humorem i doskonale narysowana. Gino bawi się w łamanie gatunkowych konwencji z dużym wyczuciem, dając czytelnikom sporo frajdy. Rzecz zdecydowanie warta papieru.

      Poza tym Gino jest w tym momencie chyba jedynym reprezentantem częstochowskiej sceny komiksowej (bardzo chciałbym się tu mylić, więc jeśli ktoś, coś wie to proszę o info). Co gorsza jest reprezentantem od pewnego czasu w stanie spoczynku. Dlatego wesprzyjmy jego projekt na PolakPotrafi i zmuśmy go w ten sposób do wydania albumu. A potem zmuśmy go do wydania kolejnego i kolejnego i kolejnego...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      piątek, 25 kwietnia 2014 12:28
  • poniedziałek, 21 kwietnia 2014
    • POPKULTUROWE PRZYJEMNOŚCI

      Oczywiście można udawać, że kultury popularnej nie ma, albo, że to zjawisko nieistotne. Można również ją demonizować i oskarżać o wszelkie zło tego świata: upadek obyczajowości, lenistwo młodych, agresje na ulicach i wojny. Nie zmieni to jednak faktu, że żyjemy w świecie kulturowo zdominowanym przez seriale, gry komputerowe, internet i proste interfejsy. Dlatego warto czasem przyłożyć do tego wszystkiego akademickie „szkiełko i oko” i poszukać mechanizmów, według których to współcześnie działa.

      Popkulturowe przyjemności to cykl spotkań w Willi Generała, podczas których przyglądamy się i rozmawiamy o tym, co w kulturze „niskie”, „masowe” i „popularne”. Zastanawiamy się, czy faktycznie żyjemy w czasach, gdy takie aksjologiczne podziały kultury straciły na aktualności i czy kulturze wypada być rozrywkową, komercyjną i przyjemną.

      W najbliższy czwartek czekają nas wyjątkowe Popkulturowe przyjemności, bo przyjedzie wyjątkowy gość. Mirosław Filiciak to medioznawca i dyrektor Instytutu Kulturoznawstwa SWPS. Jest zastępcą redaktora naczelnego mojego ulubionego akademickiego periodyku „Kultury Popularnej” (dziś niestety ostatecznie przeniosła się ona do sieci, ale jej archiwalne papierowe numery, zajmują wyjątkowe miejsce na moim regale), współtwórcą projektu „Kultura 2.0” i polskim specjalistą od wszystkiego co w popkulturze „fajne”. Bada fenomen gier komputerowych (był twórcą i redaktorem tomu „Światy z pikseli. Antologia studiów nad grami komputerowymi” i autorem monografii „Wirtualny plac zabaw. Gry sieciowe i przemiany kultury współczesnej”), telewizyjne seriale (współredaktor antologii „Post-soap. Nowa generacja seriali telewizyjnych a polska widownia”) i przemiany jakim ulega cała telewizja dziś („Media, wersja beta : film i telewizja w czasach gier komputerowych i internetu”, „Zmierzch telewizji? Przemiany medium”). Tak, zgadza się, to takie kulturoznawstwo dla nerdów. A tak zupełnie na poważnie trzeba przyznać, że dziś gdy studenci piszą pracę o kulturze popularnej, nowych mediach, to w bibliografii obowiązkowo muszą mieć kilka publikacji Mirosława Filiciaka. To ścisły kanon w tym obszarze badań.

      Internet i cyfrowe technologie zazwyczaj postrzegane są jak totalna rewolucja, która zupełnie zmieniła zasady funkcjonowania kultury. Jednak podczas najbliższych popkulturowych przyjemności Mirosław Filiciak będzie pokazywał, że to nie do końca tak. Że pewne modele funkcjonowały w kulturze już wcześniej, a nowe media tylko wzmocniły je i wysunęły na pierwszy plan. Na przykład w sposobie funkcjonowania magnetowidów w czasach PRL, łatwo można dojrzeć pewien model, który dziś obowiązuje w erze cyfrowej wymiany plików.

      Zatem wszystkich, którzy chcą się pobawić w taką niezwykłą archeologię mediów zapraszam w czwartek o g. 19:00 do Centrum Promocji Młodych (al. Wolności 30).

      Ja na samą myśl cieszę się jak dziecko i podekscytowany czekam na to spotkanie od kilku miesięcy!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 21 kwietnia 2014 10:06
  • czwartek, 03 kwietnia 2014
    • KINO NIEBIESKIEGO/ZIELONEGO EKRANU

      Trzeba być czujnym. Fajne eventy zdarzają się często w różnych miejscach o nieoczywistych porach. Tym razem pozostać czujnym pozwoliło jurajskie.info i niezawodna Ola – od nich dowiedziałem się o wczorajszym wykładzie profesora Andrzeja Gwoździa na AJD. Wielkie dzięki, bo gdybym przegapił wizytę w Częstochowie śląskiego speca od filmu i nowych mediów, to plułbym sobie w brodę. Po studiach zostały mi w głowie nazwiska kilku speców z tej dziedziny, których publikacje staram się w miarę możliwości śledzić. Oczywiście prof. Gwóźdź jest na tej liście. Dlatego przegapić jego wykład byłoby złamaniem własnych zasad.

