CZĘSTO LOVE CHOWA

Wpisy

  • wtorek, 30 listopada 2010
    • KING KONG

      źródełko

      W Częstochowie nie jest łatwo. Jasna Góra ma swoje zalety, ale z drugiej strony miasto permanentnie znajduje się w jej cieniu. Może to zmęczyć i człowiek miałby czasami ochotę po prostu odwrócić się do Klasztoru plecami. Niestety wtedy przed oczami wyrasta mu ten potworny komin! Koszmar.

      Gdy Gaude Mater zaczęło rozsiewać wici, że zbiera pomysły na przyszłoroczną edycję Nocy Kulturalnej, od razu skojarzyłem, że pięknie byłoby w jakiś sposób zagospodarować to industrialne monstrum. Zaatakować go artystycznie.

      Joanna Rajkowska chce w Poznaniu przebudować nieczynny komin na Minaret. Ma z tym olbrzymi kłopoty, więc zapewne w Częstochowie nie przeszłoby to tym bardziej. Chyba nie jesteśmy gotowi na takie religijne prowokacje. Z tego samego powodu, nie przeszedłby pomysł obudowania komina repliką jasnogórskiej wieży… Szkoda, to byłby bardzo wymowny gest: częstochowskie aleje z Jasnymi Górami na obu krańcach.

      No ale przecież można tez bez ideologii. Na przykład postawić na popkulturowe nawiązania i umocować na kominie olbrzymią figurę King-Konga!!! Wielka małpa, którą widać z prawie każdego punktu w centrum. Myślę, że jest to na tyle niepoważny i absurdalny pomysł, że może odrobinę udałoby się zrobić wyłom w tym obrazie Częstochowy jako śmiertelnie poważnego i  rozmodlonego miasta. Już widzę te foldery reklamujące miasto, z jednej strony „duchowa stolica polski”, a z drugiej hasło: „mamy największą małpę na świecie”.

      Pomysł z pewnością z tych wyjątkowo kosztownych i niezbyt inteligentnych, ale co zrobić gdy to miasto samo prowokuje absurdalne i ekstremalne rozwiązania.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „KING KONG”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      wtorek, 30 listopada 2010 11:26
  • poniedziałek, 29 listopada 2010
  • czwartek, 25 listopada 2010
    • BOHATER ZNÓW SIĘ SPOCIŁ, W POSZUKIWANIU MOCY

      Już gdzieś się przyznawałem, że gdy do kogoś się muzycznie zrażę, to potem wyjątkowo trudno mnie przekonać. Czasem jednak niektórym kapelom się udaje, ostatnio Dick4Dick. W okolicach ich debiutu, kilka krotnie próbowałem się z nimi zapoznać, ale raczej z kiepskim efektem. Dookoła słychać było sporo głosów zachwytu, a mnie ten materiał i z płyty i na koncercie po prostu męczył. Niby wszystko było fajnie: odpicowany muzyczny warsztat, odjechane poczucie humoru – ale ja czułem się jakby ktoś w kółko opowiadał mi jeden i ten sam dowcip. Drażnił mnie ich sceniczny image. Nawet przy okazji ich zeszłorocznego koncertu, pisałem na blogu, że chyba po prostu nie jestem ich targetem.

      A tu w między czasie niespodzianka. Ich album „ Summer Remains” w sumie przypadkiem znalazł drogę do mojego odtwarzacza i przez pewien czas nie chciał z niego wyjść (a takie okupacje zdarzają się niestety coraz rzadziej). Okazuje się, że za personalnymi zmianami poszły też zmiany na pozostałych polach. Na wierzch wypłynęło to co mi się podoba (świetna muzyka, niezły potencjał tekstowy), a trochę na drugi plan to co mnie drażniło (czerstwa zgrywa).

      Jest na tej płycie kilka naprawdę smakowitych rodzynków. Na przykład taki:

      Teraz chłopaki wydali nową płytę. Jeszcze nie słuchałem, mam nadzieję, ze równie zacna. Zapewne będzie to można sprawdzić w piątek w Klubie Teatr From Poland o 20.00 na ich koncercie.

