CZĘSTO LOVE CHOWA

Wpisy

  • sobota, 06 września 2014
    • UWAGA JEDZIE TRAMWAJ!

       

      No i znów zapadłem w długi, blogowy sen.

       

      I nawet przeszło mi przez myśl, że tym razem to już tak na zawsze. Ile razy można tu wracać po miesiącach milczenia. Choć w tyle głowy cały czas miałem, że zobaczymy jak będzie się zbliżać Festiwal Dekonstrukcji Słowa „Czytaj!”.

       

      Faktycznie, do festiwalu został równy miesiąc, a ja znów siedzę przed białą kartką na monitorze z solennym postanowieniem napisania notki. No bo „Czytaj!” jak zawsze o tej porze, nie daje spać organizatorom - to i niech czestolovechowa wybudzi. Niech spróbuje chociaż...

       

      Zatem wybaczycie, że przez pewien czas ten blog zmieni się w blog festiwalowy. „Czytaj!” od kuchni, bonus, dodatek. Taki jest przynajmniej plan, a co z tego wyjdzie zobaczymy...

       

      logo2014{Ściąga dla niewtajemniczonych [czy zaglądają tu jacyś niewtajemniczeni? wątpię, ale żeby zachować pozory będę tłumaczył]: Festiwal Dekonstrukcji Słowa „Czytaj!” to impreza literacka, którą w tym roku po raz czwarty organizujemy w mieście. My czyli chaotyczna grupa niezależnych animatorów, pasjonatów i osób towarzyszących ;) Przez tydzień w różnych miejscach w Częstochowie bawimy się słowami na wszelkie możliwe sposoby: przez muzykę, sztuki wizualne, warsztaty, gry, spotkania autorskie itd. Taki fetysz. Zresztą co ja będę opowiadał, jak jest XXI w. i można linkować]

       

      Zatem jak już pisałem do festiwalu został miesiąc. Taki dziwny moment, na styku „mamy jeszcze sporo czasu” i „omójboże to już za chwilę”. Program właściwie dopięty, zaczyna się gorączka dopieszczania materiałów promocyjnych, a i tak wszyscy siedzimy jak na szpilkach i czekamy na jakieś trzęsienie ziemi. Zawsze przed „Czytaj!” jest jakieś trzęsienie ziemi które wywraca nasze misternie ułożone plany do góry nogami. Właściwie to zdarza się ono przy organizacji wszelakich imprez. Można się przyzwyczaić.

       

      Cały czas przy tym próbujemy się dopiąć budżet imprezy, w czym możecie nam pomóc na wspieramkulture. Oczywiście liczymy również na pomoc niematerialną. Nieprzerwanie, nieustannie i zawsze szukamy ludzi którzy chcieliby razem z nami bawić się w dekonstrukcję słowa, na przykład jako wolontariusze.

       


      Ale dziś właściwie usiadłem do notki, nie po to, by prosić o pomoc ,czy rekrutować, lecz, by się chwalić. Dwa tygodnie temu udało nam się odświeżyć Czytaj!Tramwaj. Dzięki przychylności częstochowskiego MPK, dofinansowaniu z budżetu CARA i przede wszystkim dzięki talentom Cezarego Łopacińskiego oraz grupy niesamowitych wolontariuszy, udało się! Pogoda popsuła plany pikniku z książką w Zajezdni MPK (choć w zakładowej świetlicy też było fajnie), ale najważniejsze, że tramwaj przemalowany i jeździ już po mieście.

       

      tramwaj_typograficzny

                                                                                                                                                                  fot Aga B.

       

      To są fajne momenty, gdy spotyka się go przypadkiem i można uśmiechnąć się pod nosem, podczas gdy ludzie dookoła zastanawiają się co to za reklama i o co chodzi z tymi literami. Dobra a jakby komuś chciało się złapać Tramwaj Typograficzny w trasie, cyknąć mu zdjęcie i wkleić na FB profil Czytaj! to ma u mnie książkę (przynajmniej kilka pierwszych osób). Oczywiście propozycja nie dotyczy współorganizatorów festiwalu. Nie ma tak łatwo :)

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      sobota, 06 września 2014 15:30
  • niedziela, 08 czerwca 2014
    • BUKARESZT NOCĄ SUBIEKTYWNIE

      Tej notki właściwie miało nie być. Kiedyś postanowiłem, że nie będę recenzował wydarzeń kulturalnych w które zaangażowani są mi najbliżsi. Wiadomo, w takich sytuacjach trudno zachować obiektywizm – raz się jest zbyt entuzjastycznym, innym zbyt surowym. Jednak przed chwilą, po obejrzeniu premierowego „Bukareszt Calling” Teatru Tlen, pomyślałem sobie czemu tym razem nie miałbym właściwie zrobić wyjątku. W końcu nie zamierzam pisać profesjonalnej recenzji (bo nigdy nie byłem profesjonalnym recenzentem), tylko chcę podzielić się garścią subiektywnych opinii na moim prywatnym blogu. Zresztą regularnie zagląda tu pewnie z pięć osób, z czego większość to rodzina. Zatem raz kozie śmierć.

