CZĘSTO LOVE CHOWA

Wpisy

  • piątek, 31 stycznia 2014
    • RYMY WIELOKROTNE

      W styczniowym JŻC Dzikier napisał artykuł o zeszłorocznych, legalnych debiutach częstochowskich raperów. Ucieszyłem się, przeczytałem i mnie szarpnęło... Zrobiło mi się wstyd, że lokalnej sceny hip-hopowej właściwie nie śledzę od drugiej płyty EGO, czyli od dawna. Dlatego postanowiłem nadrobić zaległości. Szczerze trzeba przy tym przyznać, że nie jestem na czasie, nie wiem co dziś w hip-hopie wypada, a co nie. No ale w końcu nie piszę recenzji, tylko funduję sobie sentymentalną, subiektywną podroż na blogu. Tekst Dzikera, był mi za przewodnika i zdradzając puentę udało mi się odkryć całkiem smakowite, muzyczne konfitury!

      CENTRUM STRONA – Świadkowie Patologii

      Niby wcześniej słyszałem o „Żywym Rapie!”. Niby wiedziałem, że wygrali go chłopaki z Częstochowy, dzięki czemu wydali płytę w HEMP REC. Bez sensu jednak odwlekałem w czasie odszukanie jej i przesłuchanie na spokojnie. Gdy teraz się zmobilizowałem okazało się, że to album także dla takich starszych ludzi jak ja. Którym łezka się w oku kręci, gdy słyszą boom bap i którzy lubią wspominać, jak to dawniej bywało... Matis, Złoty i DJ Boski Piotrek mają pomysł na swoją twórczość i są zachwycająco konsekwentni. Mnie kupili zaangażowanymi społecznie tekstami. Ustawianiem się zawsze po stronie tych „których nie słychać”, odwagą by odmalowywać ciemne strony kapitalizmu i współczesności. Chłopaki byli uważnymi słuchaczami RATM i są z tego dumni. Chcą być „głosem ulicy”, ale nie ślizgają się przy tym po naskórku, nie ograniczają się do rapowaniu o tym, ze jest brzydko, brudno i źle. Starają się poszukać mechanizmów i za to dla nich wielka piona.

      Naprawdę podoba mi się ta płyta i wygląda na to, że będę sobie do niej wracał i szukał koncertów Centrum Strony. Gdybym miał wskazać najfajniejszy kawałek wybierałbym między „Kontrastem”, „K.P.W.R” a „Wielkim Bratem”... Gdyby koniecznie musiał być to jeden, wygrałby ten ostatni, za świetny RATM'owy klimat.

      Zwraca też uwagę „Weź się nie denerwuj”, odmienny od całej płyty - bardzo sympatyczny kontrapunkt. Gdybym miał zaś się czepiać, to tego, że może trochę za długi jest ten album. Godzina pięć to sporo, a płyta może by jeszcze mocniej biła, gdyby była bardziej skondensowana.

      W każdym razie chłopaki z Centrum Strony przypomnieli mi jak fajne były lata 90. Za co im bardzo dziękuje!

      SARIUS – Blisko leży obraz końca

      Sarius rozłożył mnie na łopatki.

      Podczas gdy o Centrum coś tam słyszałem od dłuższego czasu, ktoś polecał i zachwalał to chłopak z 1000lecia, był do tej pory dla mnie całkowicie anonimowy. Włączyłem „Blisko leży obraz końca” i szok. Tuż pod moim nosem, w moim mieście, właściwie na mojej dzielni powstał album skrojony idealnie dla mnie! Rewelka! DJ Eprom wyczynia na nim prawdziwe cuda. Pod względem podkładów, ta płyta to mój top ostatnich lat. Sarius zaś zaskakuje flow. Jest u niego coś Fiszowego, coś z Buki – ale przy tym jest oryginalny i autentyczny. Taki typ MC narratora gaduły, który bardzo lubię. Przy tym jest mądrym, uważnym obserwatorem codzienności. Potrafi nawijać o ulicy, potrafi powplatać w swoje zwrotki trochę metafizyki. Będę mu się bardzo uważnie przyglądał, bo jako tekściarz ma duuuży potencjał.

      I znowu gdybym miał wybrać jeden kawałek to mam problem. „Znam” jest bardzo dobry i „Halo”, ale wygrywa chyba „Elita” z powodów pozamerytorycznych (tzn. nie tylko jest bardzo dobry, ale też ma genialny teledysk).