      Na dodatek koncertują z nimi L.Stadt – a ci na żywo to zawsze pewniaki. Niby ta ich muzyka to nic wielkiego, takie ugłaskane, melodyczne, gitarowe granie – budzi pozytywne odczucia, ale raczej nie aspiruje do ekstraklasy. Ale na scenie błyszczy. Chłopaki pokazują pazur i tworzą niesamowita energię. Widać, ze lubią grać na żywo, a płyty pewnie traktują jako zaproszenia na koncert.

      Częstochowa ostatnio dopieszcza mnie koncertami artystów których bardzo lubię. A grudzień zapowiada się chyba jeszcze lepiej pod tym względem.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „BOHATER ZNÓW SIĘ SPOCIŁ, W POSZUKIWANIU MOCY”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      czwartek, 25 listopada 2010 10:23
  • wtorek, 23 listopada 2010
    • CZAS NA WAKACJE TATUSIA

      Ktoś mógłby powiedzieć, ze wyszukując filmy o dysfunkcyjnych rodzinach, karmie jakieś swoje lęki. Mam nadzieję, że to nie prawda i po prostu tak przypadkiem wyszło. Po „Piętnie na umyśle” padło na „Krainę Traw” i znów było o tym jak dziecięcy umysł porządkuje sobie świat. Ale jak bardzo przy tym różnią się te filmy.

      Tak naprawdę sam się zastanawiam, co aż tak hipnotyzującego jest w „Krainie Traw”. Terry Gilliam w sumie po raz kolejny pokazuje ten sam wachlarz narracyjnych i warsztatowych chwytów. Świat na styku magiczności, metafizyczny podkład, kontrkulturowy-narkotyczny kontekst, amerykańskie pustkowia i gama dojrzałych kolorów. Ten film nie wstrząsa, nie szokuje, nie przynosi katharsis – a mimo to trudno przejść obok niego obojętnym.

      Gdybym miał jednak na coś obstawiać, to myślę, że wyjątkowość „Krainy Traw” polega na doskonałych proporcjach. Gilliam genialnie złapał równowagę: umiejętnie dawkuje napięcie, film nie pozwala się sobą znudzić, pomimo, że snuje się dość ospale. Jest trochę straszny, ale groza i gotycki klimat są gdzieś przyczajone w cieniu, nie dominują. Pełno w nim absurdalnych i zabawnych scen, jednak widz śmieje się dość oszczędnie, jakby nie pewny czy mu wolno. Z pewnością to obraz dziwaczny i pokręcony, jednak bez najmniejszego trudu można sobie odkodować znaczenia poszczególnych scen. Wszystkie fantastyczne, niesamowite wątki da się wytłumaczyć dziecięcą wyobraźnią. Gilliam nie przegina, nie odpływa zbyt daleko w tych swoich wizjach, ale aura magiczności jest obecna przez cały czas. Po prostu wszystkiego jest tam w odpowiednich proporcjach.

      Ach! No i jak pięknie zabiera się ten film za temat dzieciństwa. Mitcha Cullina nie czytałem, więc nie wiem na ile to zasługa powieściowego pierwowzoru, ale na ekranie w pełni mnie to przekonuje. Ten klimat na granicy beztroski i totalnej grozy. Gdzie wszystko ciekawi, cieszy i przeraża zarazem. Gdzie łatwo pogodzić nam się z największym dziwactwem, a kłuje coś w środku, co dla innych jest normą. Gdzie obecna jest i brutalność i seksualność, ale tak zupełnie odmiennie, nieprzekładalnie na dorosłe odpowiedniki. Zawsze powtarzałem, że dzieciaki są twarde, mają bezpieczniki w głowie, które pozwalają im przetrwać najcięższe nawet chwile (inna rzecz jak później odbija się to na ich dorosłości) i wokół tego motywu właściwie zbudowana jest „Kraina Traw”. Niby po raz kolejny dzieciństwo opisywane jest w kontekście „Alicji w krainie czarów”, ale te nawiązania są na tyle subtelne, że właściwie stanowią tylko dekoracje, smaczek.