      Bukareszt. Noc. Upał. Radiowy DJ towarzyszy tym, którzy nie mogą spać. Tak zaczyna się ta historia. I to właśnie słowo „historia” jest tu kluczowe – bo nowe spektakl Teatru Tlen to bardzo sympatyczna i sprawnie opowiedziana historia. Brzmi to może jak mało entuzjastyczny komplement, ale to komplement wielkiej miary. Prawda jest taka, że opowiedzieć historię tak po prostu jest najtrudniej. Dużo łatwiej chować się za różnymi scenicznymi sztuczkami, rwaną narracją, metafizycznymi wtrętami, natrętnym symbolizmem itd. Znam to z autopsji, z czasów gdy chciałem być pisarzem i wydawało mi się, że czym dziwaczniej, czym więcej artystycznych wywijasów, tym lepiej. A gdy trzeba było po prostu opowiedzieć jakąś fabułę to leżałem, kwiczałem i miałem pretensje do świata.

      W „Bukareszt Calling” historia jest prosta - nie ma co tu szukać wielkich pytań, czy scenicznej terapii. Momentami jest nawet schematyczna i szablonowa, ale zawsze obraca to w atut, bo dzięki temu łatwiej bawi się w przeplatankę. Tzn. przeplata losy bohaterów we wszelkie możliwe kombinacje, pokazuje że każde miasto to jedna wioska gdzie każdy, każdego zna z każdym się spotka. Bardzo lubię w filmach i teatrze takie przeplatanki. To stary i ograny chwyt, ale nadal działa.

      W tlenowym „Bukareszt Calling” świetna scenografia z karuzelą ogrywa to jeszcze mocniej scenicznie. Dodatkowo minimalizm ruchu aktorów bardzo fajnie kontrastuje z chaotyczną i rozedrganą przeplatanką ich postaci. Trudno mi teraz wyobrazić sobie ten dramat, zagrany w „bardziej chodzony” sposób. Przeplatanka też pozwala temu spektaklowi, zachować właściwie tempo. Uniknąć dłużyzn i monotonii. No bo to jest po prostu bardzo fajnie opowiedziana historia. Historia która, dzięki Bogu, nie ma ambicji zmieniać świata, czy innych ludzi. Pokazuje tylko piątkę młodych zagubionych ludzi i miasto które równocześnie jest bardzo wielkie i bardzo małe. Tylko tyle, albo aż tyle!

      Bardzo fajnie też to wypada aktorsko. Oczywiście TLEN jest teatrem nieprofesjonalnym, więc taką miarę wypadałoby też do niego przykładać - ale właściwie nie ma się do czego bardzo przyczepiać. Ci aktorzy których widziałem we wcześniejszym „Recyklingu” zrobili ooooogromny krok do przodu, tlenowe debiuty też wypadły bardzo dobrze. Choć trzeba brać moje opinie w nawias, bo mogło, być tak, że byłem wpatrzony w jedną osobę na scenie i nic innego do mnie nie docierało ;) A na poważnie szacun dla całego zespołu.

      Oczywiście nie jest to przedstawienie bez wad. Parę rzeczy wypadałoby jeszcze dopieścić. Ale ponieważ „Bukareszt Calling” mi się podobał, więc nie mam nastroju tak na świeżo się czepiać. No może tylko wbiję szpileczkę, że jak na spektakl o nocnej audycji muzycznej, to ścieżka muzyczna powinna być chyba lepiej dobrana i wkomponowana w całość.

      Ponieważ podglądałem przygotowania do tego spektaklu trochę od kuchni to nałykałem się po próbach trochę nerwowej atmosfery i ciśnienia. Ale tym bardziej mogę teraz po premierze napisać: udało się, było warto. „Bukareszt Calling” zdecydowanie najbardziej podobał mi się, ze wszystkich dotychczasowych tlenowych spektakli i to kierunek w którym warto iść.

       

      Zatem jeśli przy następnej okazji, ktoś będzie się wahał czy warto iść na nowy spektakl Teatru Tlen, ja podpowiadam, ze warto.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      niedziela, 08 czerwca 2014 23:05
  • środa, 28 maja 2014
    • ALTERNATYWNE, FESTIWALOWE BIURO PODRÓŻY

      A miało być tak pięknie, takie były plany...

      Noworoczne postanowienie: jedna notka na tydzień - co miało być mobilizacją, by lepiej gospodarować czasem i częściej chodzić na imprezy kulturalne w mieście. Potem zdawać relację, pisać i ćwiczyć się w trudnej sztuce układania słów.

      Niestety przyszła proza życia i brutalnie przetestowała ambitne założenia. Skutkiem czego, od miesiąca na czestolovechowa milczenie. Pierwszy upadek.