      Płyta Sariusa jest do szpiku kości ASFALTOWA, a to miód na moje serce - zawsze byłem wielkim fanem tej wytwórni. I gdybym nawet nie wiedział, że to ziom z Częstochowy, to jarałbym się nią bardzo! Zdecydowanie poproszę o więcej.

      SENSI – Full Flavor

      Tę płytę znałem już wcześniej, podsłuchiwałem sobie ją gdzieś od pół roku. Dodatkowo Sensi zdobył mój szacun, gdy bez wahania podjął się koncertu w filharmonii z żywą sekcją rytmiczną podczas Nocy Kulturalnej. Razem z zespołem prawie oderwali ten szacowny przybytek kultury od ziemi. Była dzika energia, był hałas – miałem wielkiego banana na twarzy.

      Wracając zaś do „Full Flavor” to po kilku przesłuchaniach umocniłem się w przekonaniu, że Sensi jest najbardziej w głównym nurcie polskiego hip-hopu z całej tej stawki. Tak się dziś w Polsce rymuje. Sensi jest pierwszoligowym graczem i wydaje mi się, że ma szanse na naprawdę dużą popularność. Ma potencjał, by płynąć z głównym nurtem, a nie celować w nisze.

      Jest u niego trochę bieżącej publicystyki, trochę meta-nawijki o tym co to znaczy składać rymy, trochę historii o ziomkach i osiedlowych przyjemnościach oraz trochę intymnych zwierzeń. Wszystko jednak we właściwych proporcjach, zgodnie z zasadami sztuki i bez przegięć. Dodatkowo Sensi ma ten charakterystyczny, kąsający flow i bardzo dobrą technikę.

      MC od zarania gatunku już tak mają, że snują opowieści o tym jak żyć. Stawiają się na pozycji mentorów, dla młodszego pokolenia i dzielą się doświadczeniem. Taka konwencja. Nie każdy powinien się na nią porywać, jest na krajowej scenie kilku raperów, którzy wyjątkowo komicznie wyglądają w butach Wielkich Mistrzów. Plus dla Sensiego, że gdy bierze się za taką konwencję robi to ze sporym wdziękiem.

      Co do najlepszego kawałka to „MC” się wybija – takie sympatyczne i subtelne rapowe przechwałki. Ale mój faworyt to jednak zdecydowanie „Outro”. Kawałek szczery, osobisty z dużym ładunkiem emocjonalnym. Nie każdego stać na takie wyjście z rapowych masek i konwencji. Byłem pod wrażeniem. Zatem wyglądam drugiej płyty niecierpliwie, jeśli pójdzie ona w kierunku wyznaczonym przez „Outro” to może być kolejny wielki przełom. Kibicuję.

      Żyto – Żyto

      Żeby nie było tak kolorowo, na końcu została mi jeszcze płyta Żyta. I zgodnie z odwiecznymi prawami statystyki potwierdziło się, że w Częstochowie również muszą powstawać rapy, których nie ogarniam. Męczy mnie taka konwencja „z ulicy”: o biedzie, prochach, wódce i laskach. Wszystko na pełnej powadze, bez dystansu, na serio ponad miarę. Dla mnie gdy jest za bardzo wprost, to brak miejsca na finezję.

      Doskonale sobie jednak zdaję sprawę, że taka konwencja ma bardzo wielu zwolenników. Ja zazwyczaj mijam z daleka, tym razem jednak przesłuchałem z kronikarskiego obowiązku. Nie wiele z tego jednak wynikło. Żyto rapował, że „jest mu trudno” i mnie też nie było lekko. Nic się nie zmieniło. Konsekwentnie odrzucam takie klimaty od lat 90., a one konsekwentnie budują swoją popularność. Dlatego zapewne nigdy do tej płyty nie wrócę, a Żyto zapewne ma ten fakt gdzieś. Nie ja jestem targetem jego rymów. Spokojna koegzystencja w zdrowym oddaleniu.

      Dla porządku, spróbowałem jednak wybrać najlepszy kawałek Po długim namyśle padło na „ To nie ja”, bo on zarapowany jest chyba z największym przymrużeniem oka.