      Co więcej profesor przyjechał na zaproszenie częstochowskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Filozoficznego, zatem wreszcie udało mi się zobaczyć lokalne środowisko branżowe. No i miałem też okazję przyjrzeć się wreszcie nowemu budynkowi Wydziału Nauk Społecznych AJD – kurczę robi wrażenie. Elegancko, nowocześnie, pomieszczenia nieźle osprzętowane, sama przyjemność studiować. Propsy.

      Na samym wykładzie zaś okazało się, że jednak stęskniłem się za akademicką formą. Brakuje mi jej na co dzień. Tego specyficznego przeładowania terminologicznego, dyskusji które trwają dłużej niż sam wykład, konfliktów między naukowymi osobowościami, postaci które nie przepuszczą żadnej okazji i zamiast zadawać pytania, dzielą się swoimi teoriami, osób które zadają pytania nie na temat. Chyba po prostu lubię taki tygiel, bo często coś dobrego z niego wynika. Tym razem sama dyskusja mocno rozjaśniła wykład i gdyby jej nie było chyba właściwie bym go nie zrozumiał...

      Bo profesor Gwóźdź, roboczo nazywając pewne zjawisko „kinem dizajnu”, wziął na warsztat kino, które w coraz mniejszym stopniu rejestruje rzeczywistość, a coraz bardziej kreuje ją od zera. Przy pomocy komputerowych efektów, zmniejsza się rola różnych tradycyjnych części filmowego rzemiosła: scenografii, rekwizytów, kostiumów, a nawet aktorów. Współczesne kino rozrywkowe zmierza ku swoistej animacji i prof. Gwóźdź pyta co z tego wynika. Słusznie chyba zauważa, że kino w erze estetyki cyfrowego nadmiaru potrafi więcej pokazać niż ukryć. Namawia, by patrzeć i chłonąć, a odwodzi raczej od prób rozumienia. Profesor Gwoźdź twierdzi, ze skoro wszystko jest podane od razu, na zasadzie siatkówkowej błyskawiczności, to gubimy w kinie proces wyobrażania sobie. Jeśli dobrze zrozumiałem, jego zdaniem, kiedyś w kinie wyobraźnia musiała pracować pełną parą, a współczesne kino dizajnu wyobraźnię usypia. Bo tam już jest wszystko podane na tacy. Zgrabne symulakrum, które jest atrakcyjniejsze od prawdziwej rzeczywistości.

      No i gdyby tu się rzecz urwała, wyszedłbym z wykładu z poczuciem dużego niedosytu i zdziwienia. Bo jak to, profesor, który na temacie filmu i nowych mediów zjadł już zęby – nagle wchodzi na apokaliptyczne tony, że źle się dzieje. Że przed wojną to było kino, a teraz to szkoda gadać.

      Na szczęście później była dyskusja, która uświadomiła mi, że to jednak ja nic nie zrozumiałem (czasem miło jest sobie uświadomić, że się nie rozumie). Bo to zupełnie nie chodziło o aksjologiczne ujęcie (mirmiłowanie było didaskaliami), lecz o pionierską, metodologiczną wyprawę w nieznane. Profesor Gwóźdź postanowił się zabrać za temat, którego filmoznawcy raczej unikają. Nie mają odpowiednich narzędzi, by właściwie opisać to kino, które zamiast rejestrować rzeczywistość raczej ją kreuje od zera. To dla nich coś zupełnie nowego, czują się bezradni,więc wolą raczej zbyć krótkim: szmira, gra komputerowa, banał, niż spróbować opisać nowe zjawisko. A prof. Gwóźdź mówi: sprawdźmy to, zobaczmy gdzie to idzie. Jakie drzwi to zamyka, a jakie otwiera. Fakt, daleka jeszcze droga do diagnoz jakie nowe perspektywy przed kinem otwiera ta cała rewolucja... Miałem napisać technologiczna, no ale właśnie rzecz w tym, że ona jest nie tylko technologiczna. Bo oto zmienia się status ontologiczny postaci filmowych, miejsc, przedmiotów. Poważna sprawa! Będę z niecierpliwością wyglądał, co tam docelowo prof. Gwóźdź o tym wszystkim napisze i gdzie go to zaprowadzi

      Pobudzająca intelektualnie była ta wczorajsza wizyta na AJD. Inspirująca. Różne kwestie usadowiły mi się teraz z tyłu głowy, zobaczymy kiedy wyskoczą. Dobrze jest robić sobie od czasu do czasu taką gimnastykę umysłu. Brakuje mi tego na co dzień.

      A prawda jest taka, że cała ta notka powstała tylko dlatego, żebym mógł sobie wrzucić zdjęcie Marva (uwielbiam Marva!!!). Tutaj mam pretekst, bo „Sin City” jest sztandarowym przykładem gwoździowego kina dizajnu. Co więcej, przykładem, który otwiera dużo drzwi...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      czwartek, 03 kwietnia 2014 21:47

Kanał informacyjny

szablonowe serca: MONSTFUR