      Zatem, by jakoś wybrnąć z tej niezręcznej sytuacji opowiem, co szykujemy na Festiwal Frytka OFF. Chcemy bowiem stworzyć tam Spacerownik, czyli alternatywne, festiwalowe biuro podróży. Będziemy zachęcać do zwiedzania ulicy Piłsudskiego z przyległościami i szukamy śmiałków, którzy nam w tym pomogą. Podczas warsztatów wspólnie, kolektywnie tworzymy ten projekt. Mamy tylko założenia ramowe, a potem hulaj dusza...

      Szukamy chętnych do tej twórczej zabawy.

      Przede wszystkim poszukujemy osób ciekawych historii miasta. Bo to od was będzie tylko zależeć jaką dokładnie formę będzie miał finalnie tej projekt. Założenia są takie, że odkrywamy na nowo AlejĘ Frytkową wraz okolicą. Szukamy fajnych historii, które tam się kryją i zastanawiamy się jak je sprzedać innym. Jak zachęcić ludzi, by między koncertami, przedstawieniami i innymi atrakcjami, wybrali się na krótki spacer w nieoczywiste okolice. Bo to kawałek miasta naprawdę warty poznania. Kawał historii się tam kryje.

      Szukamy ludzi kreatywnych. Bo tu nie będzie prostych rozwiązań. Nasz Spacerownik musi być skuteczny, a żeby był skuteczny musi być szalony. Tylko nieszablonowe rozwiązania i pomysły mają szansę się przebić w festiwalowym hałasie i natłoku atrakcji.

      Poszukujemy ludzi biegłych w opowiadaniu historii przez muzykę, sztuki wizualne, teatr, fotografię, literaturę, zwykłe pospolite gadulstwo oraz milczenie. Bo nie wiadomo co może nam przyjść do nam głowy i jak zechcemy opowiadać te wszystkie historie. Zapewne wyjdzie nam jakiś miks naszych pasji, zdolności i słabości.

      Czekamy na śmiałków lubiących pracę w grupie, ponieważ tu wszystko będzie się działo zespołowo. Pracujemy tylko w trybie permanentnej burzy mózgów. Wygrywamy wszyscy, albo wszyscy ponosimy klęskę.

      Co w zamian. Zapewniamy status przodowników awangardy i odkrywców zapomnianych historii Częstochowy. A tak naprawdę to nie mam pojęcia co z tego projektu wyjdzie. No ale to już cały jego urok właśnie w tym, że jest nieprzewidywalny, że wszystko zależy od grupy jaka się zbierze.

      Jaram się strasznie tym pomysłem, bo jak to mówią: jak spadać to z wysokiego konia.

      Warsztaty Spacerownika będą się odbywać w Willi Generała od 10 do 12 czerwca (od 16:00 do 19:30). Finał 20 czerwca podczas Festiwalu. Inne szczegóły i zasady zgłoszeń TU

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      środa, 28 maja 2014 22:26
  • piątek, 25 kwietnia 2014
    • SŁOWIAŃSKI KUNG-FU WESTERN

      Prawda jet taka, że straciłem już nadzieję na finał historii Kniaziówny Eryki. W końcu to już dwa lata na blogu Banzaja panowała całkowita cisza. Trochę się bałem, że Gino połamał wszystkie ołówki i wyruszył na Jurę Krakowsko-Częstochowską, by tam walczyć ze złymi rewolwerowcami, klanem Nin-Jah i zaległymi zleceniami...

      Na szczęście (WTEM!) sytuacja całkowicie się odmieniła. Okazało się bowiem, że Gino ma PLAN! Chce zebrać wszystkie stworzone do tej pory planszy, dorysować brakujące i elegancko wydać album na papierze. Piękny plan! Teraz tylko wystarczy go wesprzeć i doczekamy się wreszcie pełnokrwistego albumu komiksowego częstochowskiego artysty. Kniaziównę Erykę można wesprzeć TU! Dobra wiadomość jest taka, że udało się zebrać ponad 80% potrzebnej sumy - gorsza, że na zebranie brakujących 20% zostało już tylko 9 dni. Dlatego apeluje do wszystkich potencjalnych czytelników bloga: WSPIERAJCIE!

      O tym, że jestem fanem wszelkiej twórczości Gino piałem już nie raz (na przykład TU i TU), dlatego nie będę się powtarzał piejąc z zachwytu nad klimatami słowiańskiego westernu kung-fu. Ale odświeżyłem sobie ostatnio wszystkie plansze Kniaziówny Eryki i to naprawdę doskonały materiał, świetna historia. Lekko napisana, z niepowtarzalnym humorem i doskonale narysowana. Gino bawi się w łamanie gatunkowych konwencji z dużym wyczuciem, dając czytelnikom sporo frajdy. Rzecz zdecydowanie warta papieru.