      Na koniec olbrzymie brawa dla Jodelle Ferland, odtwórczyni głównej roli. Jak ta dziewczynka grała! Właściwie cały film spoczywał na jej barkach, ona była bezwzględnym centrum tej historii. I nie dość, że uniosła to całe napięcie emocjonalne, tą wszechobecność nieokreśloność, to jeszcze dała postaci taki niesamowity błysk. Aż chciałem uwierzyć, że to naprawdę.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „CZAS NA WAKACJE TATUSIA ”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      wtorek, 23 listopada 2010 09:30
  • poniedziałek, 22 listopada 2010
    • DRUGIE DEBIUTY

      Notka z serii doceniamy tych którzy robią potrzebną i konieczną robotę w Częstochowskiej kulturze.

      Ja osobiście kompletnie nie ogarniam tego co się dzieje w temacie częstochowskiego młodego grania. Lubię przyjść już na gotowe. Gdy zespół jest już w pewnym stopniu ukształtowany, dojrzały i przez to smakowity. Brakuje mi motywacji by śledzić w jaki sposób do tego dochodzi.

      Dobrze, że są w mieście ludzie, którzy potrafią szerzej na tą kwestie spojrzeć niż ja. Mam tu na myśli organizatorów wszelkiego typu przeglądów młodego grania. To inicjatywy niezwykle potrzebne. Może to mniej widowiskowe niż ściągniecie do miasta uznanej gwiazdy, ale za to efekty mogą być zdecydowanie bardziej długofalowe. Bo to i przestrzeń do wspólnego grania się tworzy i odrobina fajnego współzawodnictwa. Przede wszystkim jednak jest to szansa do pokazania się publiczności i zobaczenia co rówieśnicy robią.

      W tym tygodniu startuje druga edycja Debiutów from Poland – imprezy skierowanej do muzyków którzy pojawili się na częstochowskiej scenie muzycznej w latach 2009-2010. Ponieważ obiecałem skupiać się na docenianiu, tym razem odpuszczę sobie szukania rzeczy które należałoby jeszcze poprawić, a przeskoczę od razu do tego co mi się podoba w tegorocznej edycji.

      Przede wszystkim fajnie, że się odbywa. Rok temu ta impreza nie odbiła się chyba jakimś wielkim echem w mieście. Nie wiem jak tam z frekwencją, ale podejrzewam, ze jakiś wielkich cudów nie było. Zatem ogromny szacunek dla organizatorów, że potrafią wznieść się ponad to i stawiać sobie długofalowe strategie. Dodatkowo bardzo podoba mi się pomysł, by pójść z tym pomysłem w miasto – tzn. zamiast w jednym klubie zorganizować imprezę w trzech. Prosty pomysł, a od razu nadaje inicjatywie rozmachu i różnorodności. Jest szansa też na dodatkowe spotkanie różnych środowisk. To zresztą jedna z głównych zalet tej inicjatywy, że buduje ona przestrzeń do spotkania fanów różnej muzyki. Cieszy też, że do koncertów dołączono wernisaż. To bardzo właściwy kierunek

      Zatem na Debiuty zapraszamy w czwartek i piątek do klubu Hormon, w sobotę i niedzielę do Pulp'u a wielki finał 8 grudnia już w Klubie Teatr From Poland. I oby za rok, też się udało i żeby było jeszcze bardziej na bogato.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „DRUGIE DEBIUTY”
      Tagi:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 22 listopada 2010 16:29
  • sobota, 20 listopada 2010
    • KURZE ALEJE

      Jeśli ktoś nie widział jeszcze „Kury w akcji” w MGSZ to dziś ma ostatnią szansę. O 18.00 finisaż wystawy i to już chyba ostateczne pożegnanie z akcją Szymona Motyla. Kury wracają do właścicieli, a zdjęcia pewnie do jakiegoś magazynu. Zostaną fajne wspomnienia i spore oczekiwania, by sztuka częściej wychodziła w Częstochowie w przestrzeń publicznej.

      Zostanie też kurzy numer „Alei 3” - który dziś podczas finisażu ma oficjalną premierę. Niestety złapał on trochu opóźnienia, ale ciiiiii.... nie mówmy o tym. Nie ma co drażnić Redaktor Naczelnej. Ważne, że już jest. A w nim kury na okładce, we wstępniaku, artykule. Właściwie rozeszły się po całym numerze i można je znaleźć w całkowicie zaskakujących miejscach.

