CZĘSTO LOVE CHOWA

Wpisy

  • wtorek, 05 marca 2013
    • PŁYNNA TOŻASMOŚĆ

      Fajny film wczoraj widziałem... Znaczy się teatr... Dokładnie to teatr w filmie, w teatrze. A najdokładniej to w Teatrze im. Adam Mickiewicza oglądałem filmową rejestrację spektaklu „ID” w reżyserii Marcina Libery. W ramach pierwszej odsłony „TV.TEATR.INTERPRATACJE”, czyli podglądania Ogólnopolskiego Festiwalu Sztuki Reżyserskiej "Interpretacje".

      Przedstawienie może jakoś mną szczególnie nie wstrząsnęło, nie odmieniło mojego życia - ale podobało mi się. Przede wszystkim dlatego, że bardzo miło skojarzyło mi się z książką „Kieszonkowy atlas kobiet” Sylwii Chutnik. Tam też było o płynnej tożsamości, o genderowych komplikacjach i też było sporo reportażowego ducha. Z tym, ze Libera patrzy na tożsamość trochę szerzej. Bo oto mamy dwie podstawowe historie: Sylwina, żydowskiego tancerza, który po utracie na wojnie ukochanej siostry bliźniaczki staje się transwestytą i próbuje zachować w swoim ciele część duszy siostry oraz Heidi, enerdowskiej pływaczki, która od najmłodszych lat faszerowana sterydami zatraca swoją płeć. I tu klucz jest prosty: płeć, gender, trauma. Libera dodaje jednak element trzeci. Historię Marii od cegieł, przodowniczki pracy, prawdziwej socjalistycznej super baby, która po upadku komunizmu staje się nie wiadomo kim, jej tożsamość się rozpuszcza. I tym zestawieniem przedstawienie wygrywa. Bo nagle widać, że w opowieściach Sylwina i Heidi nie chodzi tylko o gender czy sex. Widać jak w to wszystko wpleciony jest większy kulturowy system. W drugą stronę tez to zadziałało, bo u Marii w takim układzie nagle płeć okazuje się znacząca.

      Swoją wagę ma również fakt, że to nie są wymyślone postacie, historie. W końcu sztuka została stworzona na podstawie reportaży. Dlatego też scenicznie jest ona taka surowa, historie muszą wybrzmieć swoją własną siłą. Żeby nie wyszło jednak zbyt reportażowo, Libera miesza dodatkowo na scenie tożsamości postaci i aktorów. Pozwala im swobodnie przepływać. Całkiem przekonująco to wszystko zostało poskładane.

      Wczoraj dyrektor Dorosławski pytał czy pomysł „teatru telewizji w teatrze” się podoba? Zatem odpowiadam: mnie podoba się bardzo.

      Myślę sobie, że w przypadku kultury zawsze lepiej jak jest jej więcej niż mniej. Wiadomo, marzyłoby się, żeby do Częstochowy przyjeżdżały najlepsze i najważniejsze spektakle, żeby można sobie na żywo śledzić to co dzieje się w polskim teatrze aktualnie. No ale tak dobrze to nikt nie ma. Budżety, priorytety, ludzie... czyli tzw. proza życia. Jednak takie inicjatywy, jak wczoraj to miłe przełamanie rutyny. Budowanie łaknienia na teatru w widzu, przekraczanie ograniczeń i atrakcyjny patent na wychowanie sobie publiczności. Oczywiście prezentacja rejestracji video, nigdy nie zastąpi prawdziwego przedstawienia, ale też ma swój niewątpliwy urok. Ja bardzo lubię takie nieoczywistości.

      Tym razem chyba wszystko wyszło trochę przy okazji. Miasto nawiązało współpracę z katowickim Ogólnopolskim Festiwalem Sztuki Reżyserskiej "Interpretacje" i naszemu teatrowi trafiła się szansa pokazania filmowych rejestracji kilku nagradzanych podczas „Interpretacji” spektakli. Trzymam kciuki, żeby ta inicjatywa się rozhulała i zadomowiła na dobre. Niedawno na naszą scenę wróciła tradycja czytania dramatu to i może taka filmowa formuła byłaby zacnym uzupełnieniem standardowego repertuaru.