      Poza tym Gino jest w tym momencie chyba jedynym reprezentantem częstochowskiej sceny komiksowej (bardzo chciałbym się tu mylić, więc jeśli ktoś, coś wie to proszę o info). Co gorsza jest reprezentantem od pewnego czasu w stanie spoczynku. Dlatego wesprzyjmy jego projekt na PolakPotrafi i zmuśmy go w ten sposób do wydania albumu. A potem zmuśmy go do wydania kolejnego i kolejnego i kolejnego...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      piątek, 25 kwietnia 2014 12:28
  • poniedziałek, 21 kwietnia 2014
    • POPKULTUROWE PRZYJEMNOŚCI

      Oczywiście można udawać, że kultury popularnej nie ma, albo, że to zjawisko nieistotne. Można również ją demonizować i oskarżać o wszelkie zło tego świata: upadek obyczajowości, lenistwo młodych, agresje na ulicach i wojny. Nie zmieni to jednak faktu, że żyjemy w świecie kulturowo zdominowanym przez seriale, gry komputerowe, internet i proste interfejsy. Dlatego warto czasem przyłożyć do tego wszystkiego akademickie „szkiełko i oko” i poszukać mechanizmów, według których to współcześnie działa.

      Popkulturowe przyjemności to cykl spotkań w Willi Generała, podczas których przyglądamy się i rozmawiamy o tym, co w kulturze „niskie”, „masowe” i „popularne”. Zastanawiamy się, czy faktycznie żyjemy w czasach, gdy takie aksjologiczne podziały kultury straciły na aktualności i czy kulturze wypada być rozrywkową, komercyjną i przyjemną.

      W najbliższy czwartek czekają nas wyjątkowe Popkulturowe przyjemności, bo przyjedzie wyjątkowy gość. Mirosław Filiciak to medioznawca i dyrektor Instytutu Kulturoznawstwa SWPS. Jest zastępcą redaktora naczelnego mojego ulubionego akademickiego periodyku „Kultury Popularnej” (dziś niestety ostatecznie przeniosła się ona do sieci, ale jej archiwalne papierowe numery, zajmują wyjątkowe miejsce na moim regale), współtwórcą projektu „Kultura 2.0” i polskim specjalistą od wszystkiego co w popkulturze „fajne”. Bada fenomen gier komputerowych (był twórcą i redaktorem tomu „Światy z pikseli. Antologia studiów nad grami komputerowymi” i autorem monografii „Wirtualny plac zabaw. Gry sieciowe i przemiany kultury współczesnej”), telewizyjne seriale (współredaktor antologii „Post-soap. Nowa generacja seriali telewizyjnych a polska widownia”) i przemiany jakim ulega cała telewizja dziś („Media, wersja beta : film i telewizja w czasach gier komputerowych i internetu”, „Zmierzch telewizji? Przemiany medium”). Tak, zgadza się, to takie kulturoznawstwo dla nerdów. A tak zupełnie na poważnie trzeba przyznać, że dziś gdy studenci piszą pracę o kulturze popularnej, nowych mediach, to w bibliografii obowiązkowo muszą mieć kilka publikacji Mirosława Filiciaka. To ścisły kanon w tym obszarze badań.

      Internet i cyfrowe technologie zazwyczaj postrzegane są jak totalna rewolucja, która zupełnie zmieniła zasady funkcjonowania kultury. Jednak podczas najbliższych popkulturowych przyjemności Mirosław Filiciak będzie pokazywał, że to nie do końca tak. Że pewne modele funkcjonowały w kulturze już wcześniej, a nowe media tylko wzmocniły je i wysunęły na pierwszy plan. Na przykład w sposobie funkcjonowania magnetowidów w czasach PRL, łatwo można dojrzeć pewien model, który dziś obowiązuje w erze cyfrowej wymiany plików.

      Zatem wszystkich, którzy chcą się pobawić w taką niezwykłą archeologię mediów zapraszam w czwartek o g. 19:00 do Centrum Promocji Młodych (al. Wolności 30).

      Ja na samą myśl cieszę się jak dziecko i podekscytowany czekam na to spotkanie od kilku miesięcy!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 21 kwietnia 2014 10:06
  • czwartek, 03 kwietnia 2014
    • KINO NIEBIESKIEGO/ZIELONEGO EKRANU

      Trzeba być czujnym. Fajne eventy zdarzają się często w różnych miejscach o nieoczywistych porach. Tym razem pozostać czujnym pozwoliło jurajskie.info i niezawodna Ola – od nich dowiedziałem się o wczorajszym wykładzie profesora Andrzeja Gwoździa na AJD. Wielkie dzięki, bo gdybym przegapił wizytę w Częstochowie śląskiego speca od filmu i nowych mediów, to plułbym sobie w brodę. Po studiach zostały mi w głowie nazwiska kilku speców z tej dziedziny, których publikacje staram się w miarę możliwości śledzić. Oczywiście prof. Gwóźdź jest na tej liście. Dlatego przegapić jego wykład byłoby złamaniem własnych zasad.