      Podsumowując, to dużo fajnego się dzieje u nas w mieście jeśli chodzi o rap. Jestem zaskoczony jak dużo. W stawce zeszłorocznych debiutantów dla mnie wygrywa Sarius, ale i Sensi i Centrum Strona, są tuż za nim. Puenta zaś jest taka, że trzeba teraz z większą uwagą śledzić, co tam się dzieje na naszym lokalnym hiphopowym podwórku.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „RYMY WIELOKROTNE ”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      piątek, 31 stycznia 2014 13:56
  • niedziela, 26 stycznia 2014
    • DADA

      Jutro spotykamy się w Willi Generała by pogadać o dadaistach. Restartujemy cykl „Śmierć Sztuki. Ćwiczenia z Estetyki”, tym razem w bardziej regularnej odsłonie. Plan jest taki, żeby to zawsze był ostatni poniedziałek miesiąca, przeznaczony na budowanie przestrzeni do rozmów o twórczości współczesnej, najnowszej i awangardowej. W końcu nieźle funkcjonują w mieście Dyskusyjne Kluby Książki, to i może dyskusyjne spotkania o sztuce się przyjmą. Zobaczymy.

      Zaczynamy od dadaistów. Wybór nieprzypadkowy. Dla mnie dada to klucz do zrozumienia awangardy i całej późniejszej sztuki. Nie było ono może pierwsze, nie miało najbogatszego dorobku, ale za to w tym właśnie ruchu najmocniej dała o sobie znać energia, która oderwała twórczość z kolein sztuki klasycznej. Pchnęła ją w kierunku antysztuki i antyestetyki. Innymi słowami, chłopaki i dziewczyny wysadzili ten pociąg i zgarnęli całą stawkę!

      Jutrzejsze spotkanie to doskonały pretekst, bym mógł sobie napisać o dwóch książkach, które mocno mnie ukształtowały.

      Najpierw był „Dadaizm” Hansa Richtera. Niepozorna książeczka, wydana w serii: „Style – Kierunki – Tendencje” (ze znaczkiem Nefretete), na pierwszy rzut oka nie robi wrażenia. Ma za to ogromną siłę rażenia. Kilkanaście lat temu, gdy czytałem ją pierwszy raz wywołała rewolucję w mojej głowie. Po lekturze w kąt poszło przeświadczenie, które wyniosłem, ze szkoły, że sztuka to takie działanie, dzięki któremu ma być pięknie, a sam dadaizm to poezja, w której słowa losuje się z kapelusza. Hans Richter opisując jak rodziła się pierwsza awangarda, pokazał mi, gdzie tkwi siła prawdziwej sztuki. Uchwycił to coś, czego nie sposób algorytmizować, a można jedynie przepracować indywidualnie.

      Richter sam należał do ruchu dadaistycznego, więc opisuje jego historię z pierwszej ręki. Robi to jednak z pewnego dystansu czasowego, książka powstawała bowiem w latach 60, dzięki czemu łatwiej było ocenić faktyczny wpływ dada na twórczość późniejszą. Dużym atutem tego wydawnictwa jest fakt, że Richter nie trzymał się kanonów podręcznika akademickiego. Co prawda, jak na Niemca przystało, układa wszystko w solidnym metodologicznym porządku dzieląc historię nurtu na etapy czasowe, geograficzne i kierunkowe. Jednak sam styl narracji jest raczej anegdotyczny i wyjątkowo łatwo przyswajalny. Po prostu opowiada o swojej grupie przyjaciół i ich poszukiwaniu artystycznej wolności.

      Kluczem do zrozumienia dadaistycznej rewolucji, według niemieckiego filmowca, jest właśnie poznanie osobowości poszczególnych twórców i niezwykłej wspólnoty, która się między nimi w tamtym czasie wytworzyła. A dadaizm łączył tak odmienne postacie jak Hugo Ball, pełen sceptycyzmu idealista, jeden z „ojców założycieli”, który szybko porzucił artystyczne próby i zamieszkał na wsi pomagając ubogim chłopom. Tristan Tzara nadaktywny i kierujący się artystyczną agresją rumuński poeta. Arthur Cravan, pisarz i bokser-amator, wyzywający na pojedynek mistrza wagi ciężkiej. Marcel Duchamp, ikona sztuki współczesnej, twórca ready-made, który w końcu swoją sztukę ograniczył do gry w szachy. Kurt Schwitters tworzący dzieła sztuki z pospolitych odpadków itd. Pełna lista jest tu naprawdę długa.