      Nie ma też co ściemniać, zadomowiłem się na łamach tego periodyku, więc będę nieobiektywny w jego ocenie. Dlatego zamiast próby recenzji, kilka luźnych uwag w temacie:

      - W mieście za dużo się dzieje, żeby próbować ogarnąć to na czterdziestu czterech stronach dwumiesięcznika (mimo wszystko zaskakujące). Wybór imprez, miejsc, osobowości którym redakcja przygląda się bliżej jest mocno subiektywny i zapewne niesprawiedliwy.

      - Fajnie, że udało się wydobyć od ekipy ZERO wywiad z Ryszardem Mamisem. Bo to dobry tekst i szkoda, by było gdyby się zmarnował w archiwum magazynu którego nie udało im się wydać. To wyzwanie dla Red Nacz żeby w „Alejach” pojawiały się wciąż teksty nowych osób, nowych środowisk. Bo nie fajnie jest zamknąć się tylko w jednej grupie nazwisk.

      - Szkoda, że w tym numerze zabrakło „gościa od literatury”. Macierzyński, Dehnel, całkiem ładna seria się zapowiadała w poprzednich numerach.

      -Nadal boję się lokalnej poezji i prozy...

      - Marzy mi się totalna rewolucja w układzie graficznym.

      A ostatni w tym roku numer „Alei 3” podobno już za chwilę...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „KURZE ALEJE ”
      Tagi:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      sobota, 20 listopada 2010 11:05
  • czwartek, 18 listopada 2010
    • SENTYMENT DO GRAMATYKI

      To już taki dystans czasowy, że wracam sobie do niektórych polskich płyt hiphopowych na zasadzie sentymentalnej. Przypominam sobie jak to dawniej bywało – znaczy się próbuje na chwilkę cofnąć się do czasów gdy ten gatunek się u nas kształtował. Gdy to wszystko jeszcze było bardzo świeże i świetnie rokowało na przyszłość. Nie wspominając o tym jaki ja wtedy byłem młody.

      Eksponowane miejsce w mojej pamięci zajmują dwa pierwsze albumy warszawskiej grupy Grammatik. Był rok 2000, najpierw trafiłem na wydany rok wcześniej debiut „EP +”, a potem w łapy wpadła mi płyta „Światła miasta”, która zaczyna się tak:

       

      Zostałem oczarowany. To było coś zupełnie innego. Chłopaki eksplorowali zupełnie odmienne rejony muzycznej wrażliwości, niż inne ziomy spod bloków. Ogromna w tym zasługa Noona, DJ’a który był (jest?) fenomenem. Nikt inny Polsce nie potrafi tak zagrać na melancholii i nostalgii. A Eldo z Jotuze świetnie wpasowali się w tą stylistykę swoimi rymami. To nadal były opowieści z miasta, historie widziane oczami pokolenia, które dojrzewało podczas przełomu systemowego. Ale Grammatik w „poezji ulicy” na pierwszym miejscu stawiał poezję, a potem dopiero ulicę. Oczywiście wszystko to wtedy było jeszcze niedopracowane warsztatowo, dalekie od doskonałości, ale ten ładunek emocjonalny jest nie do podrobienia.

      Po „Światłach miasta” Grammatik właściwie się rozpadł. Kilka lat później były próby reanimacji, ale właściwie nie ma co ich wspominać. Jotuze chyba całkowicie odpuścił sobie hiphopowe zabawy; Noon chwile kolaborował z Pezetem, i wydał kilka magicznych solowych albumów, ale jest w tym mocno nieregularny; a na scenie właściwie został tylko Eldo. I ja z sentymentu słucham wszystko co nagrywa, szukając tych emocji które kiedyś rodził we mnie Grammatik. Czasem Eldo się to udaje, np. na genialnej „Eterni” czy niezłych „27” i ostatniej „Zapiski z 1001 Nocy”, a czasami jest bardzo słabo („Opowieści o tym, co tu dzieje się naprawdę”). Przez te lata jednak, gdy przyglądałem się jego odbiciu w płytach, zyskałem przekonanie, że to jeden z inteligentniejszych i odważnych MC w Polsce. Ma śmiałość mówić o rzeczach trudnych i nieoczywistych, nie kalkulując jaki procent jego słuchaczy dojrzała do takich rozmyślań.

