CZĘSTO LOVE CHOWA

Wpisy

  • niedziela, 27 stycznia 2013
  • czwartek, 24 stycznia 2013
    • MAUS

      W ramach nadrabiania zaległości, czytam sobie „Maus” (tak wiem, wstyd, że dopiero teraz) i z zaskoczeniem odnotowałem fakt, że główny bohater tej opowieści pochodzi z Częstochowy. Świat się o nas dowiedział ;). Było nie było, w końcu to ogólnoświatowy hit, wyróżniony Nagrodą Pulitzera.

      Można, by ten fakt jakoś wykorzystać, do promocji miasta, czy jako pretekst dla imprezy poświęconej komiksowi w mieście, lub dyskusji o częstochowskich przedwojennych żydach.

      Ktoś ma jakiś pomysł jak zaprosić Arta Spiegelmana do Częstochowy?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      czwartek, 24 stycznia 2013 20:35
  • poniedziałek, 21 stycznia 2013
    • SPAGHETTI W KINIE

      Tak sobie myślę, że to nie rozsądne pisać notkę zachęcającą, by iść na nowego Tarantino. Ze wszystkich stron słychać teraz ochy i achy na temat „Django”, więc to takie wycieranie klawiatury na marne. Notka i tak zginie w oceanie zachwytu. Gdybym miał się do czego doczepić, narzekał, że Tarantino się starzeje i traci talent – to by było coś. Wyróżniałbym się. Niestety nic takiego nie napiszę. „Django” jest filmem genialnym i po prostu trzeba go zobaczyć. Do kina marsz (nawet jeśli to tym razem Cinema City)! 

      Jestem przekonany, że kinematograf wymyślono właśnie po to, by mogły powstawać takie obrazy. Wiadomo, że są filmy ważniejsze, wstrząsające, zmieniające świat i ludzi, a „Django” to tylko taki wygłup. No ale dla mnie właśnie ten wygłup to kwintesencja sztuki ruchomych obrazków. Film jest po to by opowiadać historię, a Quentin jest genialnym storytellerem. Doskonale zdaje sobie sprawę, że dobra historia, to nie taka która wydarzyła się naprawdę, nawet nie ta która mogła się wydarzyć – dobra historia, to taka która stwarza osobny świat, spójną alternatywną rzeczywistość. Tarantino wie również, że nie ma co odkrywać Ameryki na nowo, że kino gatunków przećwiczyło tą sztukę na miliony nawet najbardziej absurdalnych sposobów i wystarczy tylko przyglądać mu się uważnie. Niby prosta sprawa, ale nie każdy potrafi.

      „Django” to hołd dla spaghetti westernu, czyli tarantinowska mutacja mutacji gatunku :) Kocham takie zabawy. Zresztą ja właściwie poznawałem dziki zachód właśnie od spaghetti strony. Znaczy się najpierw były książki Karola Maya i komiksy Lucky Luck, ale zaraz potem Sergio Leone. I wkurza mnie, gdy różni krytycy piszą, że Tarantino wykpiwa klisze podrzędnych filmowych gatunków. Przecież on je kocha i bawi się nimi z miłości. Może w tym właśnie tkwi klucz do jego sukcesu.

      Przed seansem „Django” niby doskonale wiedziałem, ze będzie jak zawsze u Tarantino, czyli: że będzie jatka, genialne dialogi, świetnie wpleciona muzyka (sceny z wykorzystaniem hip-hopu wyrzucają z butów), aktorzy, którzy dają z siebie wszystko (Christopher Waltz czaruje w niepowtarzalny sposób, a Jamie Foxx momentami jest jak czarny Clint Eastwood), świetnie skrojone postacie (np. Stephen, którego gra Samuel L. Jackson - niby postać drugoplanowa,podczas całego seansu umiarkowanie obecna na ekranie, ale tak napisana, że prowokuje do dopisywania sobie całej jej historii w głowie) i cała masa fabularnego szaleństwa. I dokładnie tak było, a mimo to byłem zaskoczony i zachwycony. Niby Quentin wciąż i wciąż układa te same klocki, ale jednak zawsze robi to inaczej. Nic nie traci na swojej świeżości.

      Tym razem Tarantino uroczo bawi się strukturą filmu. Od samego początku nie możemy być pewni co będzie główną osią fabularną tej historii Reżyser co chwile tasakiem ucina kolejne, rozkręcające się wątki, by gwałtownie przeskoczyć do kolejnego, a widz co chwilę myśli sobie: „aha, czyli o tym to będzie”. Niby proste, niby dobrze przećwiczone w historii kina, ale działa i wciąga. „Django” trwa prawie 3 godziny, a przelatuje błyskawicznie.