      Z tych wszystkich historii wyłania się niesamowity obraz dada. Pewnej pierwotnej siły, która napędzała ten ruch. Połączenie potrzeby buntu, niezgody na zastany porządek z jakąś ogromną estetyczną wrażliwością. Świat na początku XX w. zaczął się drastycznie zmieniać i dadaiści czuli, że trzeba wywrócić sztukę na drugą stronę, by zdążała za tymi zmianami. By nie została z tyłu i nie zdewaluowała się jako jako język do opisu rzeczywistości. W tym celu wyciągnęli na wierzch wszystkie te ekstremalne zjawiska, które buzowały gdzieś w królestwie sztuki od pewnego czasu. Zamiast boskiego natchnienia, stawiali na przypadek, wnosili życie codzienne do galerii i przeprogramowali na nowo relacje artysta-dzieło-widz. Stwierdzili, że trzeba ogłosić śmierć sztuki, by mogła narodzić się na nowo.

      „Dadaizm” Hansa Richtera, miał tego pecha, że ukazał się w Polsce w latach, gdy wydawnictwa o sztuce miały koszmarną formę. Mały format, obrzydliwe czarno-białe reprodukcje, klejenie które rozsypuje się po drugiej lekturze. W tym przypadku warto jednak znieść te wszystkie niedogodności. Ta książka potrafi odmienić spojrzenie na świat.

      Drugi krok to „Duchamp. Biografia”. Sam nie wiem dlaczego zabrałem się do tej pozycji z takim opóźnieniem. Trochę postała ona u mnie na półce i pozbierała kurzu, zanim wreszcie wziąłem się za lekturę. Okazało się wtedy, że to pozycja wcale nie gorsza od książeczki Richtera, a pod wieloma względami bogatsza. Bo niby śledzimy tu życie tylko jednego artysty Marcela Duchampa, ale w tle przewija się większość twórców kluczowych dla ruchu dada (i nie tylko). Calvin Tomkins świetnie kreśli tło całego ruchu, realia historyczne, polityczne, obyczajowe i relacje pomiędzy poszczególnymi artystami.

      Oczywiście najważniejszy jest tu sam Duchamp i jego droga przez impresjonizm, kubizm do ready-made i Wielkiej Szyby. Czytając byłem coraz bardziej zachwycony jego niezwykłą artystyczną osobowością. Postawą wiecznego dystansu, niezwykłego poczucia humoru, wyjątkową umiejętnością nie popadania w konflikty (co nie jest łatwe w środowisku wypełnionym różnymi artystycznymi ego) i oszczędności w tworzeniu. Awangarda miała zawsze skłonność do „nadprodukcji” - przy jej niesamowitym tempie, wielkiej energii dzieła sztuki powstawały błyskawicznie, tworząc duże stada. Duchamp potrafił się powstrzymać. Nie zalał świata ready-made, co więcej na długie lata porzucił pracę twórczą na rzecz gry w szachy.

      Uwielbiam Duchampa, za to, że tak mocno podkreślał intelektualny pierwiastek sztuki. Sprzeciwiał się twórczości jedynie „siatkówkowej”, którą jedynie się ogląda, chłonie. Sztuka w jego mniemaniu przede wszystkim musi być wyzwaniem dla rozumu. Narobił sobie tym wielu wrogów, ale do swojego stanowiska też wielu przekonał. Wystarczy spojrzeć na to co później zaczęło się dziać w sztuce. Był Mistrzem m.in. dla Andre Bretona, Man Raya, Johna Cage'a, Andy Warhola itd. Miał dar zjednywania sobie ludzi, ale przede wszystkim miał odwagę, by konsekwentnie testować granice sztuki. Robił to po cichu, bez zbędnego gwiazdorstwa i wyjątkowo skutecznie. To budziło szacunek.

      Co zaś do śmierci sztuki: na nagrobku Duchampa widnieje epitafium przez niego samego napisane: „Poza tym, zawsze to inni umierają”.