      Co więcej profesor przyjechał na zaproszenie częstochowskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Filozoficznego, zatem wreszcie udało mi się zobaczyć lokalne środowisko branżowe. No i miałem też okazję przyjrzeć się wreszcie nowemu budynkowi Wydziału Nauk Społecznych AJD – kurczę robi wrażenie. Elegancko, nowocześnie, pomieszczenia nieźle osprzętowane, sama przyjemność studiować. Propsy.

      Na samym wykładzie zaś okazało się, że jednak stęskniłem się za akademicką formą. Brakuje mi jej na co dzień. Tego specyficznego przeładowania terminologicznego, dyskusji które trwają dłużej niż sam wykład, konfliktów między naukowymi osobowościami, postaci które nie przepuszczą żadnej okazji i zamiast zadawać pytania, dzielą się swoimi teoriami, osób które zadają pytania nie na temat. Chyba po prostu lubię taki tygiel, bo często coś dobrego z niego wynika. Tym razem sama dyskusja mocno rozjaśniła wykład i gdyby jej nie było chyba właściwie bym go nie zrozumiał...

      Bo profesor Gwóźdź, roboczo nazywając pewne zjawisko „kinem dizajnu”, wziął na warsztat kino, które w coraz mniejszym stopniu rejestruje rzeczywistość, a coraz bardziej kreuje ją od zera. Przy pomocy komputerowych efektów, zmniejsza się rola różnych tradycyjnych części filmowego rzemiosła: scenografii, rekwizytów, kostiumów, a nawet aktorów. Współczesne kino rozrywkowe zmierza ku swoistej animacji i prof. Gwóźdź pyta co z tego wynika. Słusznie chyba zauważa, że kino w erze estetyki cyfrowego nadmiaru potrafi więcej pokazać niż ukryć. Namawia, by patrzeć i chłonąć, a odwodzi raczej od prób rozumienia. Profesor Gwoźdź twierdzi, ze skoro wszystko jest podane od razu, na zasadzie siatkówkowej błyskawiczności, to gubimy w kinie proces wyobrażania sobie. Jeśli dobrze zrozumiałem, jego zdaniem, kiedyś w kinie wyobraźnia musiała pracować pełną parą, a współczesne kino dizajnu wyobraźnię usypia. Bo tam już jest wszystko podane na tacy. Zgrabne symulakrum, które jest atrakcyjniejsze od prawdziwej rzeczywistości.

      No i gdyby tu się rzecz urwała, wyszedłbym z wykładu z poczuciem dużego niedosytu i zdziwienia. Bo jak to, profesor, który na temacie filmu i nowych mediów zjadł już zęby – nagle wchodzi na apokaliptyczne tony, że źle się dzieje. Że przed wojną to było kino, a teraz to szkoda gadać.

      Na szczęście później była dyskusja, która uświadomiła mi, że to jednak ja nic nie zrozumiałem (czasem miło jest sobie uświadomić, że się nie rozumie). Bo to zupełnie nie chodziło o aksjologiczne ujęcie (mirmiłowanie było didaskaliami), lecz o pionierską, metodologiczną wyprawę w nieznane. Profesor Gwóźdź postanowił się zabrać za temat, którego filmoznawcy raczej unikają. Nie mają odpowiednich narzędzi, by właściwie opisać to kino, które zamiast rejestrować rzeczywistość raczej ją kreuje od zera. To dla nich coś zupełnie nowego, czują się bezradni,więc wolą raczej zbyć krótkim: szmira, gra komputerowa, banał, niż spróbować opisać nowe zjawisko. A prof. Gwóźdź mówi: sprawdźmy to, zobaczmy gdzie to idzie. Jakie drzwi to zamyka, a jakie otwiera. Fakt, daleka jeszcze droga do diagnoz jakie nowe perspektywy przed kinem otwiera ta cała rewolucja... Miałem napisać technologiczna, no ale właśnie rzecz w tym, że ona jest nie tylko technologiczna. Bo oto zmienia się status ontologiczny postaci filmowych, miejsc, przedmiotów. Poważna sprawa! Będę z niecierpliwością wyglądał, co tam docelowo prof. Gwóźdź o tym wszystkim napisze i gdzie go to zaprowadzi

      Pobudzająca intelektualnie była ta wczorajsza wizyta na AJD. Inspirująca. Różne kwestie usadowiły mi się teraz z tyłu głowy, zobaczymy kiedy wyskoczą. Dobrze jest robić sobie od czasu do czasu taką gimnastykę umysłu. Brakuje mi tego na co dzień.