      Dla mnie kino jest najfajniejsze gdy jest szalone, kiedy opowiada o samym sobie i jest po prostu dobrą zabawą. Quentin Tarantino myśli chyba podobnie. Dlatego go uwielbiam i czekam kiedy wreszcie nakręci film science-fiction. To by było coś! Zatem Quentin podniesiesz rękawice?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „SPAGHETTI W KINIE”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 21 stycznia 2013 13:13
  • piątek, 18 stycznia 2013
    • IT'S OBVIOUS

      DJ Vadim gra dziś w klubie Rura. Się narobiło, muzycznego gościa z takiej półki dawno nie było u nas w mieście. I jeszcze ta wartość sentymentalna.

      Rok 2000 i hip-hopowy magazyn „Klan” (było się kiedyś młodym a co!) - to tam chyba zapoznałem się z Panem Vadimem. Kurcze Ninja Tune to wtedy dla mnie była bombonierka z najlepszymi smakołykami. A tu ziom jeszcze przyjechał do Polski, kolaborował z Skalpelem i różnymi naszymi hiphopowcami. Wtedy dąłbym się pokroić, żeby zobaczyć jego gig.

      Wiadomo dziś jest 13 lat później i ani sam Vadim, ani Ninja Tune nie nokautują już samą swoją aurą – ale nadal to jest marka! DJ Vadim ciągle jest artystą z wyższej półki, nagrywa dobre płyty i ma konsekwentny pomysł na swoja muzykę. Zazdroszczę tym, którzy będą dziś na koncercie, bo oczywiście osobiście jestem zbyt stary i zniedołężniały żeby ogarnąć. Ale i tak się cieszę, że Vadim przyjeżdża. To taki dobry początek 2013.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      piątek, 18 stycznia 2013 09:49
  • czwartek, 17 stycznia 2013
    • O! ŚWIĘTY MOTORZE!

      Hej bracia i siostry, jeśli ktoś przy okazji Nowych Horyzontów przegapił „Holy Motors” niech szybko pędzi do kina nadrabiać zaległości. W niezastąpionym OKFie grają to cudo od 18 do 24 stycznia Warto, bo dla mnie zdecydowanie to była jedna z największych filmowych radości zeszłego roku!

      Poszedłem na seans zachęcony opinią: „najlepsza surealistyczna uciecha w kinie od lat”, bo Léos Carax był dla mnie postacią anonimową (wiem, nie ma się czym chwalić). W związku z czym nie wiedziałem czego się spodziewać i zmiotło mnie od pierwszych scen. Bo oto na ekranie mamy kilkanaście opowieści, które właściwie są jedną opowieścią, kilkunastu bohaterów, czyli bohater jeden. Wszystko to jedno wyłożone bardzo metodycznie, spójnie, każdy kawałeczek idealnie pasuje do drugiego. Z pewnością wiecie co mam na myśli: najgorsze są te koszmary, które mimo irracjonalności, są spójne i bardzo przekonywujące. Tak jest u Carax'a. Wiesz, że na ekranie może zdarzyć się wszystko, każda nowa sytuacja zaskakuje i burzy poprzedni porządek, mimo wszystko to szaleństwo jest na smyczy. Reżyser buduje swój film z pietyzmem godnym niemieckich filozofów: metodycznie, elegancko z umiłowaniem porządku.

      Oglądając „Holy Motors” wciąż masz pomysły na interpretacje całości: to jakiś szpiegowski/ metafizyczny spisek, to zabawa znudzonych możnych tego świata, to wielkie przedstawienie, maskarada, to metafora życia, to tylko zły sen... I wszystkie chyba są tak samo uzasadnione. Bohater pojawia się w kolejnych swoich wcieleniach, w różnych miejscach i zaburza/ naprowadza na właściwe tory ciąg wydarzeń. A widz cały czas ma wrażenie, że ta najważniejsza tajemnica jest przed nim ukryta. Jest tuż obok, za kotarą, jednak nie ma szans, by do niej dotrzeć.

      Do mnie najbardziej jednak przemawia interpretacja, że to film o aktorstwie. O totalnym poświęceniu z nim związanym, o szaleństwie, które kryje się w przeskakiwaniu z jednej roli do kolejnej. O pewnym magicznym, rytualnym aspekcie tego zawodu. I o bezdomności, gdy okazuje się, że rzeczywistości już nie ma i jedyne co nasz czeka to tylko kolejne role.

      Choć pewnie się mylę.

      Ale chyba o to właściwie chodzi.

      Myślę sobie, że gdybyśmy dalej oglądali w Ś.P. Montmartre filmy z cyklu „dziwne, długie i przeintelektualizowane” to „Holy Motors” pasowałby tam idealnie!

      Jeśli nadal nie czujecie się wystarczająco zmotywowani, by wybrać się do kina, to zróbcie to chociażby tylko dla Denisa Lavanta, który aktorsko wyczynia w „Holy Motors” prawdziwe cuda!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      czwartek, 17 stycznia 2013 12:20

Kanał informacyjny

szablonowe serca: MONSTFUR