CZĘSTO LOVE CHOWA

Wpis

niedziela, 02 lutego 2014

UWODZICIELSKI UROK DYGRESJI

Dziwny film wczoraj widziałem. To znaczy skończyłem oglądać go wczoraj, a zacząłem kilka dni temu. W sumie spędziłem ponad cztery godziny w OKF'ie na najnowszym filmie Larsa Von Triera i jego opowieści o nimfomance. Dziwny to był film, zupełnie jakby Duńczyk równocześnie chciał nakręcić anty-porno, moralitet i poemat. Kurczę, nawet nie wiem jak zacząć o nim opowiadać, ale i tak jestem zachwycony.

Uwielbiam jak Von Trier snuje swoje filmowe fabuły (choć do niektórych jego filmów nie zbliżam się z premedytacją). Nikt nie opowiada historii tak jak on, niby lubi sięgać po stare chwyty, łapać widzów w zgrane, emocjonalne pułapki, ale to zawsze działa. Może to kwestia, że robi to ze sporą dawką szaleństwa. Czasem mam wrażenie, że nie ważne co Von Trier opowiada, istotne jest jak to robi. I tak trochę jest w przypadku „Nimfomanki”.

Chyba tylko Lars mógł wymyślić taką strukturę narracyjną. Samotny, starszy mężczyzna znajduje w zaułku pobitą kobietę. Ona wprasza się do jego mieszkania, gdzie zaczyna opowiadać mu historię swojego życia seksualnego. On co chwilę jej jednak przerywa, zaczynając przeróżne dygresje: porównuje techniki seksualnych zalotów do sposobów wędkowania na muchę, opowiada historię powstania węzłów, wyszukuje w jej historii odniesień do muzyki klasycznej, literatury, religii, okultyzmu, teorii feministycznych itd. Tak jakby chciał nas odciągnąć od seksualnych podbojów kobiety, chciał nam na siłę pokazać, że nie one są tu najważniejsze. Sytuacja mocno odrealniona i tajemnicza. Trochę teatralna. Zresztą mieszkanie mężczyzny przypomina bardziej teatralną przestrzeń, niż filmową scenografię. Historia nimfomanki zaś podzielona jest na rozdziały/akty. Na dodatek Von Trier gdzieniegdzie powstawiał sugestie, że jej opowieść jest pełna przekłamań, niedopowiedzeń i wyolbrzymień. Niezły bałagan.

A co z tym seksem? W końcu Lars narobił wielkiego medialnego hałasu, że oto kręci pornola, że przed niczym się nie cofnie, a na pewno nie przed prawdziwym seksem na planie filmowym. Kto jednak trochę zna duńskiego reżysera, spodziewał się tu podstępu i oczywiście się doczekał. Bo oto Von Trier zaserwował nam anty-porno. Na ekranie jest sporo seksu, ale zupełnie oddartego z estetyki porno. Nie podglądamy ludzi uprawiających seks oczami napalonego nastolatka, lecz mamy go w wersji mocno naturalistycznej (np. genialny chwyt z szybkim montażem ujęć męskich genitaliów, który bardziej przypomina katalog medyczny, niż film erotyczny). „Magia kamery” zamiast podkręcać podniecenie, stymulować wyobraźnię, kieruje uwagę na jego fizjologiczny aspekt. Co jest męczące, odpychające a momentami nawet obrzydliwe i przerażające. Nagość i seks zdarzają się w „Nimfomance” również w wersji hard-core, ale po pierwsze są nakręcone w stylistyce przewrotnego anty-porno, a po drugie są zagadywane ciągłymi dygresjami.

Ach... no i oczywiście Lars gra jeszcze humorem. Pokazuje jak zabawny jest seks, gdy patrzy się na niego z boku. Co więcej, pokazuje też jak zabawny jest szerszy kontekst naszego życia seksualnego. Tak jak w genialnej scenie zazdrości z Umą Thurman. Po chwili namysłu, widzowie orientują się, że właściwie nie ma nic śmiesznego w zrozpaczonej matce trójki dzieci, od której mąż postanawia odejść, ale póki scena trwa cała sala kinowa śmieje się do rozpuku. Lars wie jak grać na emocjach publiczności i ja to bardzo lubię.

No dobra, mamy zatem nimfomankę opowiadającą swoje życie aseksualnemu facetowi. Ona się oskarża, on ją usprawiedliwia. Przynajmniej na początku, bo w trakcie filmu role się trochę odwracają, ciążąc ku finałowej przemianie... Historia jest pourywana, szczątkowa i mamy wątpliwości co do jej obiektywności. Bardzo ważne wydają się te wszystkie, absurdalne dygresje.

Co jednak z tego tak naprawdę wynika? O czym „Nimfomanka” tak naprawdę jest? O ludzkiej seksualności – to oczywiste, ale to naskórkowe podejście. O uzależnieniu od seksu? W pewnym stopniu tak, ale chyba nie za wielkim. Zatem o co chodzi? Ja spróbowałem do tego dojść znajdując najważniejszą scenę dla całego obrazu. Po dłuższym namyśle wyszło mi, że to muszą być właściwie dwie sceny rozdzielone prawie całym filmem. Początkowe ujęcie, gdy kamera powoli, niezwykle intymnie ślizga się po ceglanych ścianach zaułkach, gdzie leży pobita kobieta, a potem ten „prawie finał”, gdy wracamy do tego miejsca. Jeśli przyjmiemy, że faktycznie ten fragment jest kluczowy, to wyjdzie nam brawurowa koncepcja, że „Nimfomanka” to film o miłości! I to prawie w melodramatycznym ujęciu. Wiem, odważna teza, ale coś w niej zdecydowanie jest. Bo wystarczy zrobić krok w tył, by zauważyć, że w opowieści bohaterki, kluczowe jest to czego nie widzimy, co chce ona przed nami zasłonić opowieściami o seksie. Tak mi się wydaje.

No i na koniec zostaje nam finał. Hmmm... Z jednej strony wszyscy widzowie spodziewali się, że właśnie tak może to filmowe spotkanie się skończyć, ale z drugiej mieli do Von Triera trochę żalu, że tak przewidywanie puentuje. No ale uczciwie trzeba przyznać, że „Nimfomanka”, tak właśnie powinna się skończyć. Ja byłem zachwycony symetrycznością przemiany dwójki bohaterów – tak jakby finał filmu wynikał przede wszystkim z praw geometrii, a później dopiero praw narracji. Świetny pomysł.

„Nimfomanka” to z pewnością nie najlepszy film Von Triera. „Melancholia” spokojnie może sobie siedzieć na pozycji lidera, jednak najnowszy obraz Duńczyka zdecydowanie ma w sobie moc. Intryguje, meczy i nie daje spokoju. Już czuję jak ten film mości sobie gniazdko gdzieś z tyłu mojej głowy i będzie mnie teraz niepokoił od czasu do czasu. Wychodzi na to, ze łatwo daję się Larsowi wkręcić, ale z drugiej strony bardzo to lubię.

Szczegóły wpisu

Tagi:
Kategoria:
Autor(ka):
aatrzy
Czas publikacji:
niedziela, 02 lutego 2014 15:03

Polecane wpisy

Kanał informacyjny

szablonowe serca: MONSTFUR