      Dobra, dość tego spoilerowania. Zapraszam jutro do Centrum Promocji Młodych na 19:00.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      niedziela, 26 stycznia 2014 10:05
  • czwartek, 23 stycznia 2014
    • A taki dziś piękny dzień

      Najważniejszy film w tym tygodniu w repertuarze OKF? Zapomnijcie o „Nimfomance”, zapomnijcie o nowym Smarzowskim, od jutra na ekranie prawdziwe arcydzieło: „Grobowiec świetlików”! Cyfrowo zremasterowany pojawia się w kinach studyjnych w Polsce dwadzieścia sześć lat po premierze. I nic się nie zestarzał w tym czasie. A jeśli ktoś ma alergię na anime, to „Grobowiec świetlików” jest najlepszą okazją, by jej się pozbyć.

      Film Isao Takahaty to jeden z najbardziej przejmujących, kinowych obrazów antywojennych jakie znam. Jego siła to fakt, że nie próbuje ani przez moment być dydaktyczny, tylko konsekwentnie i bezlitośnie opowiada konkretną historię. Pokazuje koszty wojny, na najbardziej podstawowym, ludzkim poziomie. I zupełnie nieważne kto jest tutaj ten „dobry”, a kto „zły”, kto agresorem, kto obrońcą. Wojna mechanicznie niszczy ludzi, nie patrząc, kto po której jest stronie.

      Można powiedzieć, że w tej historii nie wiele jest. Ot opowieść o dwójce wojennych sierot - nic specjalnie oryginalnego. Różnicę jednak robi sposób w jaki jest ona opowiedziana. To taki film japoński do szpiku kości. Mówi o koszmarze wojny bardzo spokojnie, bez efekciarstwa, fabularnych fajerwerków. Mamy tu zupełnie inny sposób opowiadania, opierający się na obrazach, niedopowiedzeniach. Odmienne niż w historiach hollywoodzkich czy europejskich jest rozłożenie napięcia fabularnego i tempo filmu. Koszmar jest gdzieś w tle, nie wchodzi w strukturę obrazu, która jest zachwycająco prosta. Tak jak proste są motywacje bohaterów „Grobowca Świetlików”: przetrwać, żyć na przekór wojnie. (Tak sobie myślę, jak to różna perspektywa od mitu Małego Powstańca, który chwyta za karabin i ginie za Ojczyznę, bo ma taki obowiązek. Co jest o tyle interesujące, że „Grobowiec Świetlików” powstał w kraju, który żądał od swoich obywateli, by Ci ginęli w samobójczych misjach w imię Honoru. Wojna jest zachłanna i chętnie wykorzysta wszelkie sposoby, by zeżreć wszystkich bez względu na kolor munduru) 

      Dodatkowo w „Grobowcu Świetlików” genialnie wykorzystywane jest skojarzenie, że animacje zazwyczaj służą do opowiadania bajek, historii dla dzieci. Tutaj bombowce pojawiają się w animowanym świecie i zsyłają śmierć... Dzieciaki jak to dzieciaki, mimo czasu wojny, szukają po prostu zabawy, prostych radości i szczęśliwego zakończenia. A tu nadlatują bombowce... Japończycy potrafią na poważnie opowiadać historie animacją. Nie są tak ograniczeni jak my, dla których filmy rysunkowe są wyłącznie dla dzieci lub artystów eksperymentalnych. W Kraju Kwitnącej Wiśni animacje na równych prawach funkcjonując obok klasycznych fabuł, dzięki czemu powstają tam takie arcydzieła jak „Grobowiec świetlików”.

      Zatem od jutra odliczamy się w kinie. Kto nie widział wcześniej, niech się nie przyznaje i korzysta z okazji do nadrobienia fundamentalnych zaległości. Kto widział, zjawia się w OKF'ie, by zobaczyć tę historię na wielkim ekranie w wyjątkowej kinowej atmosferze.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      czwartek, 23 stycznia 2014 09:37
  • środa, 15 stycznia 2014
    • Dajcie się ponieść iluzji

      Staram się co roku załapać przynajmniej na jeden film z cyklu NOWE HORYZONTY tournée. Kiedyś celem było załapać się na jak najwięcej nowohoryzontowych filmów, dziś cieszę się jak uda się wybrać choćby na ten jeden. Jak to człowiek zmuszony jest stawiać sobie coraz niżej poprzeczkę... To chyba starość.