      Tymczasem kolejne pokazy „TV.TEATR.INTERPRATACJE” 8 kwietnia ("Sprzedawcy gumek" z teatru IMKA z Warszawy, reż. Artur Tyszkiewicz); 20 maja ("III Furie" z Teatru im. Modrzejewskiej w Legnicy, reż. Marcin Liber) oraz 17 czerwca ("Odpoczywanie" z teatru Łaźnia Nowa w Krakowie, reż. Paweł Passini)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      wtorek, 05 marca 2013 17:06
  • niedziela, 03 marca 2013
    • DZIKOŚĆ SERCA

      Dziś sobie pozwolę o jazzie, choć właściwie nie jestem przygotowany, żeby jazzu dobrze słuchać, a co dopiero o nim pisać. Jazz podsłuchuję sobie jedynie z pozycji profana. Zawsze wtedy, gdy chcę dojść do ładu z ciemną stroną mojej głowy. Z tym wszystkim co w niej asymetryczne, dysharmonijne i poplątane. Takie wyprowadzanie id na spacer. Czyli właściwie nie próbuję słuchać jazzu, czy go zrozumieć, a jedynie szukam frajdy w podpięciu się pod jego dziką, walniętą energię. No ale chyba tak też można.

      Tłumaczę się, bo jeśli ktoś szuka profesjonalnej recenzji dzisiejszego koncertu Tie Break z Michałem Urbaniakiem, to ja raczej nie podołam. Znając życie, to odmaluję prędzej jakiś emocjonalny, prosty rebus. Oczywiście mógłbym sobie też odpuścić, no ale przecież tego bloga mam po to, by wylewać swoje emo, a dzisiaj zebrało się go całkiem sporo.

      Tie Break znam tak sobie. Z racji wieku nie załapałem się na szczyt jego popularności, to i też powoli go odkrywałem. Najpierw gdzieś przypadkiem przybłąkała się sama muzyka, potem dopiero zorientowałem się, że to częstochowska kapela i gra tam Ziut Gralak, Pospieszalscy i Yanina Iwański. Dawałem się oczarować, ale nigdy nie wpadłem po uszy. Zresztą to nie zespół, który na co dzień leci w radio, a płyty zalegają w sklepach muzycznych. Trzeba się trochę wysilić żeby do niego dotrzeć. Ja to robiłem nieśpiesznie, lecz konsekwentnie.

      Wiadomość, że Tie Break zagra w częstochowskiej filharmonii z Michałem Urbaniakiem zdrowo pobudziła moje emocje. Szansa, żeby usłyszeć kilku muzyków, których bardzo lubię razem na scenie z prawdziwą legendą - nie mogłem tego przegapić.

      A teraz w mojej głowie wrze.

      Było fantastycznie. Ze sceny szarpało, dręczyło, kopało, leciały kłaki i wiało grozą. Ktoś mi włożył palec do ucha i perfidnie grzebał w mózgu (katharsis?). Momentami wyłączałem się, dałem się hipnotyzować i byłem na sali sam. Sam na sam z muzyką. Która mnie szarpała, dręczyła, kopała, wyrywała kłaki i przynosiła duuużo, duuużo radości.

      Strasznie mnie bujało podczas całego koncertu, więc wszystkich moich sąsiadów, których to denerwowało, niniejszym przepraszam.

      Wychodziłem z filharmonii zmęczony psychicznie, ale tak w dobrym sensie zmęczony. Jak po porządnej terapii. Duch lżejszy.

      No i zgodnie z przewidywaniami, wychodzi na to, że nie mam zbyt wiele do powiedzenia o jazzie … Ale i tak musiałem to z siebie wyrzucić.

      Choć może jeszcze na koniec myśl natury ogólnej. Co tez porobiło się z tym światem, że taka muzyka (zarówno Tie Breaku jak i w ogóle jazz) trafiła na salony. Taka nieuczesana, niemieszcząca się w mundurku, dzika, gorsząca i rewolucyjna. A tu teraz kultura wysoka, świat elit i wszystkie światła reflektorów. Ciekawe czy za 20 lat, podobnym wydarzeniem będzie koncert w filharmonii chłopaków z Ego z gościnnym udziałem, dajmy na to Noona i jego podkładów. Czy też przyjdzie śmietanka towarzyska miasta i rozejdą się wszystkie bilety. W sumie chciałbym.

      Dobra kończę, bo muszę skupić się na skrzypcach Urbaniaka, które ciągle grają w mojej głowie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      niedziela, 03 marca 2013 21:45

Kanał informacyjny

szablonowe serca: MONSTFUR