      A prawda jest taka, że cała ta notka powstała tylko dlatego, żebym mógł sobie wrzucić zdjęcie Marva (uwielbiam Marva!!!). Tutaj mam pretekst, bo „Sin City” jest sztandarowym przykładem gwoździowego kina dizajnu. Co więcej, przykładem, który otwiera dużo drzwi...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      czwartek, 03 kwietnia 2014 21:47
  • środa, 26 marca 2014
    • PRZELITEROWANY WEEKEND

      W tym tygodniu krótko i polecankowo. Weekend zapowiada się intensywnie, bo startuje GENERATOR, a na dodatek dwie po_czytajowe inicjatywy.

      Zacznijmy od końca. W niedziele w Rue de Foch (ul. Focha 10) o 17:00 po_czytajowe spotkanie z Katarzyną Grygą autorką powieści „Suka”. Debiut chwalą, autorka z korzeniami częstochowskimi. Warto przyjść i przekonać się, co się za ową „Suką” kryje. Z kolei w piątek po_czytajowo razem z „Li-TWĄ” świętujemy setne urodziny Pana Hrabla. Tak kameralnie, bez zadęcia. Po prostu spotykamy się, by pogadać i posłuchać o czeskim Mistrzu. No i oczywiście by napić się piwa, bo literatura Hrabala to doskonały podkład do piwa. Jeśli ktoś lubi takie nieformalne spotkania literackie, lubi prozę Bohumila Hrabala to zapraszamy w piątek do Słodko-Gorzkiego (ul. Kilińskiego 5) o g. 18.00. Za urodzinowych wodzirejów będą robić Sławek Domański i Janusz Mielczarek.

      W sobotę zaś, zupełnie bez czytajowych kontekstów, wybieram się do Latarnika (ul Łódzka 8/12) na spotkanie autorskie promujące komiks „Romowe”. O komiksie pierwszy raz słyszę, jaki on przekonam się na spotkaniu, ale najważniejsze, że narysował go Hubert Czajkowski – postać dla mnie kultowa. Do dziś mam dreszcze, gdy przypomnę sobie jego ilustracje do tekstów o „Zew Cthulhu” w „Magi i Miecz”. Ojjjj działały one na wyobraźnie i to jego styl już zawsze będzie kojarzyć mi się z prozą H.P.Lovercrafta. Podczas lektury książek Samotnika z Providence, świat przedstawiony w głowie maluje mi się właśnie kreską Czajkowskiego. Oczywiście dla większość zapewne Czajkowski jest rysownikiem kojarzonym z „Dzikimi Polami” i prozą Komudy, ale dla mnie jego ilustracje szalonych kulltystów mają pierwszeństwo. Zatem w sobotę o 17:00 idę się konfrontować z jednym z graficznych idoli mojej nerdowskiej młodości.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      środa, 26 marca 2014 09:56
  • piątek, 21 marca 2014
    • CZY FEJS ZEŻARŁ WSZYSTKO? - CZYLI CZĘSTOCHOWA ON-LINE 5 LAT PÓŹNIEJ

      Kiedyś wierzyłem, że internet to fajne miejsce, by zbierać i przechowywać informacje z życia miasta. Takie masowe i demokratyczne archiwum – gdzie zostają wspomnienia, wizytówki, świadectwa kulturalnego życia miasta. Pięć lat temu miałem o tym notkę tutaj. Rok później popełniłem tekścik o podobnym temacie do „Aleje3” (gdyby ktoś był dociekliwy to w numerze 79/80; maj/sierpień 2010).

      A potem przyszedł fejsbuk i zeżarł wszystko. Przede wszystkim zeżarł moje fantasmagorie. Okazało się, że wirtualne życie w większości przeniosło się na portale społecznościowe, a tam wszystko jest ulotne i chwilowe. Fanpejdże, wpisy, komentarze powstają i szybko znikają z głównej ściany oraz pamięci. Po kilku miesiącach nie dokopiesz się, bez względu na to jak głęboko byś kopał. Hejterzy mówią, że fejsbuk pamięta wszystko, ale jeśli nawet to prawda to zostawia to tylko dla siebie.

      Przyglądam się teraz temu co kiedyś napisałem i zastanawiam co z tego zostało. Blogowa notka jest śmiertelnie nieaktualna. Nie ma już dziś śladu ani po Stacji Częstochowa, ani po Agregacie. Osobiście mi żal, bo dzięki blogowej noce poznałem dwóch Kamilów odpowiedzialnych za tamte projekty i tak się zaczynało... No ale jeden Kamil dawno już czmychnął z miasta, a drugi teraz muzykuje. Bardzo zacnie muzykuje.

      Natomiast w tekście z „Aleje 3” cieszyłem się, że od kilku miesięcy działa portal Co, Gdzie, Kiedy. Dzięki Bogu on przetrwał. Ostatnio miał zasłużony lifting i z jeszcze przyjemniej tam zaglądać. Konsekwentnie zbiera on info o zbliżających się imprezach i robi naprawdę fundamentalną robotę (papierowy protoplasta, który przechrzcił się na „Jasne, że Częstochowa” dostał ostatnio koguta – więc korzystając z okazji ślę szacun dla redakcji) . No ale mnie marzył się nie tylko żywy portal informacyjny, ale też głośny internetowy głos konsumentów kultury, którzy dzielili by się tym co widzieli i przeżyli. Jakoś fajniej, niż przez twitta z limitem znaków.