      W tym roku, po konsultacjach z mądrzejszymi i trzymającymi rękę na filmowym pulsie padło na „Shirley – wizje rzeczywistości” Gustava Deutscha. Niezwykły film ożywiający na ekranie trzynaście klasycznych obrazów Edwarda Hoppera. Szczerze przyznam, że szedłem do kina z bagażem obaw. Gdy filmowcy biorą się za przenoszenie na ekran malarstwa bywa różnie... Czasem jest to gwałt na oryginalnych pracach wielkich mistrzów, innych razem w sferze plastycznej wszystko jest cacy, za to pozostałe elementy filmowego warsztatu leżą całkowicie. Na szczęście „Shirley … „ udało się ominąć obie pułapki.

      Wizualnie to prawdziwy majstersztyk. Każdy kadr jest tu niezwykle wysmakowany, każda sekunda filmu jest niesamowicie dopracowana pod względem kompozycji, światła, cieni. Rzeczywistość namalowana przez Hoopera jest przeniesiona na ekran prawie w skali 1:1. Zachwycają kolory i te ujmujące linie proste. Deutsch pozwala sobie jedynie na bardzo oszczędny ruch kamery, prawie nie używa dialogów. Wszystko by jak najmniej zaburzyć malarskość kadrów. Dzięki temu oko zupełnie inaczej pracuje, bardziej jak w galerii, mniej jak w sali kinowej.

      Wybór takiej reżyserskiej strategii niósł oczywiście zagrożenie, że oto powstaną takie filmowe widokówki, piękne ale jałowe. Na szczęście Deutsch również z zadania narracyjnego wychodzi obronną ręką. Historia którą opowiada, snuje się niby niemrawo, jest strasznie poszatkowana, ale mimo to staje się przekonującym spoiwem zlepiającym wszystkie te obrazy. Po pierwsze to ładna historyczna panorama życia amerykanów od lat 30. do 60. XX w. Nienachalna, intymna, osobista. Niby kawałki autentycznych kronik radiowych rysują wyraźne tło polityczno-historyczne to jednak najważniejszy w „Shirley...” jest pojedynczy, konkretny człowiek, uchwycony przez Hoppera na płótnie.

      Po drugie zaś Deutsch przemyca w swoim filmie ważną prawdę, że kino, malarstwo, teatr to nasze cienie na ścianie jaskini, nasz sposób by oswoić sobie i wytłumaczyć rzeczywistość. Że są one zdecydowanie czymś więcej niż rozrywką czy sposobem na czas wolny. Twórca „Shirley...” wychwala siłę artystycznej iluzji i tym mnie zdecydowanie kupuje.

      To dla takich filmów ( a nie dla amerykańskich blokbasterów) warto wybrać się do kina. Bez sensu byłoby oglądać „Shirley...” w telewizji czy przed komputerem. Tylko sala kinowa jest w stanie wytworzyć odpowiedni klimat, stan skupienia! I choć może wczorajsza wizyta w OKFie nie odmieni mojego życia, to zdecydowanie było warto. Odświeżające doświadczenie, zupełnie inne od tego co zazwyczaj serwuje nam współczesna kultura wizualna. Przyjemna i zdrowa odmiana dla oka oraz głowy!

      NOWE HORYZONTY tournée w OKF jeszcze przez dwa dni.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      środa, 15 stycznia 2014 11:07
  • niedziela, 12 stycznia 2014
    • DWUNASTOŚCIAN FOREMNY

      Nowy rok, nowe małe radości.

      Ten co lubi brukselkę na 2014 przygotował kalendarz ze swoimi fotografiami.

      Niezwykły.

      Po pierwsze można go zabrać do domu za darmoszkę, tylko trzeba go poszukać (np. w Willi Generała). Po drugie nie jest to taki szablonowy kalendarz, który wieszamy na ścianie i tyle... Przy tym musimy odświeżyć sobie troszkę umiejętności zdobyte w podstawówce na ZPT. Gdy już powycinamy, pokleimy to powstaje malutki, przesympatyczny, biurkowy gadżet - wręcz stworzony dla wszystkich z nerwicą dłoni.

      Uwielbiam takie zaskakujące inicjatywy: niekomercyjne, niepraktyczne, po prostu dla radochy. Ten co lubi brukselkę, wielkie dzięki.

      ps. Dawno mnie tu nie było. No ale mam noworoczne postanowienie, by wykrzesać z siebie pewną regularność w pisaniu. W ramach higieny, narzucić sobie samodyscyplinę. Trzymam za siebie kciuki.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      niedziela, 12 stycznia 2014 09:30

Kanał informacyjny

szablonowe serca: MONSTFUR