CZĘSTO LOVE CHOWA

Wpis

czwartek, 17 stycznia 2013

O! ŚWIĘTY MOTORZE!

Hej bracia i siostry, jeśli ktoś przy okazji Nowych Horyzontów przegapił „Holy Motors” niech szybko pędzi do kina nadrabiać zaległości. W niezastąpionym OKFie grają to cudo od 18 do 24 stycznia Warto, bo dla mnie zdecydowanie to była jedna z największych filmowych radości zeszłego roku!

Poszedłem na seans zachęcony opinią: „najlepsza surealistyczna uciecha w kinie od lat”, bo Léos Carax był dla mnie postacią anonimową (wiem, nie ma się czym chwalić). W związku z czym nie wiedziałem czego się spodziewać i zmiotło mnie od pierwszych scen. Bo oto na ekranie mamy kilkanaście opowieści, które właściwie są jedną opowieścią, kilkunastu bohaterów, czyli bohater jeden. Wszystko to jedno wyłożone bardzo metodycznie, spójnie, każdy kawałeczek idealnie pasuje do drugiego. Z pewnością wiecie co mam na myśli: najgorsze są te koszmary, które mimo irracjonalności, są spójne i bardzo przekonywujące. Tak jest u Carax'a. Wiesz, że na ekranie może zdarzyć się wszystko, każda nowa sytuacja zaskakuje i burzy poprzedni porządek, mimo wszystko to szaleństwo jest na smyczy. Reżyser buduje swój film z pietyzmem godnym niemieckich filozofów: metodycznie, elegancko z umiłowaniem porządku.

Oglądając „Holy Motors” wciąż masz pomysły na interpretacje całości: to jakiś szpiegowski/ metafizyczny spisek, to zabawa znudzonych możnych tego świata, to wielkie przedstawienie, maskarada, to metafora życia, to tylko zły sen... I wszystkie chyba są tak samo uzasadnione. Bohater pojawia się w kolejnych swoich wcieleniach, w różnych miejscach i zaburza/ naprowadza na właściwe tory ciąg wydarzeń. A widz cały czas ma wrażenie, że ta najważniejsza tajemnica jest przed nim ukryta. Jest tuż obok, za kotarą, jednak nie ma szans, by do niej dotrzeć.

Do mnie najbardziej jednak przemawia interpretacja, że to film o aktorstwie. O totalnym poświęceniu z nim związanym, o szaleństwie, które kryje się w przeskakiwaniu z jednej roli do kolejnej. O pewnym magicznym, rytualnym aspekcie tego zawodu. I o bezdomności, gdy okazuje się, że rzeczywistości już nie ma i jedyne co nasz czeka to tylko kolejne role.

Choć pewnie się mylę.

Ale chyba o to właściwie chodzi.

Myślę sobie, że gdybyśmy dalej oglądali w Ś.P. Montmartre filmy z cyklu „dziwne, długie i przeintelektualizowane” to „Holy Motors” pasowałby tam idealnie!

Jeśli nadal nie czujecie się wystarczająco zmotywowani, by wybrać się do kina, to zróbcie to chociażby tylko dla Denisa Lavanta, który aktorsko wyczynia w „Holy Motors” prawdziwe cuda!

Szczegóły wpisu

Tagi:
Kategoria:
Autor(ka):
aatrzy
Czas publikacji:
czwartek, 17 stycznia 2013 12:20

Polecane wpisy

Kanał informacyjny

szablonowe serca: MONSTFUR