      Twitter i fejsbuk zeżarły resztki około blogowego życia w mieście. No może jeszcze jako tako trzymają się fotoblogi (pjolo, czestojura – są nie do zdarcia), ale i tak z perspektywy czasu wygląda to skromniej. Jakbym mniej tego, z mniejszą częstotliwością. Wielka szkoda. Za to podobno w Częstochowie kwitną blogi modowe – no ale ponieważ to zupełnie poza moimi horyzontami poznawczymi to nie ogarniam. Chyba zupełnie też padło wszelkie, życie forumowe. Już nawet forum wyborczej jest jakieś takie ospałe, nudne i nie budzi żadnych emocji. Co za czasy!? Jest też kilka portali miejskich, które błyskawicznie się rodzą i równie szybko znikają. Na stan dzisiejszy zaglądam na Twoja Częstochowa i cz.info.pl, ale to wszystko mało, mało...

      Tęskni mi się za medium (obojętnie papierowym czy elektronicznym) które trawiłoby całą ofertę kulturową Częstochowy i zostawiało jakiś TRWAŁY, subiektywny ślad. Bo my tu w mieście tak łatwo zapominamy. A może to wszystko gdzieś jest. Istnieje po właściwej stronie internetu, a ja nie potrafię znaleźć. Jeśli tak to szybko proszę o linki, bym mógł się nacieszyć

      Oki, no to sobie pomirmiłowałem. No ale chyba to ja odstaje od czasów. W związku z czym nieśpiesznie i totalnie bez sensu będę produkował kolejne nikomu nie potrzebne blogowe notki. Kto wie, może za pięć lat napiszę o tym co zeżarło fejsbuka.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      piątek, 21 marca 2014 15:34
  • poniedziałek, 10 marca 2014
    • TRIBUTE TO OKF

      Jutro częstochowski OKF kończy 25 lat. Taka historia! Jubileusz radosny i ważny. Od dawna na lewo i prawo opowiadam, że nie wyobrażam sobie tego miasta, bez tego kina – zatem jako prawdziwy fanboy z okazji jubileuszu postanowiłem wysmażyć notkę.

      OKF szykuje na święto różne tam drobne smakołyki. Jutro przy kasie mają bonusy wszyscy urodzeni tego samego dnia, czyli 11 marca. W sobotę czeka nas pokaz pakietu 5 filmów za 25 złotych. Podobno takich przyjemności wciągu roku ma być jeszcze więcej. Przede wszystkim jednak OKF zbiera wspomnienia. Do 31 sierpnia, każdy widz będzie mógł nadesłać trochę ciepłych słów, sentymentalnych anegdotek i takich tam. Wspomnienia wylądują TU, a wśród uczestników zabawy rozlosowane zostaną karnety.

      Miło się te wspomnienia czyta. Sławek pięknie napisał. Ja tak ładnie nie potrafię, dlatego nie będę się oficjalnie wyrywał, ale nieoficjalnie na blogu sobie nie odmówię.

      Nie pamiętam swojego pierwszego filmu w OKF... Pamiętam za to wizytę, która odmieniła moje postrzeganie tego miejsca, moje myślenie o kinie w ogóle. Od tamtego momentu sztuka filmowa stała się zdecydowanie czymś więcej niż tylko rozrywką. To była końcówka lat 90., dokładnej daty nie pamiętam, ale chodziłem jeszcze do liceum. Któryś kumpel namówił mnie na przegląd filmów Davida Lyncha. Pamiętam, że karnet zrobił porządną dziurę w moim młodzieńczym budżecie. Jednak zdecydowanie było warto. Pierwsza była „Głowa do wycierania” - mam teorię, ze to właśnie ten obraz zwichrował moją osobowość. Podczas seansu gapiłem się w ekran jak zaczarowany, za to wyszedłem z kina zły i zniesmaczony. Pytałem się: co to było? Po co to było? Ale debiut Lyncha nie dawał mi spokoju. Męczył i siedział z tyłu głowy. Tak że kilka dni później jak już przegląd się skończył, byłem już wielkim fanem tego obrazu. A to był dopiero początek: „Człowiek Słoń”, „Diuna” (zdaje się w tej dłuuugasnej wersji), „Blue Velvet”, „Dzikość Serca”, „Twin Peaks. Ogniu krocz za mną”. Bardzo skondensowana dawka, dość wymagającego kina. Czy była już tam wtedy w zestawie „Zagubiona Autostrada”? Chyba tak, ale do końca nie pamiętam.