      Z tym większym zdziwieniem zobaczyłem go ostatnio na gali „Superjedynek” gdzie ścigał się o nagrodę z Tede. Szczególnie kuło to w oczy w kontekście ostatniej płyty, gdzie naśmiewa się z pogoni za medialnym błyskiem i słupkami oglądalności. Kurcze wypadałoby pójść na piątkowy koncert do Rury (g. 20.00) i spytać go o co chodzi? że kasa tak? że rapowanie, rapowaniem a coś do garnka trzeba włożyć. Tylko czemu udało mu się tyle lat trzymać pion, a stracił go jak już właściwie nie ma o co grać? Chyba faktycznie się tam przejdę. J

      ako suport wystąpi niejaki Małpa. Jak już gdzieś wspominałem, właściwie straciłem już kontakt z tym co nowego dzieje się teraz w hiphopie. Małpę, polecił mi ktoś jednak, że to teraz gwiazda podziemia i robi mocną, mądrą muzę. I teraz próbuje się wsłuchać, ale jakoś nie może zaskoczyć. Niby wszystko tam w porządku, ale jakoś nie ciora, nie wstrząsa. Czy to znak, że się postarzałem? Może warto by spróbować na żywo posłuchać, może wtedy zaskoczy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      czwartek, 18 listopada 2010 09:21
  • środa, 17 listopada 2010
  • poniedziałek, 15 listopada 2010
    • CIEMNOŚĆ, ŚWIATŁO, RUCH, DŹWIĘK

      Tegoroczna edycja Przeglądu Monodramów „42-200 Monodram” zaczęła się już tydzień temu, ale mnie udało się wybrać tam dopiero wczoraj. I to nie badając wcześniej na jakiś spektakl właściwie idę. Słuszna strategia, bo element zaskoczenia, spotęgował pozytywne wrażenia po przedstawieniu. Niby wiedziałem, że ma być jakaś lalka, ale magii jaką przygotował Teatrzyk Magiczna Latarnia, zdecydowanie się nie spodziewałem.

      Lubię te momenty, gdy przed spektaklem, albo seansem filmowym, robi się tak naprawdę, naprawdę ciemno. Czuje się wtedy dobrze, mam takie ulotne poczucie wyjątkowości chwili, swoistego sacrum. Jestem całkowicie odcięty od tego co zostawiłem na zewnątrz i tego co mam w głowie. Wczoraj ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że ta ciemność rozlała się na całe przedstawienie. Była jego podstawowym składnikiem, czymś pierwotnym i wiecznym. Pojawiające się później światło, muzyka, ruch - choć niezwykle istotne – nosiły znamiona bytów incydentalnych, niestałych. Tak jak główny bohater – aktor: marionetka, która komunikowała się z widzem, nie tylko ruchem do muzyki (czy to był już taniec?), ale też światłem które z siebie generowała. Jego intensywnością, kolorem.

      I to właśnie ta niezwykła gra światłem, ciemnością, ruchem oraz dźwiękiem, stanowiła o wyjątkowości tego spektaklu. Bo fabularnie, zgodnie z tytułem, była to „Prosta Historia”. Baśń na pograniczu snu i jawy. Opowieść o przybyszu z gwiazd, który w obcym dla siebie środowisku próbuje znaleźć to coś. Pokonać tęsknotę.

      Trudno pisać o sztuce tak nieuchwytnej. Gdzie to co najistotniejsze przeciska się między słowami. Teatrzyk Magiczna Latarnia, zagrał na mojej wrażliwości, połechtał moją słabość do estetyki fantastycznej i nakarmił moje wewnętrzne dziecko. W związku z tym nie mam ochoty rozkładać tego przedstawienie na czynniki pierwsze, żeby przypadkiem nie zaburzyć poczucia, że wczoraj uczestniczyłem w czymś niezwykłym i magicznym.

      Jeśli w teatrze lalkarskim dzieje się więcej tak miłych rzeczy, to potwornie żałuje, że w Częstochowie tak rzadko jest okazja, żeby się z nim spotkać.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „CIEMNOŚĆ, ŚWIATŁO, RUCH, DŹWIĘK ”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 15 listopada 2010 10:21
  • niedziela, 14 listopada 2010

Kanał informacyjny

szablonowe serca: MONSTFUR