      Filmy były puszczane w pakietach po dwa, a to nie są krótkie filmy i była to jeszcze w OKFie epoka starych niewygodnych foteli. Z sali wychodziło się zarówno obolałym fizycznie jak i psychicznie. Ale za to wychodziło się w pełni szczęśliwym. To wtedy nauczyłem się, że w kinie ważna jest atmosfera, skupienie i twórczy odbiór. To w OKFie przekonałem się, że filmy powinny pytać, męczyć, ranić, nie dawać spokoju! Powinny być zdecydowanie czymś więcej, niż tylko miłym tłem do konsumowania popcornu i coli. Jest okazja więc oficjalnie chciałem OKFowi podziękować za tamten przegląd i ważną lekcję jak należy odbierać Kulturę. OKFie trwaj wiecznie!

      Od Lyncha się zaczęło i potem już wpadłem w sidła. OKF stał się kierunkowskazem, co warto oglądać, czego warto spróbować. Tak jest do dzisiaj. Jestem częstochowianinem, ukształtował mnie OKF – myślę, że wiele osób podpisałoby się pod takim hasłem. Ja się podpisuję!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „TRIBUTE TO OKF”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 10 marca 2014 11:29
  • środa, 26 lutego 2014
    • W PIWNICY

      W ostatnią sobotę, gdy większość ludzi wybrała się do TFP na koncert Łąki Łan, ja udałem się w kierunku przeciwnym i trafiłem do Bar Code na Rap Piwnicę. Raz na kilka/kilkanaście miesięcy mi się tak robi - budzi się we mnie potrzeba posłuchania na żywo rymów, przekonania się, czy cały czas coraz to młodsi ludzie pojawiają się na hiphopowych imprezach i w jakim kierunku to wszystko pędzi. Taki sentyment. Tym razem głównym pretekstem, była okazja posłuchania Sariusa na żywo. Na płycie hula to wszystko bardzo przyzwoicie i chciałem wybadać czy na scenie też.

      Zatem pojawiłem się na Rap Piwnicy. Chyba nie byłem tam najstarszy. Chyba... Teraz mam kilka refleksji natury bardzo ogólnej. Dziś serwuje je w punktach – punkty nowa blogowa elegancja (wszystkich hipotetycznych fanów mojego wylewania słów w nadmiarze przepraszam, za dużo ostatnio na głowie, bym dał radę zrobić z tego jakąś ładną, długaśną, poetycką relację):

       - Jej, ale te hiphopowe imprezy są rozlazłe. Pewnie zawsze tak było, ale dziś bardziej zaczyna mnie to uwierać. Zamiast beztroskiego bansu, wolałbym niemiecki porządek i linearne trzymacie się rozkładu jazdy ;) No ale udało się wytrzymać dość długo.  

       - Największy szok wieczoru: okazuje się, że za mikrofony łapią rówieśnicy „Księgi Tajemniczej. Prolog” i bawią się w wolny styl. Zgroza! Szarpnęło mnie to, nie powiem. Ale oprócz tego, że poczułem się staro, zrobiło mi się też przykro, bo uświadomiłem sobie, że hiphop wychował w Polsce już jedno pokolenie, a nikt tak na poważnie nie przyjrzał się jeszcze temu zjawisku. Prawie nie ma filmów (bo na ile „Jestem bogiem” jest filmem o polskim hiphopie?), książek, dobrych leksykonów... Szkoda, bo to już chyba czas najwyższy. 

       - Mikser na freestajlu! Uwielbiam tego gościa. Brzmi on tak samo dobrze na ulicy, w klubie i na poetyckim slamie. I choćby dla niego było warto w sobotę przyjść do Bar Code. 

       - Zorak był w porządku. Klei mu się flow, fajna energia - ocena końcowa z pewnością ponad średnią krajową. Ale mnie i tak najbardziej się podobało, gdy dawał odrobinę beatboxu. Wtedy serducho się najbardziej radowało. 

       - No i w końcu Sarius. Było trochę zaskakująco, podczas gdy na płycie jest dość nie spiesznie w lekko refleksyjnym tempie, to na koncercie było znaczne przyspieszenie i adrenalina. Scenicza złość i tradycyjne polskie przekleństwo jako przecinek. Ale hulało to i nie straciło nic na swojej autentyczności. Widać, że Sarius dobrze czuje się na scenie i lubi kontakt z publiką. Lubi nawdychać się energii ludzi zgromadzonych pod sceną, a potem oddać ją im ze wzmożoną intensywnością. Dobrze to wszystko się prezentuje, zdecydowanie rokuje. Wyglądam nowego materiału...

      No i to by było na tyle. Za kilka/ kilkanaście miesięcy pewnie znów przybłąkam się na jakąś hiphopową imprezę...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      aatrzy
      Czas publikacji:
      środa, 26 lutego 2014 10:35

Kanał informacyjny

szablonowe serca: MONSTFUR